Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
środa, 30 grudnia 2009

Czerwiec nie zapowiada się chyba za bardzo ciekawie. Dzisiaj była taka nijaka pogoda z niskim ciśnieniem i popadującym niezdecydowanie, mokrym  śniegiem. Dopiero po południu śnieg zdecydował się, że jedna sypnie i się zabieliło, i świat poładniał. Od rana był przymrozek, -2, sypał śnieg - kaszka i było wilgotno. Około drugiej, jak widać na miejskim zegarze, stojącym w centrum Rynku,  padać przestało i taki stan przy pochmurnym niebie utrzymywał się około godziny. Cały dzień pochmurny i nawet bez przebłysków słońca.  Teraz jest lekki mrozik, a śnieg skrzy się pięknie na choince oświetlonej lampkami.

Z gościem kochanym pojechałyśmy na zakupy. Teraz zajmujemy się kuchnią. Ona tortem orzechowym, specjalnością nad specjalnościami, którym to przepisem może kiedyś się podzieli, ja zlewaniem moich ratafii. Jest to już trzeci zlew tzw „wodny”. Po odzyskaniu jak największej ilości płynu z owoców, kupażuję wszystkie trzy zlewy, dla uzyskania procentowo właściwego alkoholu. Chociaż nie powiem, zlew pierwszy, mimo swojej mocy był niezwykle smakowity.

Kuchnia pakchnie pieczonym ciastem i owocami z nalewki. Nie powiem całkiem miłe zapachy.

wtorek, 29 grudnia 2009

Mroźno było z lekka (-3), kiedy młodzież (wraz z tą częścią kanadyjską), o godzinie piątej rano odprawiałam na pociąg do Krakowa, gdzie cztery młode kobietki zamierzają spędzić sylwestra.  Ciekawe jak się pogodzą te cztery różne temperamenty. Czy padnie na klub jazzowy, czy na koncert Chylińskiej na rynku.  Ranek w granicach -1, i słoneczko przebijało trochę zza chmur. A  na ulicy przed domem w mieście ślizgwica. W południe odważniej zaczęło operować, aby ostatecznie schować się za ołowianą kurtyną. Ciśnienie doszło do tysiąca.  Chyba dlatego zębodół z implantem lekko pulsuje. Cóż świeża rana. A swoją drogą nie pomyślawszy. Przed sylwestrem tak się urządzić!  Dzisiaj odebrałam kochanego gościa, który zawitał do nas na chwilę odsapki i oczywiście w celu wspólnego spędzenia nocy rozpoczynającej nową dekadę. Dzień intensywny, bo po podróży na wieś, natychmiast wyjeżdżaliśmy z Ziemianinem na mszę ku intencji trzydziestoletniego małżeństwa. Uroczystość byłaby całkiem miła gdyby nie fakt, że w kościele było paskudnie zimno, a ksiądz tak się spieszył, że połowa tekstu nikła w bełkocie.  Wieczór zrobił się mroźny, wilgotny  i spada ciśnienie.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Kwiecień chyba będzie zgodny z przysłowiem - kwiecień plecień. Rano wstałam z lekka oszołomiona, a za oknem ... biało. Ida bardzo się ucieszyła, bo jak wczoraj wspomniałam, wymazała zdjęcia z aparatu, a przyleciała do Polski 18 grudnia, kiedy to atak zimy mieliśmy, i wszystkie zimowe zdjęcia poszły w diabły. Nie chciałam jej gasić i przepowiadać miejskiej szaroburej chlapy, którą zapowiadała temperatura ) stopni. W sumie dzień był obdarzony temperaturą dodatnią, a ulice zrobiły się szare. Obok zdjęcie z dnia wczorajszego (robione moim aparatem na tle poznańskiej Katedry). A tak szczerze mówiąc, to przy okazji wizyt, tych którzy chcą poznać miasto i jego ciekawe miejsca, człowiek ponownie przypomina sobie w jakim ładnym mieście mieszka. No, może pominąwszy wszelakie reklamy i szyldy budek ponastawianych gdzie popadnie.

Dla mnie dzień się skończył o godzinie czternastej kiedy to usiadłam na fotelu dentystycznym w celu zrobienia pierwszego etapu implanta. Dopiero teraz jakoś, po znieczuleniu i na prochach przeciwbólowych udało mi się wypełznąć z łóżka. Aktualnie nadal w okolicach zera. Acha ciśnienie niskie 991 hekto

niedziela, 27 grudnia 2009

Wczoraj wiatr wiał przez cały dzień, coraz słabiej i słabiej. Przemieszczając się ze wsi do miasta, czułam w samochodzie coraz słabsze podmuchy wiatru. Ciepły wieczór powoli schładzała ciemność. Nawet gwiazdy, które było widać bardzo wyraźnie nie ocieplały powietrz. Ranek przywitał przymrozkiem i przebijającym przez chmury zamglonym słońcem. Jest 0 stopni. Na dachach domków działkowych leży szadź. Dzień zaczął się cicho i spokojnie.

Do Poznania zawitała emigrantka, córka mojego kuzyna, który wraz z żona i malutkim dzieckiem wyjechał w latach osiemdziesiątych do Kanady.  Przyleciała i odbywa, jak to nazywa,  podróż życia. Od nowa poznaje rodzinę i bliskich. Stwierdziła wczoraj, że więzów krwi nie da się oszukać i zamierza kontynuować poznawanie Polski w lecie. Pokazałam jej poznańską Katedrę, Farę, Wzgórze Przemysła i trochę Starego Rynku.  Acha byłyśmy w Muzeum Historii Przedmiotów Użytkowych. Potem ruszyłyśmy na wieś. Dzień był obfity we wrażenia. Dodatkowo Ida wymazała cały zasób swoich zdjęć z aparatu. Będzie musiała powtarzać wspomnienia.

Temperatura przez cały dzień niezmienna – około zera. Było pogodnie i słonecznie.

 

Popatrzcie na jej nogi. G E N I A L N E!!!

sobota, 26 grudnia 2009

Wczoraj od około siedemnastej zaczęło wiać i wiało, i wiało i wiało. W nocy była taka wichura, że w kominie jedynego pieca kaflowego, który zachował się w naszym domu na wsi (pozostałe zostały zlikwidowane przez poprzedniego posiadacza domu), a który posadowiony jest w naszej sypialni, stukało, pukało, jęczało i wyło. Kiedyś bałabym się tych odgłosów, tym bardziej, że noce tutaj ciemne, żeby nie powiedzieć czarne, dzisiaj przyjmuję je jako nocne domu gadanie, które kołysze mnie do snu. Piec zresztą ma wiele zastosowań, oprócz podstawowego – grzania w nocy, jest zimową suszrką – wieszam na nim pranie, jest jesienną suszarką- suszę na nim grzyby, doskonale zastępuje termofor – lubię się do niego przytulić całą powierzchnią pleców i łapać ciepełko do kręgosłupa.  Ozdobnej funkcji nie pełni z uwagi na przeciętną urodę kafli. No chyba, że powieszę na nim jakieś ładne majty.

Około ósmej rano na moment ucichło i wydawało się, że wszystko zamarło w oczekiwaniu na niespodziewane. Niespodziewane nie nadeszło ale wiać, trochę słabiej, zaczęło znów. Zwiało mi otulinę z figowca i dzisiaj, chyba,  czeka nas z Ziemianinem wyprawa do ogrodu, w celu naprawienia, spapranej wcześniej pracy. Przy silnym wietrze, nie jest to najbardziej przyjemne. Dobrze , że mrozu nie ma. W zeszłym roku otulałam rośliny w mroźny wietrzny dzień i do dzisiaj dokładnie pamiętam przenikliwe zimno.

Na termometrze + 5, ale tzw odczuwalna chyba niższa. Niebo raz ołowiane, raz zniebieszczone promieniami wyglądającego zza  chmur słońca.

Po pobycie na dworze, Kora i Maks, oszołomione wiatrem odpoczywają przy fotelu swojego pana.

piątek, 25 grudnia 2009

Jest taki przesąd, że każdy dzień następny po 24 grudnia, odpowiada kolejnym miesiącom następnego roku. Dzisiaj w Poznaniu pogoda była iście wiosenna - +8. Gdybym nagle objawiła się z nieokreślonego miejsca w nieokreślonym czasie, przekonana byłabym, że to marzec. Jeżeli taki będzie styczeń, to czego spodziewać się po lutym i marcu? Zasadą jest, że drzewa owocowe i  winogrona przycinać należy w styczniu, kiedy to soki życiowe jeszcze nie krążą w ich żyłach. Obawiam się, że soki życiowe drzewek owocowych i winorośli w moim ogrodzie nie przestały krążyć w ogóle.  I sama nie wiem czy już nie zacząć przycinać. To samo jeżeli chodzi o bielenie pni drzew. Też robi się to w styczniu. Aura, tego roku jest tak szalona, że chyba należy się do niej przystosować i zacząć szaleć również.

A jak w domu na wsi oglądam ciepłolubne  ptaszydła (przedstawiam Franię tę zieloną, Frania tego żółtego i Ryże - jednoimienne, bo nikt ich nie odróżnia), to mam wrażenie, ze zaraz wyjdę na słońce lipcowe.

Na razie jednak za oknem migają poruszane wiatrem światełka na choince (delikatnie powiedziane choinka, toż to choina pięciometrowa)  w ogrodzie (zdjęcie zrobione wieczorem „z ręki” i dało to efekt bardzo grubych łańcuchów lampek) i przypominają, że zimno czyha za rogiem i niech to marcowe słoneczko nas nie rozleniwia. A świąteczne jedzenie nie przesyci i nie pozbawi ostrości widzenia. Pozdrawiam leniwie i syto, po świątecznym obiedzie spożytym w gronie najbliższych.

A może zabawię się w dokumentowanie każdego z dwunastu kolejnych dni? Ciekawe czy się sprawdzi? A potem będziemy się zastanawiać  co to znaczy gdy siódmego dnia jest trzaskający mróz?

środa, 23 grudnia 2009

Ziemianin już złożył w naszym imieniu życzenia, ale tradycji nie stałoby się zadość, gdybym sama, osobiście tego nie zrobiła. Wszystkim odwiedzającym mnie i przyglądającym się mojej pisaninie, życzę spokojnych, radosnych i spędzonych wśród życzliwych osób, świąt. Spokojnych, bo wszystkim nam spokoju w tych "ciekawych czasach" potrzeba, radosnych, bo radości nigdy za wiele i wspólnych z innymi, bo przecież te święta trzeba spędzać z innymi. No bo z kim człowiek by się podzielił opłatkiem będąc sam!  Poważnie mówiąc,  życzę ciepła i miłości, radości i wzruszeń ... no i życzliwego gwiazdora, bo w koncu prezenty wszyscy lubimy dostawać!

wtorek, 22 grudnia 2009

Gwiazda betlejemska wilczomlecz nadobny, lub Euforbia pulcherrima. Nazwa wilczomlecz pochodzi od silnie drażniącego skórę białego soku, który wycieka przy najmniejszym nawet skaleczeniu rośliny. Gwiazda nie jest trująca, ale u osób o wrażliwej skórze może spowodować zaczerwienienia. Po zetknięciu soku z nią powinno się  go szybko  zmyć. Groźny staje się wtedy, gdy dostanie się do oka. W takim przypadku trzeba przemyć oko dużą ilością wody i zgłosić do lekarza. W literaturze spotykamy również nazwę wilczomlecz piękny, jest ona jednak niepoprawna. Naprawdę odnosi się do innej rośliny doniczkowej Euphorbia milli, zwanej popularnie koroną cierniową. Koronę cierniową posiadam i na pewno niebawem ją zaprezentuję. Gwiazda pochodzi z Meksyku. Tam tworzy krzewiaste zarośla dorastające nawet do 4-5 metrów wysokości. Pierwszy ambasador Stanów Zjednoczonych w Meksyku,  Joel Roberts Poinsett,  który był nie tylko dyplomatą, ale przede wszystkim botanikiem, zaszczepił ją w  Stanach  i tam na jego cześć została ochrzczona poinsecją.  Stała symbolem świąt i moda na nią przeniosła się do większości krajów europejskich - w tym także do Polski. To co uważamy za  kwiat poinsecji to tylko liście przykwiatowe, które otaczają bardzo drobne, żółtawe kwiaty właściwe. Kolor przykwiatków jest cechą odmianową. Najbardziej popularna jest barwa czerwona- we wszystkich jej odcieniach ale są również kolory kremowe, różowe, dwu i wielobarwne, łososiowe, białe, pstrokate, obrzeżone i wiele innych. Coraz częściej pojawiają się także formy zawirusowane. To takie które maja zniekształcone przykwiatki np. w formie różyczek. To roślina krótkiego dnia. Przedłużanie jej dnia nawet zwykłymi żarówkami powoduje szybsze przekwitanie. Lubi ziemię lekko wilgotną, temperaturę pokojową, miejsca widne, ale niezbyt suche. Powinno się ją  często ją zraszać. Jak  straci kolorowe liście przykwiatowe należy ją przyciąć i przesadzić w większa doniczkę. Jeżeli chcemy mieć wybarwioną poinsecję na święta, to  już w połowie października należy ją zakrywać przed światłem po około 9 godzinach dnia. Mnie nigdy nie udało się jej uchować do kolejnego roku. To znaczy mam jedną od lat, ale nie wybarwia się i pozostaje zielona. Ilość pędów kwiatowych uzależniona jest od przycinania roślin. Gdy usuniemy stożek wzrostu z pąków bocznych wyrastają pędy, które powodują przyrost rośliny na szerokość i tym samym większą ilość pędów kwiatowych. Najtańsze są te z jednym pędem kwiatowym gdyż wiąże się to z krótkim okresem produkcji. Im większa ilość pędów bocznych tym dłuższy termin produkcji i wyższa cena.

Tyle informacji, a dodatkowo powiem, że lubię jej  urodę, obfitość, południowy temperament  i tajemniczość.

23:00, emka1216 , ogród
Link Komentarze (8) »
niedziela, 20 grudnia 2009

Wiem,  zasady ortografii ciągle ewoluują, ale nie spodziewałam się że aż tak. Powyżej nieduży hotelik w małym wielkopolskim miasteczku.

czwartek, 17 grudnia 2009

Podobno praktyka czyni mistrza. Niestety mnie wieloletnia praktyka pakowania prezentów nie pomogła i zapakowane są tak jak są. Manualnie jestem nieuzdolniona i nie da się tego cofnąć, choćbym na uszach stanęła. Kiedyszenty pakowałm w postaci cukierków t.j. zawijałam papier na dwóch końcach. Ale jest jeden sukces! Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie kupowałam prezentów 24 grudnia i wczoraj wieczorem zapakowałm je ... w kostki!.  I jestem z tego dumna.

wtorek, 15 grudnia 2009

Człek ze mnie nadmiernie religijny nie jest, jednako potrzeby innych w tym względzie szanuję. Tak więc z wielkim zadowoleniem przyjąłem decyzję możnych, rządzących światem mediów, o uniemożliweniu nadawania reklamy z wykorzystaniem kolęd. Coli żadnej nie pijam od czasu, gdym sam wyeksperymentował na karoserii samochodu nielubianego sąsiada, że ta lakier bez trudu zżera. Od tego czasu, płyn ten używam do odkręcania najbardziej opornych śrub. Niemniej jednak z Allegro korzystam i to dość często, a tu taka obrzydliwość. Niestety nasz świat obecny popada coraz głębiej w bagnistą komercję. Moje święta to był lepiony z babcią łańcuch na choinkę, wycinane i włąsnoręcznie malowane anioły, pieczone, lukrowane pierniczki i bombki, nieco już oblazłe, ale kochane od pokoleń w rodzinie. Teraz trzeba być trendy, czyli przezroczyste z roślinką i takie tam modernistyczne udziwnienia. Już od końca listopada huczą wszędy by kupować, kupować i jeszcze raz kupować. Spece od marketingu zastanawiają się jaki kolor, zapach i dźwięk najskutecznej zdrenuje nasze kieszenie. Te święta nie mają nic wspólnego z ich magią, rodzinną zadumą, możliwością wspomnienia tych, których już nie ma, spotkania dawno nie widzianych. Teraz to okazja do nabicia kabzy tym, którzy i tak je pełne mają.Jak Was moje argumenty nie przekonują to przełamcie się i zajrzyjcie kiedyś po handlowej niedzieli do "peweksów" - śmietników przy dużych marketach w mieście. Tam zobaczycie wierzchołek góry konsumpcyjnego marnotrawstwa i przekonacie się w jakich czasach przyszło nam żyć.

niedziela, 13 grudnia 2009

No to mamy chyba zmianę pogody. Zapowiadają mrozy, a to oznacza, że rośliny znalazły się w niebezpieczeństwie. Szczególnie te bardziej ciepłolubne. To znaczy nie jestem pewna co będzie z tymi normalnie zimującymi, które z uwagi na ogólne ciepło, nie przeszły w stan spoczynku, jednak zdecydowałam, że nie będę ich okrywała. Muszą sobie radzić. Młodziutką jednak magnolię, figowca, który zaczął pąki zawiązywać, młodego żarnowca i rododendrony okryłam. Ogród wygląda jak pełen duchów.  A propos, duchów w ogrodzie. Kiedyś okryłam rośliny otuliną i po tygodniu zobaczyłam, że wszystkie rośliny są odkryte, a agrowłóknina leży rozrzucona po ogrodzie. Pomyślałam, że  po prostu wiatr zerwał. Po tygodniu sytuacja powtórzyła się. Pomyślałam, że jacyś złośliwcy zrywają moje chochoły. Potem odkryliśmy, że jeden z naszych koni urządził sobie zabawę i z lubością ściągał białą otulinę z roślin i deptał ją. Potem mu to zostało i ściągał białe pranie. Po tym jak zaczął gonić Panią Beatę, która akuratnie białe prześcieradło ściągnęła, zaczęło robić się niebezpiecznie. Konia zamieniliśmy na innego, który biały kolor, i w ogóle wszystkie inne kolory również, tolerował i nie miewał głupich pomysłów.


Na dobry wieczór zmorzona mrozem dzisiejsza róża. Pomimo przemrożenia urocza.

 

19:37, emka1216 , ogród
Link Komentarze (11) »

Postanowiliśmy z Ziemianinem połączyć i jednocześnie podzielić strefy wpływów. Blog Ziemianina będzie blogiem o charakterze kulinarnym, w którym również Emka będzie gotowała, a blog Emki, będzie blogiem ... ogólnorozwojowym? Chyba tak to można nazwać. Ziemianin czasami chce się wypowiedzieć również na tematy pozakuchenne, łaskawie więc, w tych szczytnych celach,  Emka udostępnia mu swoje miejsce na bloxie.

14:35, emka1216
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 grudnia 2009

Broniliśmy się z Ziemianinem przed kolczykami, ale w końcu Unia nas zmusiła, no i dokonaliśmy kosmetycznych zabiegów na uszach … naszych kóz. Skoro chcemy produkować sery, każde zwierzę musi mieć swój numerek i podlegać ścisłej kontroli. Ech … gdzie te czasy, kiedy kozy i inne mleczne chodziły sobie, skubały i niepoliczalne były. Czy te czasy były złe? Polecam kilka wspomnień:

http://dc105.4shared.com/download/82125298/4f5f1f0b/TacyBylismypl.pps

16:28, emka1216
Link Komentarze (17) »
środa, 09 grudnia 2009

Mam tyle pracy, że kolejny dzień wstaję o piątej, a spać się kładę po północy. No i jak tu młodość, dobry wygląd, energię i pozytywne myślenie, zachować? Na pocieszenie:

 

poniedziałek, 07 grudnia 2009

Dopadła mnie późnojesienna, albo inaczej wczesnozimowa, chandra. Jest mi źle, nic mi się nie chce, agresja wypływa ze mnie co drugim porem, otępienie tym wolnym, jestem kłótliwa, kapryśna i nie do zniesienia, a w ogóle wszystko jest do .... Nawet muzyczki nie jestem w stanie znaleźć adekwatnej do sytuacji. Pozostaję więc przy klasyku. Dobranoc.

 

sobota, 05 grudnia 2009

Zrobiłam mały przegląd listopadowych zdjęć mojego ogrodu, który zaniedbałam i w którym nie przeprowadziłam prac związanych z przygotowaniem do zimy. Natura sama sobie poradziła i cieszy barwami .... własnie, jak te barwy określić?

22:18, emka1216 , ogród
Link Komentarze (10) »
wtorek, 01 grudnia 2009

W takich oto kamionkowych naczyniach przygotowuję dwa rodzaje ratafii. Jedna jest tradycyjna z owoców sezonowych, druga z owoców południowych. Nieświadomych sposobu powstawania ratafii, informuję, że od czerwca do końca października uzupełniam pojemniki kolejnymi owocami. Na kilogram owoców przypada 1/2 litra spirytusu, albo na oko owoce i ilość spirytusu potrzebna do przykrycia tych owoców. Do smaku dosładzam miodem, ale niedużo, bo wolę bardziej wytrawne. Poza tym słodycz zabija smak owoców. Do ratafii tradycyjnej dodaję, co dwa - trzy tygodnie owoce sezonowe. Ja zaczynam od czereśni, bo na truskawki jestem uczulona. Do tej drugiej, owoce południowe, ze szczególnym wskazaniem na cytrusy, ale również brzoskwinie, nektarynki, kiwi itp.  Na samym końcu odrobina arbuza, albo melona.  W pierwszej połowie grudnia zlewam. Pozostałe owoce zalewam jeszcze raz wódką i znów zlewam. Ten proces jest dosyć żmudny, bo owoce miękną i robi się ciapaja. Ale warto sklarować alkohol do pełnej czystości. Nabiera wtedy pięknej barwy i bukietu. Moje ratafie czekają na ostateczny szlif.