Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
sobota, 26 lutego 2011

Mam już tak dosyć zimy, że z utęsknieniem oglądam zdjęcia z lata. Przy oglądaniu nabrałam ochoty na borówki, ale te duże amerykańskie. I nie te ze sklepu, ale zerwane prosto z krzaka. Borówka wysoka, u nas zwana jest amerykańską. Borówkę uprawiać zaczęto w celach hodowlanych  na początku XX wieku w USA. Owoce mają zastosowanie  w dietetyce, bowiem są mało kaloryczne.  Zawierając sole mineralne, witaminy i pektyny. Borówka jest stosowana przy leczeniu chorób pokarmowych, serca i oczu. Najlepiej rośnie na  kwaśnej glebie. Lubi ziemię przewiewną, próchniczą i wilgotną, a także ciepłą.

Obydwoje z Ziemianinem próbowaliśmy przez kilka lat zaszczepić borówkę w naszym ogrodzie, ale każdy posadzony krzak ginął.  Dopiero od doświadczonego ogrodnika dowiedzieliśmy się jak to zrobić. Poradził nam, żeby wykopać dół wyłożyć go folią nasypać ziemi właściwej dla borówki i zakwasić. Zresztą zakwaszanie należy stosować regularnie.  Folia ma zapobiegać ucieczce kwasu i zmiany wartości gleby na zasadową. Dwa lata temu posadziłam borówki w warzywniku, za płotem. Powodem było wykrycie przyczyny tajemniczego znikania borówek z krzaków. Okazało się że smakoszami naszych boróweczek są nasze psy, które z lubością, delikatnie zdejmują dojrzałe owoce z krzaka i rozkoszują się ich smakiem. Nasze borówki warzywnikowe dopiero w tym roku zaowocują i mam nadzieję że będzie to obfite owocowanie. Obok nich posadziłam jagodę kamczacką. Ślinka mi cieknie na samą myśl o smaku owoców.

A w ogóle to wczoraj karmiliśmy Ignacego klasyką - Eine kleine Nachtmusik. Mozart bardzo mu się podobał.

19:20, emka1216 , ogród
Link Komentarze (18) »
wtorek, 22 lutego 2011
 

Często łapie się na tym, że jeżdżąc po różnych zakątkach Poznania, zwykle w związku z pracą, nie zauważam detali tworzących klimat miejsc przeze mnie odwiedzanych.  Rzadko zdarza się taki dzień jak dzisiaj. Bo dzisiaj wyszłam wcześniej z pracy „za jasnego”! Byłam na ul. Wrocławskiej prowadzącej bezpośrednio do Starego Rynku. Spojrzałam w jego stronę i od razu wyciągnęłam aparat z torebki. Efekty możecie zobaczyć tutaj. Kiedy znalazłam się na parkingu, uświadomiłam sobie, że stąpam po kilkusetletnim bruku, dziedzińca najstarszego poznańskiego hotelu - Hotelu Saskiego znanego choćby z tego, że przedstawienia, w hotelowej Sali Redutowej, dawał sam Wojciech Bogusławski. W ogóle Sala Redutowa (180m2), znajdująca się na piętrze, do lat dwudziestych XIX wieku była miejscem spotkań Polaków i Niemców robiących wspólne interesy. Potem stosunki polsko-niemieckie uległy z wiadomych powodów pogorszeniu i sala była już tylko jednym z głównych miejsc życia towarzyskiego Poznaniaków.  

 

W hotelu Saskim w 1812r. nocował, podczas swojego odwrotu spod Moskwy, Napoleon Bonaparte.  Hotel zbudowany  został w latach 1796-1797 przez Józefa Malczewskiego, na bazie obiektów zakonu jezuitów. Ciekawostką jest, że w budynek wkomponowane są stare mury miejskie Poznania.

 

W pierwszej połowie XIX wieku był to najlepszy hotel w Poznaniu.  W drugiej połowie został przebudowany na kamienicę czynszową. W tym czasie klasycystyczna bryła budynku została przyozdobiona neobarokowymi sztukatorkami.  Aktualnie w budynku znajdują się biura, sklepy, mieszkania, a dziedziniec wykorzystywany jest w charakterze parkingu. Przylega on do poznańskiej Fary i do Placu Kolegiackiego.

 

Jak wspomniałam na początku, kiedy uświadomiłam sobie, że stąpam po miejscu niewątpliwie historycznym zaświtał mi w głowie pomysł tej notki. Chyba do końca jednak niewykrystalizowany, bo nie zrobiłam zdjęcia fasady hotelu, a jedynie sztukatorkę znajdująca się nad bramą wjazdową na dziedziniec

 

i sam dziedziniec - parking.

Tagi: Poznań
19:54, emka1216 , pamiętnik
Link Komentarze (7) »
sobota, 19 lutego 2011

Nowo przygarnięty, przez mojego Tatę,  kot.

 
 
 

 a własciwie ciągle głodna kotka.

środa, 16 lutego 2011

Wczoraj minęło dwa lata odkąd piszę tutaj. Czas szybko leci. Dla cierpliwych poniżej jednak z moich ulubionych piosenek z Kabaretu Starszych Panów.

poniedziałek, 14 lutego 2011
 

Zrobiliśmy sobie wczoraj długi spacer po gospodarstwie. Zajrzeliśmy do każdego naszego zwierzaka. Powyżej na zdjęciu od lewej Bestia, Onyks i Amelka.

 

Amelka domagała się pieszczot ciągłych. Pogłaskaliśmy, a Ziemianin jak zwykle wymieniał z nimi buziaki.

 

Nasz pieszczoch, Smigus (wyżej), osobiście urodzony rodzinnie, łeb (kiedyś łepek) nadstawiał do drapania. Takie bliskie spotkania mają zawsze bardzo terapeutyczne działanie na psyche. A zwierzęta garną się do pieszczot. Ciekawość i przytulactwo dominują.

Na swoim drugim blogu zadałam zagadkę, umieszczając kolaż stworzony z wykadrowanych zwierzęcych oczu. Na zdjęciach w tej notce  jest jej  rozwiązanie. To ciemne łagodne i głębokie jak jezioro w nocy,  oko należy do Onyksa:

 

 Co jednak ciekawe, porównanie zdjęć  oczu i zdjęć całościowych  zwierząt zaskakuje.

 

 A właściwie prowadzi do wniosku, jakie gatunkowe różnice można zaobserwować właśnie w wyrazie ich oczu i jak czasami, patrząc na zwierzę nie widzimy szczegółów ich anatomii.

 

Może dlatego, że często kierujemy się zasadą, że zwierzęciu, żeby go nie dominować nie należy patrzeć bezpośrednio w oczy. Powyżej kotowaty, którego oko nalłatwiej jest rozpoznać.

sobota, 12 lutego 2011
 

Zima się kończy, dogorywa i ostatnie podrygi wykazuje. Ogród czeka na porządki. Jest jednak jeszcze za zimno i kijami mnie nie wygonią. Ręce w trakcie pracy zgrabieją i skóra wyschnie na wiór. Czuję jednak w powietrzu powiewy wiosny, która uruchomi niedługo moją chęć grzebania w ziemi. Tęsknię za tym. Na razie łażę po ogrodzie i spisuję w pamięci  zniszczenia poczynione przez zimę i psy. A właściwie te bestie powinnam wymienić na pierwszym miejscu. W tym roku dostały szału niszczenia i kopania dziur. Ostatnie ich dzieło to wykopanie na rabatce pięknie wzeszłych malw.

 

Łby pourywam, albo i co inne. Tylko siły tyle nie mam. Na razie więc cierpię w milczeniu i oceniam straty. Tulipany wyłażą na potęgę,

 

a takie jedne zielone szykują się do kwitnięcia.

 

Rododendrony czekają na cieplejsze dni.

 

Kalina Down szykuje pąki. Żółte oczary już kwitną! 

Czas szybko mija, niedługo więc znów będę Was raczyć swoimi ogrodowymi notkami. Słońca, słońca, krzyczy całe moje jestestwo. I słońce w końcu do nas (chyba) zawita?

19:53, emka1216 , ogród
Link Komentarze (14) »
środa, 09 lutego 2011
 

W latach sześćdziesiątych dostać się do "Marcinka" to była niemała nobilitacja. Startowało po dobrych kilku chętnych na jedno miejsce.

 

Do tego wszystkiego tworzono tam klasy tzw eksperymentalne. Chodziło o naukę języka francuskiego. Było tego sześć razy w tygodniu, do tego kółko przyjaciól ONZ i kółko przyjaciół Francji. Niby dobrowolne ale lepiej zajęć nie opuszczać.

 

Do tego wszystkiego nasze liceum było jednej krwi, znaczy męskie. By popatrzeć na płeć piękną chodziło się na Matejki do Modrzejewskiej. W ten sposób tworzyła się swoista, niepowtarzalna więź. Ot, wchodzę ci ja do ważnego Urzędu gdzie za biurkiem siedzi groźny urzędnik, którego głównym celem jest mnie spławić.

 

Patrzymy na siebie i wyczuwając dziwny sentyment równocześnie rzucamy pytanie - Marcinek? Który rok, kto był Twoim wychowawcą itd. Z balona uchodziło powietrze i po chwili byliśmy najlepszymi kumplami a sprawa załatwiona w mig. Iluż adwokatów, sędziów, lekarzy, naukowców różnorakich ukończyło moja Alma Mater. Mimo, że teraz siedzę na roli i język nie jest mi potrzebny, ale gdy zdarzy się okazja porozmawiać słowami Moliera nie sprawia mi to żadnej trudności.

 

Od czasu zaś do czasu do Dworu zjeżdżają koledzy z tamtych lat. Już szron na głowie, już nie ten wzrok, ale po chwili wracają wspomnienia i znowu jesteśmy niesforną bandą z klasy Profesor Warszawskiej, dokuczamy Kobyle, robimy psikusy Kajowi, a Mąkówka wbija nam daty do łbów.

P.S. Ja chodziłam do Modrzejewskiej, która przed wojną ochrzczona  imieniem była Zamoyskiej, a aktualnie nazywana jest Zamoydską-Modrzejewską. Całe szczęście żaden mądry nie usunął z imienia szkoły naszej wielkiej aktorki. Chodziłam jednak kilka lat później niż Ziemianin i w szkole się nie spotkaliśmy.

niedziela, 06 lutego 2011

Ostatnio po raz kolejny zaangażowałam się w sprawy ochrony przyrody na terenie podpoznańskiej gminy Duszniki. Gmina ta znajduje się na progu trzech zlewni należących do dorzecza rzeki Warty: zlewnia rzeki Mogilnicy – odwadnia część centralną gminy, zachodnią  położoną w kierunku Warty; zlewnia rzeki Samy – odwadnia północną część gminy i zlewnia rzeki Samicy – odwadnia wschodnią część gminy. Na terenie gminy jest kilka rezerwatów przyrody: Duszniczki, Brzęki przy Starej Gajówce, Bityńskie Brzęki i Huby Grzebieniskie.   Istnieją trzy miejsca gniazdowania gatunków chronionych: jedno bociana czarnego i dwa żurawia w rejonie torfowisk Niewierza i Wilczyny oraz na terenie  bagien. W rezerwacie Duszniczki znajdują się stanowiska modrzewia polskiego.

 

Jak wynika z przyjętego przez Radę Gminy programu rozwoju gminy Duszniki, rozwój gminy ma być zrównoważony i zachowane ma być bogactwo środowiska naturalnego. Gmina Duszniki  ma być atrakcyjnym i przyjaznym miejscem zamieszkania i wypoczynku.  Jednym słowem gmina miała być sypialnią Poznania. Celem strategicznym zapisanym w strategii rozwoju gminy jest aktywna ochrona środowiska poprzez ochronę gruntów i wód, oraz przyrody. Rozwój gminy zmierza w kierunku zachowania istniejącego ukształtowania terenu i stworzenie nowych obszarów objętych szczególną ochroną. Z planów wynika, że stworzone mają być rezerwaty przyrody w dolinach Mogilnicy Wschodniej i Środkowej, oraz podjęte działania w celu zwiększenia intensywności ochrony środowiska naturalnego.

O tym wszystkim pięknie się czyta. Tylko, że duża część tych co mieli być tymi nocującymi, jeżeli jeszcze nie sprzedała, to zamierza sprzedać kupione działki, a Ci co mieli kupić, rezygnują.  W rzeczywistości mieszkańcy gminy, przynajmniej Ci bardziej świadomi, walczą z bezustannymi zakusami przedsiębiorców, chcących wykorzystać zasoby naturalne i położenie gruntów na terenie gminy.  A to żwirownia jakaś ma powstać, a to farma wiatrowa, a to kolejny kórnik w bliskim sąsiedztwie wioski. A władze gminy im przyklaskują.  Przyglądając się działaniom władz gminy, zastanawiam się, czy  nadal zamierzają realizować szczytne plany w zakresie ochrony środowiska i  tworzenia zielonych płuc wielkopolski. Wydobycie np kruszywa na terenie gminy w sąsiedztwie rezerwatów  w krótkim czasie poważnie zachwieje gospodarką wodną w gminie, szczególnie na terenie rezerwatów i spowoduje stepowienie tych terenów.

 

  Jak na razie jest kilka grup mieszkańców, którzy czynnie bronią skarbów naturalnych gminy, ale jak długo dadzą radę, albo będzie im się chciało.  Te fotki wyżej zrobiłam wczoraj właśnie w okolicach Dusznik.  

piątek, 04 lutego 2011

Zawsze czułam, że z nią jest coś nie tak.

(Źródło:http://www.google.pl/images?hl=pl&rlz=1T4SMSN_plPL372PL372&q=mona+lisa&um=1&ie=UTF-8&source=univ&ei=SkZMTeKCL8Sg8QPg7t3eCw&sa=X&oi=image_ 

result_group&ct=title&resnum=1&ved=0CDUQsAQwAA&biw=1345&bih=478)

czwartek, 03 lutego 2011

Zastanawiam się jak rozciągnąć czas żeby wystarczało mi go na wszystko, co zaplanowałam i na to, co mam w planach. Co chwilę lęgną mi się w głowie nowe pomysły, a pracy przybywa i, pomimo, że pracuję jak szalona, kupka spraw do zrobienia rośnie w nieskończoność.  Podobno grunt to dobra organizacja. Może nie zawsze bywałam systematyczna i porzundna, jak mawiają poznaniacy, ostatnio jednak poprawiłam się, a mimo to, nie wyrabiam się. Powinnam się zamknąć w wieży, takiej jak na obrazku

 

i nie wychodzić z niej dopóki … nie skończę pewnych rzeczy. A powinnam napisać: „… dopóki nie przyjedzie królewicz, żeby mnie uwolnić”!!! Marzenia ściętej głowy. Królewicze nie istnieją, co najwyżej białe konie.  

Mam nadzieję, że w końcu to upragnione światełko w ciemnym tunelu pokaże się, również i mnie i będę mogła znów poświęcić więcej uwagi moim kochanym roślinkom. Jakby tego było mało zaangażowałam się projekt zapodany przez spacer_biedronki. Chociaż chyba to mi na dobre wyjdzie i zacznę się trochę rozwijać fotograficznie. Przecież ostatnio robię tylko zdjęcia jedzenia, na zapotrzebowanie Ziemianina. Robię albo obrabiam te, które on sam wykonał. Kiedy spojrzałam na zawartość karty pamięci, oczom moim ukazały się jedynie zdjęcia mięs i takich różnych innych. Lubię to, ale przecież nie samym żarciem człowiek żyje. Jeżeli chcecie pooglądać, to w linkach na bocznej szpalcie wpisałam adres.

A w ogóle to zaraz jadę poleżeć w wodzie nasyconej solą Epsom.  Nazywa się to „no gravity” i jest całkiem, całkiem przyjemne. A najważniejsze, świetnie działa na mój zaplątany na supełki kręgosłup i mięśnie go oplatające, a także zrzuca mi ciężar z ramion.  

Miłego wieczoru wszystkim życzę.

wtorek, 01 lutego 2011
 

Kiedy byłem chłopcem, a było to dawno, przyjaźniłem się z Maćkiem. Jego tata w ty odległym jakże czasie był dyrektorem Zoo. Mogłem tam wchodzić nie płacąc za bilet, niedość tego razem z moim przyjacielem włazić w każdą dziurę. Nikt nie śmiał nam złego słowa powiedzieć.

 

Gdzieś przeczytaliśmy, że wielbłądzia wełna jest niezwykle droga i robi się z niej tak cenne rzeczy jak płaszcze, swetry, a nawet skarpety. No to co, wielbłądowi ona niepotrzebna, gubił ją całymi płatami, będziem podbierać. Raz, dwa byliśmy za ogrodzeniem i dawaj ładować do siatki. Ten skubany podejrzał i wcale nie chciał się dzielić, my chodu, on za nami, szczypnął maćka w zadek, gdy ten wisiał na płocie. W wełnie było pcheł co niemiara a my nie mieliśmy kołowrotka ani wiedzy jak się nim, gdyby był posłużyć. Wojna rozerwała ciągłość pokoleniową i nić przekazywania wiedzy o takich rzeczach. Dobry pomysł spełzł na niczym. Ciekawym było przesiadywanie w zagrodzie susłów perełkowych. Godzinne  bezruchowe ćwiczenie niczym mistrza jogi owocowało bezpośrednim kontaktem z tym zwierzątkami. Obłaziły nas obwąchując całych. Wspomnienia, wspomnienia, stare jeżyckie Zoo, gdy tamtędy przejeżdżam kręci mi się w oku łza i widzę duszą całą dwóch małych chłopców bawiących się z zamkniętymi w klatkach zwierzętami. Chcieliby dać im wolność, nie mogli, tkwili w środku miasta.

 
 

P.S.  Trochę historii Starego ZOO zapodałam tutaj.

 

W lecie wygląda ładniej. Ale nie chodzi przecież o ładniej, tylko o udokumentowanie stanu aktualnego. Szkoda, że ZOO niszczeje, a okolica jest koszmarna.

 

Są plotki, że utrzymują je w środku miasta ze względu na szczury, które w razie likwidacji mogłyby się rozleźć na całe centrum.  

 

Czekam na kolejne wspomnienia Ziemianina. Emka