Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
sobota, 31 grudnia 2011
środa, 28 grudnia 2011
 

22 grudnia spadł śnieg. Świat się zrobił taki piękny, że w nocy wyleciałam fotki zrobić, bo nie byłam pewna, czy aby do rana piękność ta nie zniknie. Przy okazji próbowałam zdjąć ośnieżoną hortensję drzewiastą. Zdjęcie jest poruszone, ale umieszczę je dla zobrazowania jak moja brama wtedy wyglądała, porządnie prosta i użyteczna.

 

Rano, kiedy zobaczyłam ją przez okno, byłam przekonana, że w nocy próbowano się włamać do domu, ale badanie organoleptyczne wykazało, że jakiś palant, nie dostosował szybkości do warunków,   wpadł w poślizg, rozwalił moją bramę, kawałek słupka i oskalpował pień złotokapu.

 

Miałam duże problemy z wyjechaniem z garażu. Ziemianin ze wsi przywiózł wielki młot, tymczasowo naprostował bramę, która wypadła z zawiasów i na jednym się chyboce, a zamykam ją na łańcuch i kłódkę. Fachowcy od naprawy  już kolejny dzień odwlekają przyjazd, a ja codziennie dźwigam kupę złomu, żeby móc wyjechać samochodem w świat. Palant nawet nie zostawił karteczki z przeprosinami (poślizg każdemu może się zdarzyć). Może dowiem się kto to był, bowiem puściłam wici po osiedlu.  Mam jednak małą satysfakcję, naprawa jego samochodu będzie kosztowała o wiele więcej, niż naprawa bramy. Wiem to, bowiem z niejakim zadowoleniem i mściwym uśmiechem na słodkich usteczkach,  zbierałam z podjazdu resztki jego samochodu, w tym łożyska. A swoją drogą, śnieg leżał na tyle  krótko, że nawet róże zimowe (to taki nowy gatunek!),  nie zamarzły.

 
piątek, 23 grudnia 2011
sobota, 17 grudnia 2011

Dzisiaj było wietrznie,

 

szaro i ołowianie,

 

jednak mimo wszystko, na miedzy, zaświecił promyczek na lepsze.

 

I oby, bo zapowiedzi jeszcze silniejszych wichur, nie nastrajają optymistycznie.

A mnie zię zdaje, że za pięć dni zcznie się kalendarzowa zima,...

 
środa, 14 grudnia 2011

Znowu dzisiaj pojeździłam po świecie. Niedalekim, ale zawsze większy on jest niż ten najbliższy. Zawsze się gdzieś spieszę, nie biorę więc codziennie ze sobą aparatu, bo wiem, że i tak go nie użyję. Dzisiaj miałam mieszane uczucia. Jechałam sobie samochodem i nie mogłam się oprzeć ciągłemu spoglądaniu na horyzont po mojej lewej stronie. Lekko poszarpane, gołębie szarości nieba i jasno  brzoskwiniowy kolor prześwitującego słońca, padającego na zamglony drugi plan, były tak malarsko piękne, że najchętniej zatrzymałabym się i gapiła do oporu , a potem wyciągnęła pstrykawkę i zdjęła widoczek. Po pierwsze i zasadnicze, nie miałam ze sobą aparatu, po drugie i najważniejsze, nie miałam czasu, żeby zatrzymać się choć na moment. Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Raczej to drugie, albo oba na raz. Kiedy człowiek nie ma czasu dla siebie, oznacza to, że przegina i należy pociągnąć za wodze i zatrzymać czas. Od lat nucę A.M. Jopek „niech ktoś zatrzyma wreszcie czas, ja …). W załączeniu wykonanie Jopek ze Stańką. Świetne.  I co? I nic. Ciągle tak samo albo i gorzej.  Ten rok naznaczył mnie pośpiechem, brakiem czasu i brakiem wypoczynku. Mam nadzieję na poprawę tych okoliczności w kolejny 2012 roku.  A tak w ogóle to, jak Wam kiedyś  wpominałam,  przy okazji tematu kominkowego, Ziemianin zrobił mi zamknięcie do kominka, który ma zepsuty szyber, co by nie wiało. Oczywiście uczynił zamknięcie ze starej płyty pilśniowej, bo po co ma być ładnie?. Wczorajszy wieczór spędziłam więc na wycinankach serwetkowych i oto efekt.

 

Może nie taki jak chciałam, z lekka ludowy,  ale na pewno lepiej tak niż z obdrapaną pilśniową dechą.

niedziela, 11 grudnia 2011
czwartek, 08 grudnia 2011

Dzisiaj był mój babciny debiut. Nie miałam do tej pory odwagi zostać sama z Ignacym. Młoda jednak postawiła mnie przed faktem dokonanym i dobrze się stało. Było fajnie, spokojnie  i tak jak być powinno. Posłuchalismy dobrego jazz'u, porwaliśmy kilka kartek, kilka papierków zostało nadjedzonych, walczylismy z czkawką itp. Po obsikaniu babci podczas przewijania, Igo grzecznie usnął z butelką w objęciach. 

 

 A ja w tym czasie próbowałam fotografować pierwsze sikory, które przyleciały do karmnika, w którym wysypałam pierwszy zimowy pokarm. Ruchliwe były, a niestety miałam mało czasu,  zdjęcie więc średnio udane.

 

Paskudy są tak nażarte, że z mieszanki wydłubały wszystkie smakołyki i zostawiły jeno przaśne ziarka. Dobrej nocy życzę.

poniedziałek, 05 grudnia 2011

Na wspomnienia mnie dzisiaj wzięło. Chwyciłam do ręki niechcący album ze zdjęciami, do których czuję niejaką miętę, a ten otworzył się na fotkach mojego pierwszego psa. Od dziecka chciałam mieć psa. Jakoś nigdy się nie składało. Aż tu nagle, to był luty 1982r., byłam wtedy w sanatorium w Busku, przez telefon rodzice oznajmili mi, że mamy psa. A trzeba Wam wiedzieć, że telefonowanie wtedy nie było proste. W czasie wyjazdów umawiałam się z rodzicami, że o tej i o tej godzinie zamówię rozmowę, albo zamówią oni i będziemy oczekiwać na połączenie. Czasami trwało to piętnaście minut, czasami o wiele wiele dłużej. czas rozmowy był również ograniczony (kolejka!!!), wiadomości więc przekazywało sie w sposób ekspresowy. Ludzie wtedy umieli zawrzeć dużo treści w niewielu słowach. Tak więc otrzymałam wiadomość, że mam psa. Ale szczegółów mogłam się dowiedzieć dopiero po dwóch tygodniach, t.j. po powrocie do domu. Misiek nie był szczeniakiem, miał trochę ponad rok. Rodzina, u której był od maleńkości, nie opiekowała się nim, latał więc na mrozie i z dużą doza dystansu oraz godności osobistej przyjmował pomoc od dobrych ludzi, w tym od mojej mamy, która zawsze była przeciwna zwierzętom w domu, szczególnie w bloku. Po kilku wizytach Miśka, zaakceptowała go i zaadoptowała, uprzednio prosząc o zgodę właścicieli, którzy skwapliwie ją wyrazili. Przygarnęła więc chorą wycieraczkę, która od tamtej pory, przez kilkanaście lat zakłaczała nasze mieszkanie, a potem dom.

 

Ale wyjątkowość cech jego charakteru, spolegliwość i przyjaźń do całego świata, wynagradzała kłaki. Misiek ze stoickim spokojem znosił pospacerowe wkładanie go do wanny i płukanie "apek". Kąpiele, po których suszył się na drzwiach piekarnika itp. Przed domem, w którym aktualnie mieszkam, był plac budowy. Misiek siadywał tam na samym środku, który to środek po jakimś czasie stał się centralnym punktem skrzyżowania osiedlowego. Wszyscy mieszkańcy go znali i kiedy dojeżdżali do skrzyżowania, zwalniali, bo wiedzieli, że wiekowe już psisko może wylegiwać się w swoim stałym miejscu. Niestety na osiedle zaczęli napływać nowi mieszkańcy, którzy nie znali jego zwyczajów. Biedaka, już w leciech, potracił jakiś samochód i starości późnej dożył z nie do końca sprawnymi nogami. Ta niesprawność spowodowała jego niestety wcześniejsze odejście. Z wiekiem nogi odmawiały mu coraz bardziej posłuszeństwa i w pewnym momencie przestał chodzić. Przez ostatnie lata życia nie miał zębów. Nie potrafił gryźć i w dziąsłach porobiły mu się kieszonki, w których gromadziło się pożywienie. Trzeba mu było zębiska wyrwać. Zostawiłam mu jednego zęba, żeby nie czuł się pokrzywdzony i bilety mógł dziurkować. Brak zębów nie przeszkadzał mu cieszyć się życiem. Dożył sędziwego wieku piętnastu lub szesnastu lat.

sobota, 03 grudnia 2011
 

Miedza, jako taka,  jest w naszej kulturze pisanej szeroko znana i opisana. Zastannawiam się czy nie zacząć specjalizacji miedzowej w fotografi. Wyjątkowo malownicze są.