Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
wtorek, 30 czerwca 2009

Te słodkie

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

RÓŻOWA   MAGIA

 

 

Na złocistej fajerce
     spalę różową różę,
czarne pióreczko kurze
     i jedno ludzkie serce.

 

 Nikogo nie otruję,
     nikogo nie zabiję,
serce to jest niczyje,
     jest ono tylko - moje.

 

niewinna 

 Gołębia nie zaduszę,
     me czary są bezkrwawe,
w czarodziejską potrawą
     wrzucę mą własną duszę.

 

niedziela, 28 czerwca 2009

Przeczytałam wpis wiedźmy tutaj, oglądnęłam filmik i przypomniało mi się, że kiedyś, dawno temu czytałam o tangu świetny artykuł. Przypomniałam sobie również, że umieściłam na ten temat notkę w ówczesnie prowadzonym blogu. Ogólnie rzecz biorąc w Argentynie to taniec uliczny.

 

Kocham taniec i nie wyobrażam sobie bez niego życia, a tango zawsze mnie fascynowało. Oto fragment artykułu:

„(…) Przyjemność, odprężenie, bezpieczeństwo. Takie uczucia najczęściej towarzyszą kobietom przy tangu z dobrym partnerem. Każde tango to trzyminutowy romans(…).

(…) Argentynki, choć życiowo bardziej obrotne od mężczyzn, potrafią być w tangu uległe i posłuszne(…).

(…) tango odkrywa osobowość tego, kto tańczy. Jak na dłoni widać, kim tancerz jest i w życiu, i w łóżku. Bo tańczyć tango to mieć kobietę na trzy minuty. A o kobietę w Argentynie było kiedyś bardzo trudno, dlatego mężczyźni uczyli się tanga od mężczyzn i tangiem zdobywali kobiety. Do tej pory można w Argentynie zatańczyć na męskich Milongach, co pomaga mężczyznom wczuć się w role kobiet w tangu i umiejętniej je poprowadzić. (…)

(…) Klucz do sukcesu w tangu, tak jak w życiu, jest wciąż ten sam: balans miedzy macho a gentelmanem. Sukces odnoszą ci, którzy rozumieją, że mężczyzna nie tylko tańczy z kobietą, ale dla kobiety. Bez względu na to, gdzie tańczy – albo mężczyzna uwiedzie w tangu kobietę  i będzie chciała z nim tańczyć, albo nie”

(Polityka 26/2004)

Znalazłam w you tub'ie filmik, który może chociaż trochę przybliża atmosferę tego tanga nie wyuczonego, ale naturalnego.

 

 

środa, 24 czerwca 2009

Przepis na syrop dostałam od mojej rodziny z wioski Siary położonej w gminie   Gorlice. Trzeba wziąć:

25 baldachów czarnego bzu

5kg cukru

5 l wody

5 cytryn

20 dkg kwasku cytrynowego

dodatkowo dla złamania smaku można dodać 1 pomarańczę lub grapefruita.

Do wielkiego gara wsypujemy cukier, zalewamy go wodą, dodajemy pokrojone w ósemki razem ze skórką cytryny (wyparzone), dodajemy kwasek., oraz w przypadku takiej chęci pomarańcze lub grapefruita. To wszystko odstawiamy w ciemne miejsce i często mieszamy w celu rozpuszczenia cukru. Powinno rozpuścić się po jednym dniu. Po trzech dniach zlewamy do słoików. Odstawiamy i czekamy na zimę. Rozcieńcz go się, lub dodaje do herbaty w ilości zależnej od upodobań smakowych. W moim przypadku, kiedy po raz pierwszy to robiłam (w czerwcu oczywiście czyli w okresie kwitnienia), młodzież, wypijająca hektolitry produkcji kartonikowej, zużyła cały zimowy zapas syropu w ciągu tygodnia.  

Jest bardzo dobry w zimie na przeziębienia. Kwiaty czarnego bzu maja działanie lecznicze, są stosowany w czasie przeziębień jako środek napotny , maja działanie przeciwzapalne ,przeciwgorączkowe, ,działają rozkurczowo, .Podnoszą również odporność organizmu . W postaci syropu jest to bardzo aromatyczny dodatek do herbaty napojów zimnych lub deserów.  Trzeba tylko pamiętać o tym aby kwiaty zerwaćz dala od drogi z uwagi na … zresztą wszyscy wiedza z uwagi na co.

Zdjęcie kwiatu możecie zobaczyć tutaj .

20:49, emka1216
Link Komentarze (10) »
wtorek, 23 czerwca 2009

O irysach jeszcze nie pisałam  z powodu ... deszczu. Zdjęcie powyżej jest jedynym tegorocznym zdjęciem irysów w słońcu. Jest niedobre technicznie i przerysowane, ale z uwagi na wyjątkowość (jedyne jakie zdażyłam zrobić przed kolejnym deszczem) pozwoliłam je sobie zamieścić. Poniżej już deszczowo.

Zacznę od starożytnej Grecji. Irys, Iris, Iryda to grecka bogini tęczy, córka Thauamsa (morskiego  starca) i Okeanidy  Elektry (bogini burzowych chmur), lub wg innej wersji Heliosa (boga słońca) i Okenaidy Dione (bogini deszczu). Już wiem dlaczego tak trudno sfotografować irysa w słońcu! Ta pierwsza wersja jest bardziej popularna. Była drugą obok Hermesa, który wygryzł ją z pierwszego miejsca, najważniejszą posłanką (eiris) bogów. Po przypisaniu jej roli bogini tęczy twierdzono, że łuku tęczy rozpiętego  na niebie używała do przenoszenia wiadomości. Zazwyczaj wyobrażano ją sobie ze skrzydłami, w szacie o siedmiu barwach tęczy, którą rozpinała nad ziemią i morzem. Zsyłała na ziemie deszcze, użyźniała pola, zaopatrywała chmury w wodę. Męża nie miała. Znany jest tylko jeden jej kochanek Zefir (zachodni wiatr). Ze związku tego urodziła syna Pothosa – jednego z erosów – boga miłosnej tęsknoty.

A tak w ogóle irys,  inaczej kosaciec, należy właśnie do rodziny kosaćcowatych. Pochodzi z ciepłych rejonów Azji Mniejszej, południowej Europy, północnej Afryki i jest  przyzwyczajony do długiego, suchego lata, oraz łagodnej zimy. W naszym klimacie powinno się chronić je latem i wczesną jesienią przed wilgocią, a zimą przed dużym mrozem. Ja nie chronię, a kwitną przepięknie. To bardzo cenione byliny z uwagi na wielość odmian. Irysy potrzebują stanowiska słonecznego, ale rosną dobrze w lekkim cieniu. Rozmnażamy je poprzez podział kłączy. Po kilku latach od posadzenia, należy wykopać karpę i podzielić ją na mniejsze. Po takim zabiegu rosną znacznie lepiej oraz kwitną obficiej. Najlepiej jest to robić  w lipcu lub sierpniu, kilka tygodni po przekwitnięciu. Na jednym miejscu rośnie do 4 lat. Moje rosną dłużej, ale może byłyby ładniejsze gdybym je częściej przesadzała?

22:43, emka1216 , ogród
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 czerwca 2009

Naparstnicę lubię i basta. Uwielbiam patrzeć jak strzeliście wyskakuje w niebo i na jego tle dumnie prezentuje swoją smukłą postać.  Kocham patrzeć jak w jej kwiatach  zanurzają się pszczoły, bąki i inne tałatajstwo owadzie i ze smakiem spijają nektar, którym wypełnione są miękkie, aksamitne  dzwonki.

Naparstnica purpurowa – digitalis purpurea to europejska roślina należący wg różnych systematyk,  albo do rodziny trędnikowatych, albo przetacznikowatych.  Do Polski sprowadzono ją w wieku XVIII-XIX ,  jako roślinę ozdobną, a ona jak to zioło  rozprzestrzeniła się w środowisku.  Rośnie wszędzie. Nie ma specjalnych wymagań. Należy do najbardziej znanych i cenionych, ale także najbardziej niebezpiecznych roślin leczniczych.  Liście zawierają liczne toksyczne związki. Działanie tych związków kumuluje się w organizmie. Groźne zatrucia u ludzi może spowodować już 1-2 g wysuszonych liści. Objawiają się one bólami i zawrotami głowy,  zaburzeniami widzenia, biegunką,  wymiotami, skurczami naczyń wieńcowych, dusznością i sinicą. Naparstnica jest trująca również dla niemal wszystkich zwierząt.

Jednocześnie z suszonych i sproszkowanych liści uzyskuje się digitoksyny służące do produkcji  leku – digitalis. Wiele leków ludowych weszło na stałe do współczesnej praktyki medycznej. Jako przykład właśnie, może służyć naparstnica, najcenniejszy chyba lek roślinny, bez którego nie mogłaby się obejść współczesna medycyna i któremu wielu cierpiących na niewydolność mięśnia sercowego zawdzięcza przedłużenie życia. Mimo że już podobno Rzymianie używali naparstnicy jako leku, przez wiele stuleci stosowano ją jedynie w medycynie ludowej. Jej właściwości dla medycyny odkrył angielski lekarz Williama Withering’a. Miał pacjenta  z zatrzymaniem się płynów w organizmie w związku z niewydolnością serca, któremu nie dawał szans na przeżycie. Wyleczyła go  zielarka,  wykorzystując zioła zbierane w okolicy, w której mieszkała.  Z ziół będących w jej  posiadaniu, Withering wyodrębnił naparstnicę purpurową jako sprawcę  leczenia puchliny związanej z zastoinową niewydolnością serca. Ustalił też, że  naparstnica purpurowa jest także śmiertelną trucizną, która potrafi leczyć i zabijać. Prowadził eksperymenty w celu ustalenia właściwych dawek nowego leku. Dokument opublikowany przez Withering’a w 1785 roku, w którym informuje on grono lekarzy o swoim odkryciu, jest klasyką literatury medycznej. 

Irlandczycy nazywali ją „naparstkiem nieżywych ludzi” w związku z wydzieliną jej trującymi właściwościami. Anglicy w dokładnym tłumaczeniu  rękawiczką ludzi. Legenda głosi, że białe plamki na kwiatach naparstnicy purpurowej to odciski pozostawione przez elfy, które w ten sposób ostrzegały  przed trującymi właściwościami rośliny. Dla Norwegów to lisi dzwonek. Nazwa ta pochodzi z legendy, która mówi, że zła wróżka podarowała roślinę lisowi, który miał  bezgłośnie stąpać dzięki kwiatom naparstnicy purpurowej podczas polowania na okoliczne kury. Naparstnica purpurowa zawiera glikozyd digitoksynę, którą naukowcy wyodrębnili z liści tego zioła i w obecnych czasach używa się jej jako leku nazwanego digitalisem. Jest on stosowany w leczeniu zastoinowej niewydolności serca oraz wrodzonych wad serca. Wzmacnia ona skurcze mięśnia sercowego i zwalnia bicie serca. Inny glikozyd o działaniu nasercowym wyodrębniony z naparstnicy purpurowej to digoxin - środek moczopędny na nerki. Każdy składnik chemiczny naparstnicy purpurowej jest wyjątkowo niebezpieczny w dużych dawkach.  Naparstnica purpurowa używana jest w medycynie konwencjonalnej i homeopatii.

A dla dr Ewy w prezencie z dzisiejszego polowania z obiektywem w dłoni,  róża czerwona - jej ulubiona:

21:31, emka1216 , ogród
Link Komentarze (14) »
wtorek, 16 czerwca 2009

O różach będę pisać nie raz. Truizmem byłoby pisać o ich zaletach, bo te każdy zna. Chociaż nie każdy róże lubi. Mam znajomą, która oświadczyła: „Żadnych róż w ogrodzie, bo śmiecą płatkami.”  Cytat prawdziwy. Przyznam się, że bardzo po tej wypowiedzi straciła w moich oczach. A niech śmiecą tymi płatkami ile wlezie, niech zrzucają płatki i stworzą kolorową mozaikę na trawie. Ja to lubię. Ostatnio ktoś mi powiedział, że nie doceniał róż, bo znał je tylko ze sklepu. Ale dopiero teraz. kiedy ma możliwość  obserwować jak wiążą delikatne pączki, które powoli nabrzmiewają i z nabrzmiałości tej pęka ich zielony kokon, żeby wydać na świat kwiat, najpierw delikatny i nieśmiały,

a potem buchający temperamentem i delikatnością, zakochał się w nich miłością pierwszą i prawdziwą. Pamiętacie jak Tuwim pisał o różach w „Kwiatach Polskich”? Nie? No to poczytajcie:

„(…) Nie karminowe, kosmetyczne,

Róże królowe poetyczne,
Pragnące, pachnąc, uszczęśliwić
Z łodygą jak królowa kibić:
Metr wysokości, płatki rżnięte
W krwawym koralu, zawinięte;

Róże Hiszpanki feudalne,
Nieopisanie seksualne,
Przy których by sam rubin pobladł,(…)

W bukiecie wiejskim, jak wiadomo,
Róże są skromne, bo po-domu;(…)
Nie sterczą swą łodygą długą,
Jakby połknęły jedna drugą;
Bez aspiracji do salonu,
Bez wywodzenia się z Saronu,
Bez dąsów, pąsów i purpury,
Nie zadzierają głów do góry;
Jak porzucone narzeczone,
Trzymają główki opuszczone,
A oczy wznoszą - i tak trwają,
I spoglądając - przepraszają. (…)

Lecz dobroduszne, drobnolistne,
Gęste i niskie, krasne, kraśne, (…)
Drobnomieszczańskie nasze róże,
Różyczki raczej niż różęta,
Tak ja je widzę i pamiętam,
Z barwy przyrównałbym tynkturze
Na siódmej wodzie po purpurze.
Coś miały z barszczu i coś z malin
Rosnących dziko śród rozwalin,
Gdzie żużle, cegły, osypiska
I złom kredowy w słońcu błyska,
I rozpalony wielki kamień(…)

Róż wiejskich czerwień rozcieńczona
Coś miała z malin, coś z buraków
Coś z pomidorów i coś z raków,
Ot, jakaś niedoczerwieniona.(…)”

A na deser chwila z porannego spaceru - trzykrotka wirginijska:

18:30, emka1216 , ogród
Link Komentarze (18) »
piątek, 12 czerwca 2009

Mieliśmy wczoraj  zaszczyt gościć Fellixianę, którą przywieźli Krogulec wraz z Piórkiem. Panowie Witek i Ziemianin przygotowali poczęstunek.

Opis przygotowania na pewno ukaże się w Ziemianinowym blogu.

Po posiłku Ziemianin popisywał się swoim umiejętnościami komunikacji bezpośredniej z drobiem.

 

wtorek, 09 czerwca 2009

 

No to odczyniamy uroki i żegnamy deszcz, albo .........

23:40, emka1216 , ogród
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 08 czerwca 2009

Pomimo, że nie lubię suszy, mogłoby przestać padać!

 

Nie zdążę rozwinąć w tym deszczu moich wszystkich kwiatków!

 

Stracę kolory!

Zanim dojrzeję - pomarszczę się i spadnę!

19:13, emka1216 , ogród
Link Komentarze (11) »
niedziela, 07 czerwca 2009

A to mieszkaniec okienka, przy kościele zwyczjowo zwanym Kościołem Dwunastu Apostołów w Krakowie

 

poniedziałek, 01 czerwca 2009

Przepis na smażone pomidory wyczytałam w kontynuacji  książki Frances Mayes „Pod słońcem Toskanii”. O ile się nie mylę, nie mam książki przed sobą, ma tytuł „Bella Toskania”. Przeczytanie tej książki spowodował mój nawyk. Kiedy przeczytam coś, co mi się spodoba, natychmiast szukam kolejnych utworów tego samego autora. W tym przypadku nie rozczarowałam się. Podobnie stało się Peterem Maylem piszącym o Prowansji.  Wracając do baranów, czyli pomidorów. Nie zacytuję dokładnie przepisu z książki,  ale pamiętam jedno zdanie autorki, która stwierdziła, że kiedy je smażone pomidory zapomina o cholesterolu i innych takich tam. Poza tym stwierdziła, że wprawdzie w jej rodzinnej Georgii,  smaży się pomidory zielone, ona woli te czerwone, wypełnione słońcem.  Otóż to. Dojrzałe pomidory kroimy w plastry (ok. 1cm). Obtaczamy cieniutko w mące. Wrzucamy na rozgrzaną oliwę. Obsmażamy z obu stron. Ja zwykle wcześniej przygotowuję, pokrojony w drobną kosteczkę, podsmażony boczek (szyneczkę itp.), ale nie jest to konieczne. Kiedy plastry z obu stron się zarumienią, każdy posypuję podsmażoną wędlinką, ścieram na każdy plaster, po kilka stróżków żółtego sera (też nie jest w przepisie, to jest mój wymysł).  Następnie (należy zrobić to w momencie kiedy plastry są całe, nie rozpływają się), zalewam to sosem z gęstej śmietany rozbełtanej z solą i ulubionymi przyprawami, w moim przypadku to cayenne, kurkuma, czosnek na pewno, a reszta w zależności od nastroju. Zalewam każdy plaster na patelni i miejsca między plastrami. Śmietana zostaje na wierzchu i opada na dno. Małą chwilę trzymamy całość jeszcze na patelni, posypujemy drobno usiekaną bazylią i następnie podajemy na stół. Wygląda to pięknie. Niestety nie udało mi się zrobić całości patelni z uwagi na ślinotok obserwujących przyszłych zjadaczy.

Ale w ogóle to niebo w gębie, choć przecież dani proste robotników rolnych. Smaczne, zdrowe i sycące.