Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
sobota, 28 lutego 2009

Dzisiaj, napasiona przez Szczęscie Moje pysznym śniadankiem, zrobiłam przegląd ogrodu. Zaskoczył mnie energią emanujacą z każdej roślinki i każdego skrawka ziemi. Ledwo stopniał śnieg (jeszcze przedwczoraj świecił białymi łachami) i nagle wszystkie zagnieżdżone w burej, nieposprzątanej ziemi, roślinki zaczęły pchać się do słońca. Trochę boję się, żeby tych delikatnych ząbków, własnoręcznie przeze mnie posadzonych cebulek, nie zadeptały dwa potwory biegające po ogrodzie. Jednak staram się podchodzić do tego filozoficznie. Zdecydowaliśmy się na psy, to im łap nie poucinam, co najwyżej poprzetrącam!!! Zawsze, wczesną wiosną,  z zachwytem patrzę i podziwiam żywotność,   litwora, o którym pisałam w poprzedniej notce, którego gruby czerwony pęd pcha się do góry.  Tym razem umieszczam zdjęcie zrobione dzisiaj, przeze mnie osobiscie,  a nie encyklopedyczne. Drugą zapowiedzią wiosny są  oczywiście przebiśniegi przebijające się przez uschnięte zeszłoroczne,  bure liście.

Jutro wychodzę na pierwsze, wiosenne sprzątanie. Nie mogę się już doczekać!!! 

17:31, emka1216 , ogród
Link Komentarze (3) »
środa, 25 lutego 2009

Mój ogród wiejski przejęłam w posiadanie trzy lata temu. Pół hektara bardziej lub mniej przemyślanej twórczości dotychczasowych posiadaczy.  Nie usuwam żadnych roślin, a nowe wkomponowuję w stare, nieprzemyślane nasadzenia.  Od późnej zimy staję się maniakiem allegro, wyszukując coraz to ciekawsze okazy. Na półkach rosną sterty czasopism ogrodniczych, które czytam od deski do deski i wyciągam z nich co ciekawsze kąski. W moim ogrodzie nigdy nie będzie aksamitnej,  szmaragdowej i posadzonej na wyrównanym terenie trawki. Rolę bezkonkurencyjnej kosiarki spełnia Grom, który zna różnice pomiędzy   roślinami ozdobnymi, krzewami i drzewami owocowymi a mleczami i soczystą zieloną trawą i tych pierwszych nie rusza. Raz zdarzył się wyjątek, kiedy zeżarł mi dzięgiela litwora. Wybaczyłam mu, bo przecież roślinka średnio ozdobna,  a z liści nalewki się nie robi. Grom (pierwsze imię Satanista), inaczej zwany Profesorem, lub przeze mnie Myszką, to koń, który padł ofiarą działań zbyt ambitnych pierwszych właścicieli. Po ojcu skoczku, zmuszony był, od najmłodszych lat do intensywnego treningu. Skończyło się poważnymi kontuzjami. Aktualnie, Pan w poważnym wieku zmaga się z dolegliwościami nabytymi w wieku młodzieńczym i służy dzieciom za atrakcję jeździecką. Jest niesamowity, kiedy dosiądzie go maluch.  Stąpa tak ostrożnie, jakby bał się uronić kroplę wody ze szklanki niesionej na grzbiecie. Jego towarzyskość objawia się w obwąchiwaniu gości siedzących w ogrodzie, co nie każdy lubi i toleruje, ale musi mu wybaczyć.

Miało być o ogrodzie, a zboczyłam na temat konia. Wybaczcie ale on jest nieodłączną częścią mojego ogrodu.

cdn...

20:54, emka1216 , ogród
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 lutego 2009

Wróciłam właśnie z bardzo fizycznie wyczerpujących zajęć, które służyć mają zdjęciu z talii kilku centymetrów. Rozpuszczona jestem kulinarnie przez przez Szczęcie Moje bardzo. On świetnie gotuje a ja kocham jeść. Mając na uwadze zamiar co do tych centymetrów, zaczęłam jadać mniej kalorycznie ale smacznie. Jedno z drugim można pogodzić. Sałatki, ryby i takie  tam różne lekkostrawne potrawy. Taką potrawą, bardzo sycącą ale lekką jest wspomniany przeze mnie pasztet ze szpinaku.

Najpierw trzeba przygotować bulion, ok. jednego kubka. W bulionie tym należy przez kilka minut gotować  szpinak. Zwykle kupuję kilogram świeżego. Może być mrożony. Trzeba pamiętać, że jeden kilogram świeżego szpinaku to pół kilograma mrożonego. Żeby szpinak zachował zielony kolor należy gotować go bez przykrycia. Po odcedzeniu miksuję go z łyżką gęstej śmietany (ja lubię lekko ukwaszoną), mieszam z tartym ostrym żółtym serem (10dkg?), kilkoma łyżkami zmielonego ziarna słonecznika i trzema lub czterema ugotowanymi żółtkami. Białka ubijam na sztywno. Dosmaczam masę solą i przyprawami które lubię: Cayenne, kurkumą, gałką muszkatołową,  odrobiną kminku (to dla złamania smaku), świeżo zmielonym czosnkiem i czosnkiem niedźwiedzim.  Przyprawy zależą od indywidualnych preferencji.  Na samym końcu mieszam z ubitą pianą z białek i piekę masę w piekarniku rozgrzanym do ok. 200 stopni, od pół godziny do czterdziestu minut.

Podaję pasztet na gorąco lub zimno, w zależności od okazji. Kiedy na Święta Wielkanocne  zjeżdża się cała liczna rodzina, w ramach której jednostki wyznają religie wege…, zwykle serwuję pasztet z dodatkiem dipów. Mnie szczególnie smakuje z sosem chrzanowym zrobionym na lekko słodko, ale to już kwestia indywidualnego gustu i smaku. Smacznego!

niedziela, 22 lutego 2009

Od dwóch dni ładuję akumulatory przy boku Szczęścia Mojego, na wsi. Niedzielny poranek oznacza całkowite zatrzymanie ruchu samochodowego. Wokół więc panuje cisza, przerywana szczekaniem psów. Z nieba jakby się uparło, żeby nadrobić kilkuletnie zaległości spowodowane ociepleniem klimatu, sypie na potęgę.  Ziemię przykrywa coraz grubsza warstwa puchu. Moich rododendronów, w ramach ochrony przed mrozem, przykrytych otuliną, już zupełnie nie widać spod śniegu. Zastanawiam się czy nie należałoby odśnieżyć otulinowego namiocika. Czy zostawić je w spokoju, w ich szarej, zamkniętej ciszy.  Siedzę sobie w ciepełku i obserwuję przez okno zacinające z wiatrem, płatki śniegu. Wczoraj kiedy zrobiłam zdjęcie naszej bocznej, ukrytej, ogrodowej furtki, zamierzałam dzisiaj, ubrać grubą odzież, wielkie ciepłe buty i  wyjść na spacer w pole. Wiatr i śnieg niestety nie zachęca do tego. Zostanę więc w domu, i zawinięta w ciepły koc poczytam sobie „Kresowego koniarza żywot barwny, przy zacnym miodzie spisany” i poczekam aż Szczęście Moje skończy blendowanie nalewek.

czwartek, 19 lutego 2009

Jak Wam się podoba?

http://wojtasjerzy.wrzuta.pl/film/ffzEBzv8ay/tina_karol_-_pupsik#none

 Tina Karol

Szpinaku nie lubiłam przez prawie całe dotychczasowe życie. Kiedy widziałam zieloną mazistą breję, odwracałam wzrok ze wstrętem, opanowując odruch wymiotny. Ni stąd ni z owąd, mniej więcej w wieku 42, lat stałam się koneserką szpinaku. Jem go teraz w każdej postaci i robię z niego i z nim różne, różniste różności.  Niepowtarzalny jest pasztet ze szpinaku. Mój brat jedząc go po raz pierwszy, nie wierzył, że nie ma w nim ani grama mięsa. Ostatnio jednak idę na łatwiznę. Biorę liście szpinaku (ile?, to  zależy ilości jedzących). Siekam liście nie za bardzo cienko. Wrzucam na patelnię, dodaję świeżo zmielony czosnek. Szczyptę cayenne,  kurkumy, soli (najlepiej lubczykowej) bełtam z lekko ukwaszoną śmietaną i porządną porcją czosnku niedźwiedziego.  Tym sosem zalewam szpinak i duszę przez kilka chwil. Po kolei dodaję różne rodzaje owoców morza. Najczęściej trochę mięsa z krabów i krewetki (te większe).  Rodzaje  zależą od zasobów lodówki.  Wszystko to chwilę jeszcze podsmażam i przed podaniem posypuję startym parmezanem.  

Pychotka.

poniedziałek, 16 lutego 2009

     Tak mi się jakoś w życiu porobiło, że prowadzę życie podzielone pomiędzy dwie rzeczywistości. Często żartuję, że posiadam dwie osobowości, tę miejską, zawodową, elegancką. W końcu można o mnie powiedzieć „biznesłumen”, jakby się uprzeć. W drugiej połowie tygodnia zmieniam się w gospodynię domową, zajmuję się sprawami domowymi i moim ukochanym ogródkiem.  Jeżeli pół hektara powierzchni, można nazwać tak pieszczotliwie.

 Zaczęło się od pomysłu na starość. Nie,  zaczęło się od tego, że Szczęście Moje, chciało komuś coś udowodnić. Nie,  jeszcze raz: Zaczęło się od tego, że poznałam Szczęście Moje i obraliśmy wspólny cel. Początkowo naiwnie i romantycznie myśleliśmy, że wieś to kwiatki, pszczółki i jaskółki, których głosy, obudziły mnie pewnego razu ze snu, który poczęłam, na karimacie, w trawie wysokiej po pas, na miejscu mojego aktualnego klombu.  Podjęliśmy wyzwanie i przekonaliśmy się, że nasze wyobrażenia daleko odbiegają od rzeczywistości. No  i teraz od ponad dwóch lat dojeżdżam do Szczęścia Mojego, dzieląc tydzień na pół: 3,5 dnia tu i 3,5 dnia tam. Jak się uda! Szczęście Moje stało się rolnikiem pełną gębą i zamieniło garnitur na moro i walonki  a ja  zmienia osobowość w  zależności od miejsca pobytu. Całe szczęście mam pracę, którą, dzięki daleko posuniętej komputeryzacji wsi, mogę wykonywać również tam. Tylko jak długo, bez uszczerbku dla zdrowia psychicznego (i fizycznego -bardzo brakuje mi Przytulanek Szczęścia Mojego), tak wytrzymam?

niedziela, 15 lutego 2009

Tęsknię za wiosną, tęsknię za ogrodem pełnym kolorów i zapachów.

 

I uporczywie wpatruję się przez okno sypialni, w złociście kwitnącą młodziutką gałązkę oczaru, przypominającą, że na świecie istnieją inne kolory niż biel i szarość...