Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
poniedziałek, 30 listopada 2009

Mamy najcieplejszy listopad od iluś tam lat i zapowiada się tak sam grudzień. Moja magnolia przygotowuje pąki, Kalina, która powinna kwitnąć wczesna wiosną szykuje się do zaróżowienia,

 

 

 

 

 

pierwiosnek rwozwinął kwiaty,

 

 

 

 

 

 

 

 

 

a i  innym roślinom w ogóle pomyliły sie pory roku.

 

 

 

 

 

Ciekawe co zrobią wiosną?

 

 

 

 

Zdjęcia zrobiłam dzisiaj!!!

12:45, emka1216 , ogród
Link Komentarze (7) »
sobota, 28 listopada 2009

Podczas naszego krótkiego wyjazdu, byliśmy między innymi w dworku Wojciecha Siemiona w Petrykozach.

Oglądaliśmy tam między innymi kolekcję obrazów i innych dzieł sztuki gromadzonych przez niego przez lata, a prezentowanych na strychu dworku. Zrobiła wrażenie! mnie szczególnie przyciagał obraz prezentowany wyżej, autorstwa Ryszarda Gancarza. Było w nim coś co nie pozwoliło mi skupić się na innych. A kolekcja jest imponująca.

W. Siemion gościł w swoich progach wielu uznanych i znanych artystów, którzy odwdzięczali mu się swoimi dziełami.

W dworku jest bardzo przytulny ogród zimowy, w którym Ziemianin podpytywał gospodarza o jego szczegóły konstrukcyjne.

Na terenie posiadłości jest staw, który widać przez okno i zdarzyło się, że na oknie tym rozsiadł się motyl, który dał się sfotografować.

A mnie z całej wizyty, najbardziej utkwił w pamięci obraz Gancarza.

poniedziałek, 23 listopada 2009

w kieliszku z ciętego szkła

oddycha zaczarowane

wiatrem i światłem

czerwone wino


ponad aromatycznym bukietem,

zetknęły się nasze usta

i zasmakowały cierpkiego smaku

uzależnienia


oszołomił nas zapach winogron

i słońca delikatnie je pieszczącego

zatraciliśmy się w słodkiej goryczy

niemożności bycia osobno i razem

sobota, 21 listopada 2009

Kiedyś obiecałam, że wyjaśnię jak lepi się pierogi metodą węża. Przy okazji opiszę jak się jadało ruskie w moim rodzinnym domu. Wczoraj dostałam od mojego Taty farsz  i pomyślałam, że będzie to doskonała okazja do opisania i zilustrowania tej metody. Metoda ta stosowana była zawsze w mojej rodzinie i odkąd Babcia mi ją pokazała, pomimo podejmowanych prób robienia pierogów innymi sposobami, zawsze wracałam do niej. Czy jest lepsza od innych? Nie wiem. Dla mnie najwygodniejsza. Oczywiście najpierw wyrabiam ciasto.


Ciasto składa się z mąki i wody. Nie dodaję jajka, kiedyś Babcia powiedziała, że jajko nadaje ciastu twardości, pozostałam więc przy mące i wodzie. Do miski z mąką wlewam cieniutką strużką ciepłą wodę i palcem kręcę  ciasto, aż nabierze odpowiedniej gęstości. Przekładam na blat, popruszony mąką i krótką chwilę wyrabiam. I znów Babcia: im dłużej wyrabiasz tym będzie twardsze, długo to się wyrabia ciasto na makaron. Odkrawam część ciasta i rękoma nadaję tej części postać węża, którego następnie kroję na średniej grubości plastry (coś tak jak kopytka). Od grubości plastar zależy wielkość pieroga. Każdy plaster z osobna rozwałkowuję wałkiem na okrągły placuszek, na który nakładam farsz i zlepiam boki. Farsz składa się z sera, ziemniaków, podsmażonej cebulki, soli i pieprzu. Mój dziadek zawsze mówił, że ser powinien być lekko zgliwiały, ja wolę świeży. Kciuk służy mi do dociskania masy, żeby jak najwięcej zmieściło się jej w pierogu. Nie można zrobić na raz za dużo placuszków, ponieważ mogą wyschnąć i nie będą chciały się lepić. W czasie gotowania w osolonej wodzie z łyżką oliwy,  przygotowuję cebulkę smażoną, do której na końcu dodaję masło. Ugotowane pierogi w misce kąpię w części masła z cebulką. Pozostałym masłem polewam porcje na talerzu. U mnie w domu jadało się ruskie ze śmietaną, tak też dzisiaj podałam. Danie więc wyjątkowo niezdrowe i pobudzające  żołądek do nadmiernej  produkcji kwasu, jednak bardzo, bardzo smaczne. Myślałam, ze zostanie coś do odsmażenia, nie został ani jeden!

piątek, 20 listopada 2009

A oto mały, nieprofesjonalny, zrobiony kiepskim sprzętem filmik z występu Mieczysława Mazura:

A tak wyglądał stół komisji od nalewek:

Pojechalismy z Ziemianinem w mazowieckie, żeby zobaczyć co nowego u naszych znajomych. A przede wszystkim wziąć udział w Warsztatach Artystycznych Prawników ( kiedyś Młodzieży (WAMP) Prawniczej. Młodzież się posunęła i zostali prawnicy. To jest taka sympatyczna impreza, podczas, której spotykamy się, pokazując to, co robimy poza wykonywaniem zawodu prawnika. Mieliśmy okazję posłuchać na żywo i dla przyjaciół zagrane ragtimy przez Mieczysława Mazura:

Niestety, moje nagranie muszę przetransponować na chyba jakiś portal, żeby umieścić. Na razie więc  fragment z Youtuba. Słuchać jednak na żywo muzyki, granej przez ragtajmistę z górnej półki, to jest coś! Poza, tym ( tym poza tym, grzeszę, bo słucham po raz kolejny), słuchanie Krzysztofa Sadowskiego jest  przyjemnością dla ucha. Szczególnie że wymienieni wyżej Panowie byli akompaniatorami naszego kolegi prawnika. Czynili to z przyjaźni i z przyjemnością. Publiczność zaś z taką samą przyjemnością raczyła się nalewkami Ziemianina, które w konkursie, bo i taki w ramach twórczości artystycznej był, pobiły na łeb i szyję konkurencję.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Nazwa rodzaju pochodzi od nazwiska francuskiego botanika M. Begona – francuskiego patrona botaniki. Występuje ok. 500 gatunków begonii, które zamieszkują strefę tropikalną głównie Ameryki, rzadziej Azji i Afryki. Są to na ogół byliny, rośliny płożące, pnącza, choć bywają półkrzewy, epifity, a czasem rośliny roczne. Występują gatunki z podziemnymi rozłogami lub bulwiastymi zgrubieniami. Mają grube, soczyste, mięsiste łodygi, oraz soczyste liście, które są ułożone skrętolegle. Polska nazwa „ukośnica” wzięła się stąd, że liście są ukośnie asymetryczne. W wyniku skrzyżowania różnych typów, a nawet gatunków powstało wiele gatunków oraz odmian uprawnych. Są one bardzo chętnie uprawiane jako rośliny ozdobne, ze względu na piękne kwiaty oraz liście. Są gatunki o zwykłych liściach zielonych, o intensywnie czerwonych dolnych stronach liści, czy też barwne, błyszczące metalicznie lub zamszowato, oraz gatunki o pięknych dużych i barwnych kwiatach. W tej notce właściwie chodzi mi o  begonię bulwiastą, bo tę najbardziej lubię i zawsze wiosną wysadzam je do donic w ogrodzie, a ostatnio również do ziemi. Powstała ze skrzyżowania kilku gatunków w Ameryce Południowej. W warunkach naturalnych jest rośliną wieloletnią, u nas w Polsce jednoroczną z uwagi na mroźne zimy. W tym roku po raz kolejny będę próbowała przechować bulwy, do tej pory nie za bardzo mi się to udawało. Po pierwszych przymrozkach bulwy należy wyjąć z ziemi, odciąć pędy, pozostawiając nasady 5 cm długości. Następnie bulwy podsusza się w temperaturze 15°C, czyści się i przechowuje lekko zagłębione w wilgotnym torfie (aby nie wysychały) w pomieszczeniu o temperaturze 7–8°C. Na początku lutego bulwy wysadza się do skrzynek. Początkowo utrzymuje się 18°C, a gdy rośliny wypuszczą pędy – temperaturę obniża się. W kwietniu wysadza się do inspektów lub do doniczek. Zaczynają kwitnąć pod koniec maja.  Można je rozmnażać z nasion, przez podział bulw, lub sadzonki, ale na to jestem zbyt niecierpliwa i wydaje mi się to zbyt skomplikowane. , Ze skrzyżowania gatunków powstały różne kolory kwiatów – białe, różowe, czerwone i żółte.  Ja mam zawsze białe czerwone i żółte. Przez całe lato, szczególnie w okresie kwitnienia,  wymagają obfitego podlewania i zasilania nawozami. Są wrażliwe na niskie temperatury, dlatego też wysadza się  ją po 15 maja. Mnie bardzo odpowiada, że lubi miejsca zacienione. Dzięki temu, kawałki pod bzem, w cieniu drzew, i schody od strony północnej, lśnią w moim ogrodzie żywymi, odblaskowymi kolorami. I to do późnej jesieni – t.j. do pierwszych przymrozków.

 

23:09, emka1216 , ogród
Link Komentarze (9) »
środa, 11 listopada 2009

 

Nastrajam się sentymentalnie i wyciszjąco prezd drogą. Ruszamy z Ziemianinem na podbój Mazowsza, nestety na krótko. Ale zawsze jednak to odpoczynek od codzienności.

niedziela, 08 listopada 2009

Po raz kolejny bardzo, bardzo się starałam. Bardzo, bardzo, bardzo … żeby upiec coś słodkiego. Mój antytalent jest ogólno rodzinnie bardzo dobrze znany. Nawet mój ojciec naumiał się piec tak, że palce lizać i popatrzeć jest na co. Moim jedynym wyczynem cukierniczym nadającym się do pokazania są mazurki. Oczywiście jeżeli nie zacznę szaleć przy ich ozdabianiu. Umiem też kruche ciasteczka, ale te to raczej są do jedzenia niż do patrzenia. Każdy przepis potrafię zepsuć, mogłabym stawać do zawodów. Cóż trudno, nie mam talentów cukierniczych, ale głęboko wierzę, że kiedyś mnie natchnie i nagle zostanę geniuszem cukiernictwa. Jak na razie w dniu dzisiejszym nie chciało mi się zetrzeć jabłek i zapomniałam wysypać formy bułką tartą i nie tylko to, no i wyszedł mi kolejny potworek. Przepis jest prosty ja przysłowiowy drut, nie sądziłam więc, że to również zepsuję. Widziałam to w jakimś programie i niczego prostszego wymyślić się nie da. Otóż macza się kromki pieczywa w rozbełtanych żółtkach doprawionych na słodko i różnymi takimi jak cynamon i wanilia.  Oczywiście, umknął mojej uwadze fakt, że były to kromki pieczywa francuskiego, delikatnego, pszennego i niesolonego. Ja miałam w domu jedynie chleb żytnio-pszenny i słony oczywiście. No więc macza się ten  chleb, następnie wykłada nim formę wysmarowaną tłuszczem i wysypaną bułką tartą. Jak już wspomniałam, o tym ostatnim zapomniałam. Następnie uciera się jabłka, dosmaczając je cynamonem itp. Oczywiście z lenistwa nie utarłam, ale pokroiłam ze skórką. Skórka to nie z lenistwa, tylko wolę jabłka właśnie ze skórką. Do formy wyłożonej rzeczonym chlebem wkłada się masę jabłeczną i przykrywa ją kolejną kromką chleba. Przyduszamy i na 40 minut do pieca. Powinna wyjść zgrabna babeczka. Anglicy tak robią tzw pudding, ale okrawają skórkę od chleba. Mnie, z uwagi na nieudolne próby oderwania go od formy, wyszedł niezły potworek, który musiałam oblać ajerkoniakiem, żeby uratować honor i udawać, że tak ma być. Ziemianin od razu zauważył jednak, że chleb jest za słony, co w połączeniu z jabłkami, cynamonem i cukrem trzcinowym dało nieco dziwny efekt smakowy. Nie załamuję się jednak i zamierzam próby ponawiać, o czym donoszę szanownym czytającym.

środa, 04 listopada 2009

Bynajmniej, nie chodzi mi o wory pod oczyma. trzy tygodnie temu zrobiłam porządek na strychu i w szfach, zebrała troche ciuchów z innych źródel i w moim domu na środku przedpokoju stoi sześć 120litrowych worów i jeden karton bardzo porządnych, markowych  i prawie nowych ciuchów. I żeby była jasność wcale nie letnich. Obdzwonione zostały wszystkie instytucje (w tym kościoły)  zajmujące pomocom biednym. Żadna z nich nie reflektuje na te wory. Bo ... nie mają co z nimi zrobić. Jedyna w Barce oświadczyli, że jak im przywiozę to ... może wezmą. Dobre chęci wzięły w łeb. Z tego wynika, że po raz kolejny powiozę rzeczy na wieś. Szkoda tylko, że żadna z instytucji do tego powołanych,  nie chce wspomóc naprawdę potrzebujących.

A tak w ogóle to mnie jest szkoda lata...