Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
wtorek, 29 marca 2011
 

Na potrzeby drugiego bloga, zrobiłam dzisiaj sesję zdjęciową zakupionym w kwiaciarni trzem różom. 

 

Tak bardzo tęsknię za moimi ogrodowymi różami, za ich zapachem leniwie sączącym się w rozgrzanym upalnym dniem powietrzu. Za kolorami i dotykiem aksamitnych płatków.  Dzielę się z Wami tą tęsknotą. Oj, zaczynam być niebezpiecznie sentymentalna. Znaczy się dołek wiosenny mnie również dopada! Dobranoc wszystkim i życzę kolorowych jak te róże snów.

poniedziałek, 28 marca 2011

Myśleć trzeba!

 
niedziela, 27 marca 2011
 

Przypadek sprawił, że obchodząc gospodarstwo w towarzystwie Eli i Rysia, zajrzeliśmy do naszej nowo nabytej jałówki rasu jersey, która na ostatnich nogach stała. Wkroczyliśmy w sam środek akcji porodowej i odebraliśmy poród maleńkiej cieliczki.  Zaznaczam Rysiu w lakierkach był i też odbierał. Młoda mama była nieco przerażona, ale ostatecznie malutką zaakceptowała. A po wyjściu z obory natknęliśmy się na truchło zaskrońca, który prawdopodobnie naszym kotom wszedł w paradę.

 

Pokazuję go bo malowniczy był.

sobota, 26 marca 2011

Jeszcze wczoraj,

 

a dziś!

 

Buuuuuuuu.....

czwartek, 24 marca 2011

Pomimo rekonwalescencji zmuszona byłam wstać i podjąć zawodowe obowiązki.  Kiedy wyjrzałam przez okno po pierwsze zobaczyłam Kota Kamila wygrzewającego stare kości na dywaniku z płożaków.

 

 Trwał na tym miejscu podobno przez dobrych kilka godzin, aż nastał tam cień. Jego  stare kosteczki stęskniły się za ciepełkiem. Ptaszki odbijają sobie zimowe chłody i uskuteczniają słoneczne kąpiele.

 

Daleko były (z okna na piętrze fotki robiłam) i w pełnym porannym słońcu, zdjęcia nie są więc najlepsze jakościowo, ale widać chyba na nich ptaszęca radość. A na rynku w Nowym Tomyślu, do którego dojechałam ok. jedenastej w południe, na trawniku rozsiadły się krokusy i żal mi ich było nie sfotografować.

 

Dobrej nocy wszystkim życzę umajonej kolorowymi i wiosennymi snami.

wtorek, 22 marca 2011

Dzisiaj w miejskim ogrodzie pojawiły się modelki

 

i przyćmiły swoją świeżością i witalnością słoneczny dzień.

 
poniedziałek, 21 marca 2011
 

Słaba jestem jak wesz, albo jak moja Babcia mawiała, gówienko wielkanocne. Często zastanawiałam się dlaczego wielkanocne, nie zdążyłam jej zapytać i pozostanę w nieświadomości. Wydawałoby się, że tydzień wylegiwania się w łóżku i łagodne przejście do codzienności, pozwoli na podjęcie obowiązków w sposób bezszokowy. Niestety już po dwóch godzinach porannego skupienia zawodowego, wróciły symptomy chorobowe, zawroty głowy, pocenie się i słabość w członkach poszczególnych. Najszybciej, jak to było możliwe, czyli ok. szesnastej, wylądowałam w łóżku pod kocem i zasnęłam kamiennym snem. Może to wina pełni?

 

Wczoraj w nocy lampa świeciła bardzo jasno i to prosto w okna mojej sypialni.

Dobrej nocy wszystkim życzę.

niedziela, 20 marca 2011
 

W końcu wczoraj mogłam wyjść na dłużej na powietrze i odetchnęłam półpełną piersią. Całą się boję jeszcze, co by jakieś paskudztwo dodatkowe nie dopadło mnie. Ostrożna jestem jak rzadko. Czyżbym nareszcie dbać o siebie zaczęła? Śmiem powątpiewać, ale choróbsko dało mi się we znaki. Do tej pory uzupełniam wartości, które wypociłam z siebie przez tych kilka dni.  Obchodząc ogród miałam bardzo mieszane uczucia.

 

Zima, krety i potwory

 

zdewastowały go w sposób okropny. Zastanawiam się kiedy uda mi się go doprowadzić do porządku i widzę baaardzo odległą perspektywę. Ale jak wiecie lubię tę pracę. Niestety klombu nie dałam rady oczyścić  i w związku z tym, że naćpałam jesienią w niego straszne ilości tulipanów, narcyzów, żonkili i hiacyntów, kiełkującym cebulowatym grozi zadeptanie w trakcie przyszłotygodniowej nad nim pracy.  Kalina podmarzła.

 

Mam jednak nadzieję, że jej witalność nie zginęła,  zregeneruje siły i zakwitnie. Najbardziej martwią mnie moje ukochane  pnące róże, które dostały sztycha podczas ostatnich marcowych już mrozów.

 

Czyżby znów czekało mnie ich cięcie na poziomie kolan?  Patrzę w górę i tęsknię za zielenią na nagina, jak na razie, gałęziach, chociaż cieszy błękit prześwitujący między nimi. 

 

Miłej niedzieli życzę.

poniedziałek, 14 marca 2011

No i dopadło mnie. Jeszcze kilka dni temu zastanawiałam się, jak to się stało, że zimę przechodziłam bez katarku najmniejszego, ja której czepiało się zwykle każde najmniejsze i najbardziej nieprzyjemne paskudztwo przeziębieniowe. Doszłam do wniosku, że widocznie odporności jakiejś nabyłam i teraz tak już będzie. Figa z makiem. Nagle zaczęło mnie boleć gardło, oczywiście w piątek, jakżeby inaczej,  potem ruszyła gorączka i tak półprzytomna wylądowałam w łóżku.

 

Trzeba Wam wiedzieć, że normalnie gorączki nie miewam. Każda kreska powyżej 36,6, powoduje u mnie utratę jasności myślenia i widzenia.  Ostatnie więc dni pamiętam więc jak przez mgłę.  I nawet dzisiaj, kiedy temperatura opadała,  żadna siła nie wyciągnęłaby mnie z łóżka. Nieczęsto mi się to zdarza.  Zaczęłam mieć za to ochotę na czytanie i nadrabiam lektury. Zaczęłam od Julii Child i jej życia w Paryżu.

 

Wybornie się czyta o jej fascynacji Francją i francuskim jedzeniem. Najbardziej denerwuje mnie, że z ziemi zielone wyłazi

 

a ja włóżku gnić muszę. Oczy mi się zamykają i czuję, że zaraz zasnę. Słaba jednak jeszcze jestem.

poniedziałek, 07 marca 2011
niedziela, 06 marca 2011
 

Dzisiaj był piękny dzień.

 

Pomimo, że to już marzec, niemożliwe jest rozpoczęcie prac ogrodowych. Ziemia jest zamarznięta i pomimo słońca, ręce grabieją.  W przyszłym jednak tygodniu, pod warunkiem, że nie nastąpi kolejny atak zimy, jak to się stało w Olsztynie, przytnę winogrona. Trochę zaniedbuję tego bloga. Zbyt dużo, zbyt niedobrych rzeczy się dzieje się wokół. Pisanie więc o niczym, nie przychodzi mi łatwo. Ogród jeszcze jest  uśpiony i nie mogę Was częstować widoczkami mojego cudownego miejsca, w którym nabieram sił i optymizmu. Drugim powodem mojej zmniejszonej aktywności jest drugi blog,  którym realizuję pomysł Spaceru Biedronki. Codziennie jedno zdjęcie. Spacerka zadaje osobom uczestniczącym w zabawie tygodniowe  tematy, a my próbujemy je realizować. W ten sposób zaczynam fotografować świadomie i poznawać możliwości aparatu. Podoba mi się to.

 

Dzisiaj zima walczyła o byt z początkami wiosny.  Od kilku lat, chyba po raz pierwszy zaistniało  przedwiośnie.  Dzisiaj był piękny dzień i chcę się nim z Wami podzielić. Bardzo lubię brzozy.

 

Lubię przytulić policzek  do pnia i czuć zapach kory. Szczególnie w lecie, kiedy kora jest ciepła i przesycona słońcem.

 

Podobno brzozy potrafią przekazać bardzo dużo energii i siły.

środa, 02 marca 2011
 

Bulaj był ze mną od chyba szesnastu lat. Mieszkałam wtedy w Kiekrzu pod Poznaniem. Właścicielka domu– Gośka, u której wynajmowałam mieszkanie, straciła swojego psa. Ktoś przyniósł jej szczeniaka, jednego z miotu znalezionego na polu. Miotu, który inny  ktoś wyrzucił .  Kiedy go zobaczyłyśmy, doszłyśmy do wniosku, że jak przeżyje dwa następne dni to będzie cud.  I cud się zdarzył. Dla Gosi był to za krótki czas, żeby zaakceptować nowego psa.  Próbowała go pokochać, ale wciąż pamiętała Czarnego. Bulaj, pierwotnie miał mieć na imię Feliks. Bo szczęściarz, że przeżył. Został Bulajem bo tylko żarł i sr … ł.  Po jakimś czasie stwierdziłam, że go adoptuję. I tak rozpoczęliśmy nasze wspólne życie.  Bulaj przeprowadzał się ze mną z domu do domu. W każdym miał swój osobisty fotel. Kiedy którykolwiek z gości próbował na nim usiąść,  zrywałam się z krzykiem: NIE!!! Był zwykle  tak okłaczony, że bałam się pozwów o odszkodowania.  Kiedy, pięć lat temu,  ze Szczęściem Moim, zdecydowaliśmy o jego przeprowadzce na wieś, Bulaj ruszył z nim  i uznał, że to jest jego miejsce na ziemi. Nie chciał wracać do miasta, źle się tam czuł. Nie potrafił zaakceptować ograniczeń miejskich.  A przecież miał już prawie dziesięć  lat. Od dwóch lat mój staruszek Bulaj cierpiał na artretyzm. Przednie nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Codziennie dostawał kapsułkę geriavitu.  Pomimo tego testosteron grał w nim melodie męskiej psiej przeszłości.  Kiedy jakaś suczka na wsi miała cieczkę, żadne mury i płoty nie powstrzymywały go od zalotów. Potrafił przegryźć druty, żeby przedostać się do ukochanej. Kiedy do niej docierał siadał przed jej oknem i wpatrywał się w nie z utęsknieniem. Nie robił niczego innego. Po prostu siedział. Nigdy nie był agresywny, albo namolny. Wczoraj jakieś zwierzę w ludzkiej skórze zabiło go. Po prostu ktoś robił mu głowę kijem.  Wiem, że wieś jest inna niż miasto. Wiem, ze bywa okrutna, ale nie potrafię znaleźć wytłumaczenia dla tego co się stało.

22:29, emka1216
Link Komentarze (22) »