Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
piątek, 30 marca 2012
 

Dzisiaj dokonałam ciekawego zakupu. Stanęłam przed kwiaciarnią i zachwyciłam się pomarańczowymi słoneczkami, a jak Pani dodatkowo mi oznajmiła, że ta roślinka zimuje u nas, natychmiast zakupiłam wszystkie dwa egzemplarze, które były dostępne. W domu dopadłam babci Google i okazało się, że straszliwa  nazwa roślinki– Ornitogalum, tłumaczy się na polski jako po prostu śniedek, albo śniadek.

 

Ta nazwa jest jednak mało znana i kwiat ma wiele nazw regionalnych np. śpioszek bo zamyka kwiaty w pochmurne dni. Mój śniedek to Ornitogalum dubium - śniedek wątpliwy. Nie znalazłam informacji  dlaczego wątpliwy, może dlatego, że większość śniedków ma kolor biały. Ma podobno małe wymagania. Najlepiej czuje się miejscach słonecznych, ale nie gardzi też innymi.  Rozmnaża się z cebulek. Kwitnie od kwietnia do końca maja. Jest piękny i radosny!

 

Jednego posadziłam w mieście, dla drugiego jutro znajdę miejsce na wsi.



18:15, emka1216 , ogród
Link Komentarze (15) »

Lubię dyskusję. Lubię się spierać i często się zaperzam udowadniając swoje racje. Lubię kiedy partner w rozmowie podaje mi argumenty zrozumiałe, logiczne i poparte faktami. Mam umiejętność rozpoznawania nieuczciwych sposobów dyskusji, zresztą uwarunkowaną zawodowo. A jak ktoś chce poczytać o tym polecam rozprawkę Artura Schopenhauera "Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów". Nie znoszę manipulacji i anonimowości w dyskusji. Może dlatego zawsze dążę do bliższego poznania osób z sieci. Chcę odkryć własną i ich anonimowość. Liczy się człowiek a nie nick. Niekoniecznie chodzi o poznanie w realu. Bardziej o skojarzenie osoby z nickiem. Kiedy spotykam się z kolegą np Żbikiem (jak był nazywany w młodości) to wiem, że rozmawiam z Janem Kowalskim, chociaż mówię do niego Żbiku. I żeby była jasność, nie chodzi mi o poznanie nazwiska ale człowieka.Obraz mojego rozmówcy netowego może być zamglony i nieostry, ale wiem, że nie ukrywa przede mną swojej "twarzy" choćby niedoskonałej.

 

Zastanawiam się jak niską samoocenę musi mieć człowiek, który nie potrafi się ujawnić, a jego głos w dyskusji zwykle podszyty jest jadem. Jak bardzo jest zraniony, że musi ranić, albo przynajmniej ma taki zamiar, innych. Jak musi być skrzywdzony przez los (choćby tylko mikroumysłem), że boi się pokazać twarz. Szczerze mówiąc nie za bardzo obchodzą mnie anonimowe opinie, ale przemyślenia na ten temat mam. To i piszę;)

środa, 28 marca 2012

Oczywiście nie powiem, że jest to jedyna przyczyna, ale dzisiejszy mój dzień świadczy o tym, że chyba jest jedną z istotniejszych. Moje dzisiejsze doświadczenia wyraźnie wskazują na jeden z powodów powstawania wielomiesięcznych kolejek do lekarzy.   Miałam na dzisiaj umówioną wizytę u chirurga. Żeby wyciąć takie coś,  nie warte wzmianki. Zrobiłam badanie tego czegoś, dostałam skierowanie od rodzinnego. Odczekałam czas od zamówienia wizyty, do terminu jej realizacji i dzisiaj udałam się do pana doktora, przygotowując sobie dzień ze wskazaniem na spędzenie go w domu. Czyli pracę przeniosłam do moich miejsc intymnie mieszkaniowych, czego zwykle nie robię. U tego pana doktora byłam po raz pierwszy. Zapytał, przeczytał wynik (niegroźne), dotknął i ....  umówił mnie na kolejną wizytę celem wykonania zabiegu. Ręce i nogi mnie opadły. Odwołałam umówionych na dzisiaj klientów, przeniosłam spotkania, przytaśtałam do domu torbę dokumentów,  dobrze, że urlopu nie wzięłam! To jest zabieg kosmetyczny, nie wymaga wielkiego debatowania i przygotowań. Cóż pan doktor będzie miał zapisaną kolejną wizytę, ja stracę kolejny dzień pracy, a "zabieg" będzie trwał pięć minut! A kolejka do specjalistów  będzie rosła, rosła i rosła....

Popracowałam więc w domu, przyzwoicie o osiemnastej kończąc swoje zajęcia zawodowe. zadowolona jak norka rozpoczęłam wieczorną sjestę.  Kiedy o 21. 30 zadzwonił telefon, który niestety odebrałam. Zadzwonił jeden z klientów chcąc zdać relację z całego dnia. Kiedy mu oznajmiłam, że o tej godzinie nie pracuję, obraził się.  I tak miło zakończyłam doktorsko-domowo-pracowity dzień. Całe szczęście wieczór był bardzo malowniczy, a mebelki dzięki Szczęściu Mojemu, które dzisiaj wpadło do mnie do miasta na chwilę, wyniesione zostały do ogrodu.

 

Dobrej nocy życzę.

wtorek, 27 marca 2012
 

Oczywiście wiosny, jakżeby inaczej.  W miejskim ogrodzie pokazały się pierwsze hiacynty,

 

no i na wierzbie zakwitły rozczulające kotki.

A ptaki sejmikują ciesząc się ciepłem.

 
21:47, emka1216 , ogród
Link Komentarze (10) »
niedziela, 25 marca 2012
 

Wiosennie już na 1000%. Pogrzebałam dzisiaj w ogródku i na moich oczach wiosna w towarzystwie  słońca cudów dokonywali. Gałązki rano jeszcze gołe, wieczorem ustrojone już były w korale zielonych listeczków, a zamknięte pąki pierwszych kwiatów otwierały oczka i śmiało, coraz śmielej oglądały świat. Niestety w związku z zawirowaniami zdrowotnymi trwającymi od wczesnej jesieni, nie posprzątałam ogrodu wtedy i czeka mnie teraz niezła harówka, żeby doprowadzić go do stanu  używalności. Faktycznie dopiero wygrzanie na afrykańskim słoneczku, pomogło mi odzyskać siły. Szkoda tylko, że kuracja to dosyć kosztowna.  Dzisiaj udało mi się zgarnąć na kupy pozostałości zimy, posiać kilka warzywek

 

i ponapawać wiosenką. Piwonie już pokazały czerwone główki,

 

litwor arcydzięgiel pokazuje się w całej okazałości.

 

Nawiasem mówiąc, myślałam, że jest bardziej wrażliwy, ale on ma żelazne zdrowie. Efekty, mając na uwadze jesienne zaniedbanie widać od razu. Jedyny kłopot to ten, że coś się stało z zaworem od wody i nie mogłam od razu podlać moich nasadzeń i zasiewów. Mam nadzieję, że Szczęście Moje, będzie o podlaniu i podlewaniu pamiętać, kiedy pojadę do miasta.

Radosny i spokojny dzień.  Oby jak najwięcej takich.

20:01, emka1216 , ogród
Link Komentarze (14) »
 

Zabrałyśmy się z Elą za porządki ogrodowe.

 

Wiosna wybuchła tak nagle i,  pomimo  ewidentnej daty nadejścia, niespodziewanie. Na razie wygląda to z lekka jak pobojowisko, ale mam nadzieję, że za ..................... nie wiem ile i nie znam jednostki czasu, zacznie wyglądać lepiej. A tam poniżej, za kamyszkami, pod bzem, jak co roku,  to będzie pole funkii.

 

Bardzo lubię te kwiatki.

 

Nie pamiętam nazwy, bo bym dokupiła. Zaczęły kwitnienie już na początku stycznia (anomalia) i nawet przymrozki nie dały im rady. No, trochę listki nadwyrężyły.

11:36, emka1216 , ogród
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 19 marca 2012
 

Minął mój drugi dzień w kurorcie pt Ciechocinek. Atrakcji było, że ho,ho! Wykład i wykład i wykład, a w godzinach przedwieczornych organizatorzy zorganizowali nam wycieczkę tramwajem konnym po miasteczku. Niestety zdjęcia nie są dobrej jakości, bowiem pleksa udająca szyby w tramwaju była brudna i porysowania. Wyraźnie widać dawną świetność uzdrowiska i niestety również, znak naszych czasów, czyli brak kasy. Okres przełomu ustrojowego nie posłużył mu. Pierwsze wieści o wodach uzdrawiających na tym terenie sięgają XIII wieku. Bogactwo wód ma szerokie zastosowanie. Leczy się tutaj choroby narządów ruchu, reumatyczne, ortopedyczno-urazowe, kobiece, układu oddechowego, nerwowego i krążenia. Chętnym do zapoznania się z historią Ciechocinka i jego zasobami polecam STRONĘ.  Jak już napisałam okres przełomu nie przysłużył się miastu. Wiele budynków zostało zaniedbanych i do tej pory straszą stojąc pomiędzy nowo wybudowanymi,

 

albo remontowanymi obiektami.

 

Z tradycyjnej drewnianej zabudowy, pozostało niewiele.

 

Natomiast wieczne są postgierkowskie bunkry. Ich przebudowa lub remont są nieopłacalne,

 

a posiadają one potężne zaplecze lecznicze, którego likwidacja wygenerowałaby kolejne wielkie koszty związane z jego odbudową. Ciekawa jestem jak Ciechocinek poradzi sobie z tymi problemami. A wieczorem..... organizatorzy uświadomili nam znaną prawdę, w którą nie każdy wierzy: Elvis ŻYJE!!!!

 
 
niedziela, 18 marca 2012
 

No to Emka zaczęła się szkolić. Nie to, że po raz pierwszy w życiu, ale po raz pierwszy w tym roku. Wymagania zawodowe opiewają na konkretną liczbę godzin szkolenia, które trzeba odbębnić w ciągu dwóch lat. W związku z tym, że nie lubię wysiadywać na twardych krzesełkach w siedzibie korporacji zawodowej, oraz, i przede wszystkim, z uwagi na fakt, że szkolenia te odbywają się od piątku do niedzieli, opracowałam system szkoleń wyjazdowych, na których nałapiam godzinek. Oczywiście łącząc pożyteczne z przyjemnym. Zawodowo korzystam i poznaję następny kawałek naszego małego polskiego świata. Tym razem szkolę się w Ciechocinku. Zbyt późno przyjechałam, więc nie prezentuję jeszcze zdjęć samego Ciechocinka, ale już mam jego przedsmak w postaci wody z tutejszego źródła. mam nadzieję, że plan zajęć zezwoli mi na sfotografowanie deptaka ;)).  Oczywiście popełniłam już pierwsze faux pas. Przestawił mi się zegar w komórce i zaczęłam się domagać kolacji o godzinę wcześniej. Cóż, niech będzie tłumaczeniem, że jadłam dzisiaj tylko śniadanie i po prostu jestem GŁODNA! Do zobaczenia i mam nadzieję, że jutro uraczę Was kilkoma zdjęciami z deptaku w Ciechocinku. 

sobota, 17 marca 2012
 

Oj porobiło się. Szczęście moje, reagując jak zwykle emocjonalnie, wdał się w polemikę dotycząca programu, w którym wzięliśmy udział.  Niepotrzebnie moim zdaniem. Ilu ludzi tyle opinii, a nam i tak naszego nowego doświadczenia, nikt nie odbierze. Trudno jest pisać nam o motywach wzięcia udziału w tym programie. Cokolwiek byśmy napisali spotka się różnymi, tak jak różni są ludzie i ich podejście do życia, opiniami. Jedno jest pewne, nie chcieliśmy i nikomu na pewno nie zaszkodziliśmy. Dla tych którzy nie oglądali, a są zainteresowani, zamieszczam link: http://surowirodzice.tvn.pl/odcinki-online/ . Przez nasz dom przewija się wielu ludzi, w tym dużo młodzieży, z którą mamy bardzo dobry kontakt i która, mam wrażenie dobrze czuje się w naszym towarzystwie. Na potrzeby programu dokonano montażu z materiału nakręconego w ciągu siedmiu dni. Nam jest szkoda, że zabrakło scen naszych wspólnych chwil spędzonych na przyjemnościach, choćby z pobytu na basenie. Cóż nie my reżyserujemy program i nie dokonujemy jego autoryzacji. Mamy to już za sobą i nasze życie wróciło do normy. Większego wpływu nasza przygoda na nas nie wywarła. Został nam kontakt z dzieciakami i mamy nadzieję, że nie zapomną o obietnicy i odwiedzą nas w czasie wakacji. A tak w ogóle życie toczy się dalej. Wczoraj zaszaleliśmy z Ziemianinem, którego udało mi się wyrwać z wiejskich pieleszy. Dawno już nie łaziłam po poznańskim Starym Rynku nocą i nie siedziałam w knajpie, nigdzie się nie spiesząc. Wczoraj był wieczór hiszpański.

 

Gotował dla nas Timo Paradis, który po pierwsze jest muzykiem i w przerwach w mieszaniu paeli

j

grał i śpiewał.

j
 

Wieczór odprężający i odrywający od rzeczywistości. Życzę Wam wszystkim w najbliższym czasie równie miłego spędzenia czasu. Dobrej nocy.

środa, 14 marca 2012
 

Hotele nad Morzem Czerwonym powstały na pustyni,  na bazie baz wojskowych, które posiadały systemy odsalania wody. Ta woda zresztą jest ok, oprócz tego, że moje włosy po umyciu wyglądały jakbym ich tydzień nie myła! Tereny hotelowe to bajkowe ogrody.

 
 

i kompleksy basenów.

 

Jednak wystarczy wyjść za bramę i natykamy się na żywą pustynię, niestety przyozdobioną przez niezbyt schludnych, delikatnie mówiąc,  tuziemców. Tak to wyglądało przed naszym hotelem:

 
 

Zagospodarowane są jedynie tereny przyległe do morza, a cała infrastruktura wybrzeża jest oparta na planie prostokątów i kwadratów, co widać na zdjęciu zrobionym z samolotu.

 
wtorek, 13 marca 2012

Jak już pisałam, zimno był, a wejscie do morza pierwszego dnia powodowało drętwienie mięśni i krzyk.

 

Ostatniego dnia mozna było normalnie pływać.

 

Niestetety pomimo zapewnień Pani z biura podrózy, rafa była zbyt oddalona, żeby do niej dopłynąć samodzielnie i zrobić kilka fotek. Ogrody jak zwykle cudne i kolorowe.

 
czwartek, 08 marca 2012

Jak już pisałam, na terenie hotelu pałętało się kilka ptaków. Spacerowały dostojnie

 

i mniej dostojnie.

 
 

Latały

 
 
 

albo siedząc z uwagą obserwowały okolice i turystów.

 
 
 
 

Nie zabrakło oczywiście żebraków kulinarnych.

 
 
środa, 07 marca 2012

Nie było nas chwilę. Raz do roku pozwalamy sobie na dłuższy, bo tygodniowy wypoczynek. Zwykle pod koniec lutego, z uwagi na specyfikę pracy Szczęścia Mojego. Odwiedziliśmy Egipt, który wbrew naszym oczekiwaniom przywitał nas zimnem, szarym niebem  i wiatrem.

 

Tak wyglądały pierwsze dwa dni. Zimno tzn. 20 stopni Celsjusza. Wiatr jednak robił swoje, wyziębiał i mylił. Zmylił mnie i spiekłam sobie nos. Wydawało się, że przy takiej zimnicy słońce nie opala, a jednak! Pani rezydentka - Aneta powiedziała nam, że tego roku zima była tam wyjątkowo nietypowa - czyli  zimna. Pogoda, którą zastalisśy na miejscu była normalną styczniową. Na przełomie lutego i marca zwykle jest o około 10 stopni więcej.  Czyli anomalie pogodowe dotykają nie tylko naszej strefy klimatycznej.  Na wygrzewaniu na słoneczku (ja siedziałam niestety w cieniu)  upłynęło nam cztery dni i żegnaliśmy niebo niebieskie i kwitnące ogrody.

 

Pomimo tych kilku niedogodności wypoczęłam, a to jest najważniejsze. No i mam nadzieję, że trochę uodporniłam się na te paskudne przeziębienia. Przed wyjazdem znów leżałam z gorączką.  Niedługo pokażę Wam ptaszki egipskie pałętające się po hotelu. Po całonocnej i dopołudniowej podróży padam na pysk, idę więc spać a Wam  dobrej nocy życzę.