Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
wtorek, 30 listopada 2010

Piękna kobieta, pełna  wewnętrznego ciepła i serdeczności.  To znalazłam na you tube. Jak szybko ludzie reagują!

Coś mnie ostatnio na sprzątanie i Jandę zakręciło:

 

sobota, 27 listopada 2010
 

Życie na wsi toczy się w odmiennym od miejskich,  czasie i przestrzeni.  Na początku, byłam niecierpliwa i szybka. Kiedy Pani Sklepowa w wiejskim sklepiku omawiała ze stojącą przede mną klientką, sprawy inne, niż zakup towaru, przebierałam nogami, a stres zżerał moje jestestwo. Teraz sama lubię pogadać i nigdzie mi się  nie spieszy.  Mam czas i ochotę smakować każda spowolnioną tutejszym klimatem chwilę.  Zdarzają się oczywiście sytuacje, które doprowadzają mnie do białej gorączki, jednak nie powodują one napięć, jakie towarzyszą mi w mieście. Tak było z parapetami, które miały zaistnieć w domu na święta Wielkanocne. Pomimo, że były gotowe do zamontowania, ich montaż rozpoczął się z końcem września i już  po dwóch miesiącach,  jestem aktualnie posiadaczką nowych parapetów.

 

Z przerażeniem myślę o tym, jak długo będzie trwał remont okien.  Ale przyjmuję to ……. spokojnie.  Co nagle to po diable i jak powiedział mi Pan Janusz, którego zmobilizował do pracy dopiero mój argument: „że świątecznych porządków zacząć nie mogę”, życie jest trudne i trzeba spokoju i cierpliwości żeby było jako tako. Cóż może nie do końca podzielam jego opinię, ale jak na początku napisałam przyjmuję już tę moją ukochaną wiochę z dobrodziejstwem inwentarza.  Po tygodniowym oczekiwaniu na to, by cały kurz po kuciu ścian osiadł, rozpoczęłam jednak świąteczne porządki i nareszcie mogłam przykryć komodę w sypialni, prezentem od Kasi Piórka -  własnoręcznie przez nią wykonaną  serwetą, która pięknie się na owej komodzie prezentuje.

 

Lubię rzeczy, które tworzą klimat w moim zarzuconym bibelotami i drobiazgami domu. Nawiasem mówiąc zawsze  podczas sprzątania i mycia tego tałatajstwa, obiecuję sobie likwidację większości, po czym zapominam o tym na jakiś czas.  Jak to napisałam czas na wsi płynie inaczej i dzięki temu utrzymuję równowagę psychiczną i fizyczną.  A moje akumulatory, wyczerpane po intensywnej pracy w mieście we właściwym dla siebie  tempie, ładują się. A w ogóle to śnieg spadł

 

i ogród pokrył się bielą  i w związku z zapowiadanym mrozem chyba będę musiała wychynąć i zabezpieczyć kilka roślinek otuliną. Mam na myśli między innymi ambrowca  i posadzoną wiosną magnolię.

środa, 24 listopada 2010
wtorek, 23 listopada 2010

Jakoś mnie się tak porobiło, że nic mnie się nie chce. Jakoś tak mnie wszystko jest obojętne, że nawet herbaty nie chce mnie się zaparzyć, a tylko wodę bez gazu popijam. A herbatka by się mnie przydała, bo przeca przy herbacie stosunki towarzyskie rozwija się pozytywnie. Tylko, z kim ja mam się rozwijać towarzysko, mieszkając po nocy sama w chałupie. Tej miejskiej oczywiście.  Herbata również nastrój podnosi. Tylko, po co mnie podnosić ten nastrój, jak ja spać zaraz idę. Herbata podobno uspakaja. Tylko, po co mnie uspokojenie, jak padnięta jestem po pracy intensywnej i to zarówno umysłowej jak i fizycznej. A poza tym jak wyżej padnięta jestem i nie chce mnie się robić tej herbaty. Ale chociaż o niej posłucham.

   

Zachęciło mnie, zaparzę Citronello, bo i tak pralka jeszcze pierze i spanie należy odłożyć. A towarzysko to ja sama ze sobą też potrafię. Dobrej nocy, przepijając zieloną herbatą, życzę wszystkim.  

niedziela, 21 listopada 2010

Na dobranoc zachwyciłam się głosem tego pana, który usłyszałam dzięki komentarzowi Cane1, do postu dr Ewy. 

 

środa, 17 listopada 2010
 

Rzadko mamy okazję wyjechać w świat wspólnie z Ziemianinem. Cóż, gospodarstwo wymaga opieki i oglądu. W tym roku dzięki naszej kochanej przyjaciółce  Eli udało nam się po raz kolejny razem uczestniczyć w WMP’ach, o których celu i charakterze pisałam tutaj, tutaj i tutaj .  W tym roku warsztaty stały się pełnoletnie, skończyły lat osiemnaście.  Ta impreza pozwala się oderwać w znikomym, chociaż stopniu od rzeczywistości. Kiedy spotyka się kilkadziesiąt osób, których celem nadrzędnym i jedynym jest nie tylko praca zawodowa, ale stworzenie czegoś poza tym, impreza zaczyna mieć charakter nieco wariacki.  I to jest miłe. Luz i doborowe towarzystwo. Czego chcieć więcej? Zaczęło się od powywania przy świecach.

 

Po drodze były wycieczka do Nysy i Jesienika w Czechach,  prezentacje plastyczne, opowieści o podróżach, postępy poetyckie i dokumentacje zdjęciowe, prezentacje muzyczne w szerokim słowa tego znaczeniu – od muzyki poważnej do lekkiej muzy i ukochanego przeze mnie jazzu.

 

Warsztaty zakończyły się prywatką pod zawołaniem lata siedemdziesiąte – dzieci kwiaty,

 

podczas której Felixiana (nawiedziła nas z niedalekiego Śląska Górnego) i Ziemianin utrzymali się w stylu epoki

 

a ja robiłam podobno za wczesną Rodowicz.  

 

Nie zamieszczam wszystkich nagrań i zdjęć, nie mam upoważnienia od osób tam prezentujących swoje dokonania, ale tych kilka wyznaczników może pozwoli się Wam wczuć w atmosferę imprezy.

poniedziałek, 15 listopada 2010
 

No cóż rolnikowi również należy się wypoczynek. Dni długiego łykendu spędziliśmy z Ziemianinem w Otmuchowie, miasteczku na Dolnym Śląsku w powiecie Nyskim.  Otmuchów to jeden z najstarszych grodów kasztelańskich na Dolnym Śląsku. Pierwsza o nim wzmianka pochodzi z 1155r. Przez kilka wieków, do 1810r., znajdował się we władania biskupstwa wrocławskiego. Najważniejsze i najbardziej widoczne zabytki Otmuchowa to zamek biskupi

 

wybudowany prawdopodobnie na miejscu dawnego drewnianego grodu, na szczycie najwyższego wzgórza w okolicy. Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów zamku są schody, zwane końskimi.

 

W zamku znajduje się Gościniec Otmuchów, w którym mieszkaliśmy. Zamek jest naprawdę piękny … z zewnątrz i jak to zwykle w przypadku zamków bywa, zniszczony.  

 

 Również, jak to często bywa wystrój wewnętrzny należy określić mianem klasy wczesnego gierka. Pokoje zmodernizowano, są w nich łazienki, a jakże, ale plastikowe boazerie w kolorze sosny, w sposób wyraźny gryzą się z kilkuwiecznymi belkami na sufitach. A pozłacane karnisze do firanek, z siedemnastowiecznym sufitem malowanym w ludowe wzory naturalnymi farbami, które do dnia dzisiejszego zachowały kolor i nie wymagają żadnej renowacji.

 

Cóż nie każde cenne  miejsce ma szczęście znaleźć odpowiedniego sponsora, dla którego nie tylko liczy się zysk, ale również dbałość o przekaz historyczny. Rozumiem, że wieża zamkowa to najwyższy punkt w okolicy, ale czy tak musi wyglądać?

 

W zamku są dwie cele śmierci – zapadnia i cela głodowa. W celi głodowej zachowały się na ścianach rysunki i napisy wydłubane przez więźniów paznokciami.

 

 Obok zamku na sąsiednim wzgórzu znajduje się kościół św. Mikołaja z końca siedemnastego wieku, w stylu barokowym,

 

a na rynku szesnastowieczny ratusz

 

i Pałac inaczej - Zamek Dolny, zbudowany na początku osiemnastego wieku w stylu barokowym.

 

Jak widać na zdjęciach, również i miasteczko nie obroniło się przed kiczem wczesnogierkowskim. Cóż, może kiedyś będzie to zabytek? Szczerze jednak w to wątpię. Z wieży zamkowej można oglądać okolicę, przy dobrej widoczności widać szczyty górskie, a bez dobrodziejstwa Zalew Otmuchowski, czyli sztuczne jezioro wybudowana na Nysie Kłodzkiej. Część obszaru wokół jeziora objęta jest rezerwatem Czapla siwa, na którego terenie rośnie starodrzew.

 

Niestety jest listopad, niestety dla mnie, bo w Otmuchowie od 1973r., w pierwszy pełny weekend lipca obchodzone jest święto kwiatów, które dla mnie stanowi szczególną atrakcję. Wynagrodził mi to jednak piękny zachód słońca, nad którym zatrzymałam się z lekka oniemiała z podziwu dla niespotykanych kolorów.

 

 A o powodach naszej podróży, opowiem  później.

sobota, 06 listopada 2010
 

Listopadowy nastrój udziela mnie się w postępie geometrycznym  i obejmuje mnie w swoje posiadanie. Chandrowato się robi.

 

Nie cieszą nawet ostatnie kolory środka jesieni. Deszczowe chmury, nisko wiszące  nad horyzontem, przyciskają moje dobre chęci do ziemi.

 

Nic mi się nie chce robić i niczego nie chcę mieć. Mobilizuję się na działanie i prawie mi to wychodzi, ale nie do końca. Mdławość krajobrazu nie powoduje szybszego krążenia, a jedynie senność i  takie tam wapory.

 
poniedziałek, 01 listopada 2010