Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
poniedziałek, 27 grudnia 2010
 

W śniegu można robić różne rzeczy.

 

Można stać w nim po kolana.

 

Można skakać. Można się gonić.

 

Śmiać się pełną gębą

 

i pyski maczać w tym białym puchu.

A w ogóle to zabawa, że HEJ!!!

 
niedziela, 26 grudnia 2010
 

Spokojne święta. Senna jestem i chyba zaraz spać się położę. Dzisiaj jest dziwny dzień. Nigdzie się nie spieszę i niczego nie muszę robić. Poczytałam sobie trochę moją zeszłoroczną prognozę pogody i muszę stwierdzić, że niewiele, ale jednak  sprawdziła się. Listopad był ciepły, a grudzień zimny i tak pokazywały, mniej więcej, kolejne dni,  następujące w zeszłym roku po wigilii. W tym roku nie chce mi się zapisywać. Rozleniwiłam się. W ogrodzie pomimo zimy kolorowo i kwiatowo. Uschnięte, pnące różyczki zachowały kolor.

 

Krzaczek z kolorowymi perełkami  pięknie odbija się od śniegu.

 

Kwiaty hortensji ubrały się w czapki i uszu nie odmrożą.

 

Pędy dereni kontrastują z ze sterylnie białym puchem.

 

Rododendrony przygotowują się do wiosennego kwitnienia.

 

Postanowiłam, że wiosną dosadzę więcej dernii, bo zimą ich kolorowe gałązki pięknie zdobią ogród.

środa, 22 grudnia 2010
 
Tagi: święta
22:36, emka1216
Link Komentarze (23) »
niedziela, 19 grudnia 2010
 

Zdarza się, że ludzie pytają mnie: A co ty tam robisz w zimie? Wielu moich znajomych uważa, że nasze życie na wsi to kaprys, to chwilowa zachcianka, chimera. Bo przecież mając TAKIE  atrakcje w mieście, jest niemożliwym, wybrać życie wiejskie. I do tego na wsi, w której kończy się asfalt. Oczywiście ceną tego wyboru jest być może w mniejszym stopniu uczestnictwo w życiu miasta, tylko jak często mieszkając w nim, uczestniczyliśmy w tym życiu? Ceną jest, że każda impreza łączy się z wyborem, które z nas ma uczestniczyć w alkoholowej jej  części, a które jest kierowcą. Całe szczęście mamy dom w mieście i zawsze możemy w nim nocować, co jednak czynimy w sytuacjach wyjątkowych. Każde wyjście w zakresie okolicznych wsi, wiąże się jednak z tym wyborem.  Bo drogi np. dzisiaj wyglądają tak:

 

 Jesteśmy z tym pogodzeni i nie czujemy się pokrzywdzeni. Mieszkamy w takim miejscu i już. A co można tutaj robić w zimie? To samo co w domu w mieście. Nawet trudno mi wymienić. Poza tym, mam wrażenie, że naszym miejskim znajomym wydaje się, że tutaj nie ma cywilizacji, a sklepy są czynne od szóstej do dwunastej, z wyłączeniem łykendów i świąt. Nic bardziej mylnego. Sieci marketów zdobywają prowincję i na skutek ogólnej globalizacji, krewetki kupujemy w tych niewielkich miasteczkach,  takie same jak w miastach dużych.  Teatr, opera, koncert? Podejrzewam, że częściej bywamy. Częściej śledzimy programy i wybieramy co lepsze kąski.  Jesteśmy więc posiadaczami atrakcji ogólnie dostępnych, ale mamy też atrakcje, niedostępne ludziom z miasta. Ciszę, która w uszach dzwoni, spokój niezakłócony szumem miasta i zatrzymane chwile, które pamięta się potem długo.

 

Przewidywalnych sąsiadów. Nasze małe miasteczko gminne, które zniewala urokiem bezpretensjonalnych świątecznych ozdóbek

 

i brakiem tłumu kręcącego się wokół centrum. Może wydawać się, ze  to mało, ale dla nas bardzo dużo i daje nam chęć do życia. A zima u nas jest piękna i naprawdę jest  co robić.

czwartek, 16 grudnia 2010
 

Można narzekać na zimę, na drogowców, na ceny benzyny i tak w ogóle, ale jedno jest pewne,  posiadanie pojazdu na kółkach czterech, niewątpliwie ma zalety. Nawet, kiedy stoi się w korkach. Nikt mi nie wmówi, że wolałby, zamiast siedzieć w cieplutkim samochodzie, przy dźwiękach sączącej się z radia muzyczki, truchtać w dziesięciostopniowym mrozie (odczuwalna – 17), po oblodzonych chodnikach i przedzierać się przez z zaspy śniegu zgarnięte pobieżnie przez służby miejskie  z jezdni  na chodnik.  Jestem osobą szczerą i oficjalnie oświadczam, że mogę godzinami siedzieć w samochodzie i nie mam najmniejszej ochoty narażać się na przemoczenie butów i zamarznięcie stóp, policzków i ogólnie jestestwa. A w ogóle to jak tak stoję w korku, na fotografowanie mnie bierze, co widać było w tej notce.   Dzisiaj znowu stałam sobie w korku, a właściwie korasie, na jednej z uliczek poznańskiej dzielnicy Jeżyce.

 

W tym miejscu poczęstuję Państwa odrobiną historii.  Wieś Jeżyce (dawniej Yssycz, Issyce, Giżyce, Gyżyce, Iżyce, Jerzyce a z niemiecka Jersitz), została przekazana miastu Poznań w wieku trzynastym na mocy aktu lokacyjnego, jako zaplecze gospodarcze miasta. Wtedy nazywała się jeszcze Issyce.  Nazwa prawdopodobnie pochodzi od imienia Jerzy, chociaż pisownia jej jest odmienna od prawidłowej pisowni tego imienia.  Dopiero w drugiej połowie dziewiętnastego wieku rozpoczął się rozwój wsi, który doprowadził do jej przyłączenia do miasta w 1900r. Jeszcze w wieku dziewiętnastym powstał na terenie Jeżyc pierwszy poznański dworzec kolejowy, na którego potem miejscu ulokowano ogród zoologiczny, zwany dzisiaj „Starym Zoo”. Również w dziewiętnastym wieku połączono Jeżyce i Chwaliszewo (drugi ówczesnego koniec Poznania) linią konnych omnibusów. Pierwsza połowa dwudziestego wieku to otwarcie Ogrodu Botanicznego, budowa Centrum Ginekologii przy ul. Polnej (większość Poznaniaków przywitała tam się ze światem), budowa Teatru Nowego i Mostu Teatralnego, który połączył centrum miasta z Jeżycami właśnie.  Ten okres to też okres rozbudowy Jeżyc, powstawania nowych ulic, i nowych kamienic.

 

 W okresie międzywojennym został ukształtowany również układ ulic, który absolutnie nie odpowiada aktualnym potrzebom.

 

 No, więc stoję sobie codziennie w korkach na uliczkach poznańskich Jeżyc i podziwiam architekturę tej dzielnicy i z żalem patrzę na niszczejące

 

i zaniedbane niektóre z kamienic.  

 

Z żalem również wielkim patrzę na teren tzw „Starej Zajezdni”, sprzedany zagranicznemu inwestorowi, który, obawiam się, wysmyczy tam nowy market. Poniższe zdjęcie, akurat nie przedstawia Zajezdni w charakterze urokliwej damy, ale oddaje charakter tego terenu.

 

To, co widać w oddali to budynek Akumulatorów, kultowego poznańskiego akademika, w którym w latach siedemdziesiątych kulturalnie produkowało się Szczęście Moje.

Ciąg dalszy prawdopodbnie nastąpi.

poniedziałek, 13 grudnia 2010
sobota, 11 grudnia 2010
 

W ramach wykonywania ostatnio niezwykle intensywnie obowiązków zawodowych (a kiedy nie są one intensywne?), w dniu dzisiejszym zawitałam do Wrocławia, miasta, w którym częściowo się wychowałam i które w sposób istotny wpłynęło na rozwój mojej osobowości. Znaczy się jestem otwarta i zawsze uśmiechnięta. To zostało mi po Wrocławiu. Czarnowidztwo i deprechy mam chyba po poznańskich fragmentach mojego życia. A może po bydgoskich, babimojskich, jeleniogórskich, moskiewskich. Kto to wie? A może po samej sobie? Po co szukać winnych gdzieś daleko?  W każdym razie po raz kolejny w ciągu ostatniego pół roku byłam w moim kochanym Wrocławiu. Podobno godzinę przed moim przyjazdem (przechodnie tak mówili), była tam wiosna. Kiedy zaparkowałam w pobliżu jednego z kanałów, sypał śnieg.  Kanał był zamarznięty prawie cały. Wyjątkiem było małe oczko, po którym pływało ptactwo wszelakie, a przede wszystkim kaczęta różnego rodzaju. Najpierw przymierzyłam się do oczka z daleka.

 

Nie zaspokoiło to jednak mojej ciekawości i podeszłam bliżej. Nagle zaskoczona i skonfundowana (z  powodu nieposiadania jadła jakiegokolwiek) zobaczyłam, że całe stado przemieściło się w moją stronę w sposób błyskawiczny.

 

Nie myślałam, że kaczuchy potrafią tak szybko chodzić, a właściwie człapać.

 

Wtedy poczułam się jak bohaterka filmu „Ptaki”!

 

Tylko te moje posiadały bardziej spłaszczone dzioby.

 

Umknęłam co sił w nogach w kierunku obowiązków zawodowych. W drodze powrotnej posilałam się w lekko bajkowo wyglądającym miejscu, które jest zwykłym barem przydrożnym.

 

 Zadziwiające, co ten śnieg potrafi zdziałać.

wtorek, 07 grudnia 2010

Mam wrażenie, że siedzę w skorupce, obijam się o ścianki i nie ma ani jednej dziurki, przez którą mogłabym wychynąć na świat. Głosy z zewnątrz są przygłuszone,  niewyraźne i nie wołają.

czwartek, 02 grudnia 2010

Wprawdzie zdjęcia są nocne, ale w dzień było jeszcze gorzej i to na wszystkich głównych ulicach. Zapożyczone z gazeta.pl

Atak zimy w Poznaniu
A tak szczerze mówiąc, w naszym klimacie zima nie jest niczym dziwnym, przynajmniej być nie powinna. I nie wiem czy przy tego rodzaju opadach, jakiekolwiek "służby" dałyby radę. Zastanawiam się czy psiczenie jest wyrazem walki wyborczej, czy malkontenctwa.
Mając powyższe na uwadze życzę wszystkim przetrwania, a dzieciom doskonałej zabawy.