Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
sobota, 30 kwietnia 2011
Ten wiejski ogród jest zupełnie odmienny...
piątek, 29 kwietnia 2011

Kota Kamil każdemu wyżera z talerza.

 
czwartek, 28 kwietnia 2011
Ten ogród zaprojektowała moja mama, która w momencie i objęcia go w posiadanie, na ogrodach, roślinach i tym podobnych się nie znała. Pierwszego roku jego istnienia...
sobota, 23 kwietnia 2011
czwartek, 21 kwietnia 2011
Słońsk to wieś. Liczy ok. 3000 mieszkańców. O Słońsku było głośno, kiedy w 1975r. spłonął, wybudowany w połowie piętnastego wieku, zamek Joannitów.....
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
 

Oczywiście do Słońska pojechaliśmy w celu uczestnictwa w zjeździe Rzeczypospolitej Ptasiej. Nie może więc zabraknąć ptaków.

 

Zdjęcia te to moje pierwsze próby fotografowania ptactwa siedzącego i latającego. Podział zainicjowany przeze mnie i nic nikomu do tego!

 

Wybaczcie więc niedoskonałości poważne. Mam nadzieję, że z czasem wyeliminuję chociaż część błędów. Pierwsze koty za płoty.

niedziela, 17 kwietnia 2011
 

Po raz kolejny byliśmy na zlocie Rzeczypospolitej Ptasiej w Słońsku. Było pięknie. Dzisiaj na szybko podzielę się moimi kilkoma impresjami na temat ogrodu Państwa Matkowskich - naszych gospodarzy. 

 

Tym razem zafascynowała mnie wiosna "robaczywa". 

 

O i jeszcze chciałam Wam zakomunikować, że u nich kwitną już magnolie!

 

Podczas gdy u mnie (100 km na wschód) nawet pąki się nie rozchylają.  I jakby tego było mało, u nich są już bociany!

piątek, 15 kwietnia 2011
 

Zastanawiam się, czy każdy z nas, wykonujący konkretny zawód jest obdarzony pewnego rodzaju znieczulicą w zakresie właśnie spraw zawodowych. Sama wykonuję profesję, która służy ludziom i ociera się o najbardziej intymne sfery ich życia. Mam dystans do tych spraw, bo przecież, żeby dobrze wykonać powierzone mi zlecenia, nie mogę angażować się osobiście i muszę mieć obiektywny ogląd spraw. Po to jednak by zlecenie wykonać dobrze, muszę też się wczuć w sytuację drugiej strony. Muszę wiedzieć, co ona czuje i do czego zmierza. W końcu mam z przekonaniem reprezentować jej interesy. Zawsze jednak zostaje zdrowy dystans. Mam taką nadzieję, że żaden klient nie wyszedł ode mnie z poczuciem rozgoryczenia, że mam go w dupie.

 

Sama teraz w związku z różnymi sytuacjami zdrowotno-rodzinnymi muszę polegać na życzliwości i dobrej woli innych, oczywiście nie mam na myśli pomocy charytatywnej, ale pomoc profesjonalną, na poczet, której cała moja rodzina przez całe życie odprowadzała składki i to wcale nie małe. Wczoraj przez pracownicę instytucji, od której oczekuje się chociaż minimum dobrej woli, zostałam potraktowana jak nie wiadomo czego chcąca panienka. I żeby była jasność, potrzebuję pomocy w mniejszym zakresie, niż instytucja ta zobowiązana jest świadczyć. Wielu rzeczy nauczyłam się i wykonuję sama, ale specjalistycznych czynności nie jestem w stanie wykonać. Rozmowa z panią pielęgniarką zakończyła się moimi prośbami o pomoc w ustaleniu, o której godzinie w dniu dzisiejszym przyjedzie lekarz. Oznajmiono mi, że nie ma zwyczaju takich informacji podawać i mam czekać miedzy ósmą godzina a piętnastą. Na moją nieśmiałą uwagę, że muszę w związku z wizytą poprzestawiać swoje obowiązki, powinnam zrobić zakupy itp. Pani oznajmiła, że nie jest możliwe choćby w przybliżeniu podanie czasu wizyty, jak też nie poda mi tego czasu nawet jak zatelefonuję i że mam sobie ustawić to tak, żeby być w tych godzinach w domu. A poza tym, czego ja chcę, wygodnicka jestem. Siedzę więc w domu, czekam i kwitnę. Zastanawiam się, co będzie, jak lekarz przyjedzie w czasie, kiedy będę kupowała bratki do korytek, które obiecałam Tacie. Ryneczek jest o trzy minuty drogi, ale czy lekarz poczeka?

 

Dla poprawy nastroju, trochę żółtego, bo żółte wiosną, i nie tylko, jest piękne!

niedziela, 10 kwietnia 2011
 

No i minął kolejny tydzień. Dzień za dniem miga mi przed oczyma, wykonuję mechanicznie czynności. Czasami ciekawsze, czasami standard.  Spać nie mogę. Marek nocny jestem. Odsypiam na wsi. Tutaj śpię jak niemowlę. Kłopoty spowodowane wichurami nie oszczędziły nas. Zabrało nam elektryczność na noc i poł dnia. Nawet Młodsza stwierdziła, że nie jest to takie złe. Przynajmniej życie rodzinne ożywia się i rozmawiamy ze sobą więcej. Ciekawe czy w powiatach nowotomyskim i szamotulskim za dziewięć miesięcy  urodzi się więcej dzieci?! A ja?  Jak zwykle  praca w ogrodzie. Po raz kolejny dowiadujecie się oczywistej oczywistości, że to lubię. Klomb coraz bardziej kolorowy, a i jego okolice mu nie ustępują.

 

Dzisiaj spędziłam dwie godziny na foteliku, próbując upolować obiektywnie jakieś ptaszęta.  Tym bardziej, że pokazały się jaskółki, które chciałam Wam pokazać i…  upolowałam ptaka metalowego.

 

 Wróbla.

 

Jaskółki też, ale badziwiate wyjszły. Podzielę się jednak nimi z Wami.

 

Ten po prawej siedział jak przymurowany. Tylko co to za satysfakcja, gołębia sfotografować. Każdy potrafi. Psy oczywiście towarzyszyły mi cały czas, śledząc każdy mój krok. I robiły bałagan.

 

Wysypałam klomb i przyległości odstraszaczem  kotów i psów marki bros. Moje potwory bardzo go polubiły i one na to jak na lato. Producent nie przewidział potworów  mutantów.  Musze się z tym pogodzić i cierpieć w milczeniu. Ale tak w ogóle sympatyczny łykend był, mam nadzieję, że wasze takoż były. A od jutra energii  i siły życzę wszystkim do pracy.  A w ogóle, JASKÓŁKI przyleciały! Wiosna jest na całego!

wtorek, 05 kwietnia 2011
 

Tak sobie rozmyślałam porządkując mój bałaganiarski klomb w czasie łykendu. Jak to jest?  Na wsi zakładam spodnie dresowe, kocham flanelowe kraciaste koszule i nie uznaję makijażu. W mieście trefię włosy, tuszuję rzęsy, nogi odziewam w pantofelki.  Nie odczuwam różnicy. Zawsze jestem sobą. A jednak! Ostatnio, w mieście, w zastępstwie Ziemianina udałam się na spotkanie SlowFood’u -grupy osób czerpiących radość z jedzenia i życia w zgodzie z naturą.. Przysiadłam się do stolika, przy którym siedział ktoś, kto dwa tygodnie wcześniej, gościł u nas na wsi i kogo podejmowałam śniadaniem. Na wsi, u nas, był zresztą nie pierwszy raz. Uśmiechnął się, a po kilku chwilach zapytał, czy my się znamy. Roześmiawszy się perliści, odrzuciwszy włosy, zapytałam czy naprawdę nie pamięta tego śniadania. Wtedy poznał. Oczywiście skomentowałam, że bogata będę. Zaczęłam się jednak zastanawiać. Co takiego jest we mnie inne tu i tam. Bo przecież nie makijaż! Czym się różnię? Pierwsza myśl – na wsi się zaniedbuję. Ale przecież do zaniedbania się potrzeba więcej niż dwa-trzy dni. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że tam za niczym nie gonię, nigdzie się nie spieszę i ciszę się każda minutą. Dni wypełniam dbałością o psyche, a nie zewnętrzne oznaki luksusu. Na wsi po prostu mam twarz spokojną i pogodną, a oczy  nie zmęczone całodniowym wpatrywaniem się w literki na ekranie komputera.  Kiedyś spotkałam dawną znajomą, nie widziałyśmy się około pięć lat, która oznajmiła mi, że nie poznałaby mnie na ulicy. Zapytałam się, czy tak bardzo się zestarzałam. Nie, powiedziała, masz po prostu w twarzy coś zupełnie nowego, napięcie i stres, a ja Ciebie pamiętam, jako osobę pełną spokoju i luzu.  I chyba właśnie o ten wyraz twarzy i wewnętrzny stan wyciszenia bądź napięcia chodzi.  

Rozmyślając w dalszym ciągu, w warzywniku porobiłam grządki i zasiałam pierwsze warzywa. To zielone to szpinak zakupiony na rynku. Będzie szpinakowa niedługo! W szklarni posiałam sałatę i podziwiałam przez cały rok rosnącą pietruszkę.

 

Polatałam po ogrodzie w pogoni za ptaszkami, które nie dawały się zbliżyć do siebie, a z lenistwa nie zabrałam drugiego obiektywu i efekt jest, jaki jest.

 

Będzie dzięgielówka! Wszystkie posadzone przeze mnie litwory mają piękne zielone czupryny.

 

Na klombie zaczyna się lekka orgietka kolorów, jeszcze z przewagą zieleni, ale już niedługo zakwitną tulipany.  Nasza najstarsza porzeczka jak zwykle jest obsypana pąkami kwiatów i jak zwykle zapowiada olbrzymi zbiór.

 

Niestety z niewiadomych przyczyn zaraz po zawiązaniu owoców zrzuca je i czerwienią się na niej pojedyncze kuleczki. Próbowaliśmy przez kilka lat  już wszystkiego, co nam do głowy przyszło, cięcia, odmładzania, nawożenia, zalewania, zasuszania, ba nawet oprysku, mimo, że nie pryskamy prawie niczego, a ona zawsze tak samo. Wygląda jak królowa, a potem mietła z niej wychodzi.  

Powyższe świadczy chyba , że myślenie dobrze robi na pracowitość, albo może pracowitość wspomaga szare komórki, albo jak kto chce. Ważne, że nareszcie rozpoczęłam sezon ogrodowy, do którego tak tęskniłam.

poniedziałek, 04 kwietnia 2011
sobota, 02 kwietnia 2011

Wylazłam z nory i zabrałam się z ogród.  Likwidacja psiej działalności jest nieco trudna i to trochę syzyfowa praca.

 

Jak kiedyś już jednak napisałam, łbów nie pourywam, godzę się więc na straty bez zbędnych sentymentów. Kupiłam dziś bratki

 

i stokrotki.

 

Od razu stała się kolorowość na klombie. Choć jestem  trochę niesprawiedliwa, cebulki wsadzone jesienią wydały na świat piękną wiosnę.

 

Jestem zmęczona i obolała i jest mi z tym dobrze!

piątek, 01 kwietnia 2011

Wreszcie dotarłam. Zmęczona i skonana dotarłam na wieś. Kiedy porzucam drogę główną i wjeżdżam w tę aleję,

 

rozglądając się widzę przestrzeń, dużo przestrzeni,

 

zaczynam się wyciszać i moje uniesione ramiona, powoli, powolutku wracają na swoje miejsce. Łapię oddech. Mijam pole  kukurydzy, na którym, jak co roku, dzięki bezczynności spółki wodnej, powstało jezioro i zalęgły się łabądki,

 

a mój mózg  zaczyna pracować w normalnym trybie. Dzisiaj dodatkowo byłam u mojej  cudotwórczyni, Pani Halinki, która wygłaskała mnie i zaczynam czuć się jak człowiek nareszcie. Miłego wieczoru życzę.