Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
piątek, 22 czerwca 2012

Poznań Most Rocha, Noc Kupały nad Wartą. Puszczałam w niebo lampiony!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Wszyscy wokół powtarzają, powinniśmy się uczyć od Irlandczyków. I powinniśmy. Bo jest czego. Patrzyłam dzisiaj na transmisję meczu Włochy-Irlandia i patrzyłam również na pożegnanie jakie kibice irlandzcy przygotowali swojej drużynie. Nawiasem mówiąc patrzyłam w ekran telewizora a słyszałam w stereo. W mieście mieszkam w pobliżu stadionu. Super słyszałam i tylko malkontenci mogą mówić o zakłócaniu spokoju wieczornego. Tego rodzaju imprezy nie odbywają się codziennie i ja się cieszę, kiedy patrzę na świętujące miasto. A kibice irlandzcy dodali mu tyle kolorów i radości, że zastanawiam się jak Poznań przeżyje ich brak. Zrobi się pusto i smutno - czyli normalnie. Wróci ulica z twarzami pełnymi napięcia i niedoczasu. Tli się we mnie jednak nadzieja, że może  trochę tej zielonej radości nam zaszczepią. Nie mam żadnego zdjęcia koniczynki, niech więc żal, że nas opuszczają, wyrazi ta mała łezka na zielonym.

niedziela, 17 czerwca 2012

No i nie udało się. Mam wrażenie, że nasi kiedy grają pod presją, jak w meczu z Rosją, potrafią z siebie wykrzesać nadsiły. Wczoraj pewność wygranej prezentowana przez wszystkich osłabiła ich psychicznie. Nawet moja biało-czerwona kompozycja ogrodowa nie pomogła!

Faktycznie jednak to jest młoda drużyna, która dużo jeszcze musi się uczyć. Moje życie toczy się pomiędzy miastem a wsią. Ostatnio z powodów różnych bardziej w mieście, nad czym boleję. Czas wiejski poświęcam w większości ogrodowi, który zaniedbany przez ostatnie dwa lata, odwdzięcza mi się w dwójnasób. Wszystko kwitnie jak szalone. Kaskady jaśminów zatrzymują wzrok na długo. A do tej pory kwitnące piwonie zachwycają kształtami i zapachem. 

Potwory są szczęśliwe z powodu całodziennej obecności ludzi w ogrodzie. Ostatnio Maks wymyślił sobie nową zabawę. Próbuje ugryźć strumień wody.

Szczególnie zajmuje się tym kiedy podlewam wieczorem rośliny. Ubaw ma z tego po pachy. Prycha kicha i cały czas kłapie szczęką. Ambitny jest.

Może kiedyś uda mu się osiągnąć niemożliwe i ugryzie paskudę. Osiągnięcia na razie  niemożliwego, życzę również naszym biało-czerwonym. Będę na to czekała z utęsknieniem. Pamiętam Mundial z 1974'ego, pamiętam emocje i radość. Chciałabym jeszcze kiedyś raz to przeżyć. Czego i Wam życzę.

piątek, 15 czerwca 2012
niedziela, 10 czerwca 2012

Szkoda. Kończy się długi łykend - krótki wypoczynek. Dobrze mi było. Spokojnie i normalnie. Ciepłe noce spowodowały  długie wysiadywanie w ogrodzie i ranne niedospanie. Krzewy w ogrodzie roją się od ptactwa wszelakiego,

a jaskółki rozpoczęły dokarmianie maluchów.

Szkoda, że zdjęcie takie niewyraźne. Rozpoczęłam bardzo poważne porządki w ogrodzie. Wymarzło mi, zresztą nie tylko mnie, kilka róż. Zamierzałam stare korzenie wykopać i posadzić w to miejsce nowe pnące pięknisie. Z zaskoczeniem zobaczyłam, że jedna wymarznięta puściła dziczki, które zaczęły kwitnąć!

Okazało się, ze szczepiona była na dzikiej róży. Nie usunęłam, zostawiłam i teraz mam duży kwitnący delikatnymi kwiatkami,  krzew dzikiej róży. Dzikiej, delikatnej  i pięknej. Zaczynam chyba dziecinnieć, rozczulają mnie dojrzewające owoce.  Jeszcze nie ma kalendarzowego lata, ale pogoda przypomina lipcowe upalne dni. Rozleniwia mnie to i zniechęca do pracy. Jakiś taki leń mnie dopadł i ani rączką, ani nóżką mnie się nie chce. Żadna to niespotykana przypadłość, ale energii brak a tu trzeba z nową siłą w nowy tydzień. Dobrego i pracowitego  tygodnia życzę wszystkim.

piątek, 08 czerwca 2012

W mieście najczęściej żywię się tym co pod ręką. Rzadko sobie gotuję. Nie chce mi się dla siebie samej. Ostatnio zawitała do mnie Ola, która w ramach niespodzianki przygotowała dla mnie pyszny obiad. Tajskie curry z liściem limonki caffir, z zawartością ryby. Oto przepis.

"Na patelnię wlewamy ok 3 łyżek oliwy, i przesmażamy na niej ok pół łyżeczki czerwonej pasty curry. Kiedy się "rozpuści" dodajemy posiekane szalotki (garść) lub czerwoną cebulę oraz 3 ząbki czosnku. Szklimy i dodajemy odrobinę galangalu, tamaryndu i roztłuczoną trawę cytrynową (można kupić mrożoną). Przesmażamy i wlewamy puszkę mleka kokosowego. Redukujemy mleko, kiedy objętośc mleka zmniejszy się o ok 1/3 wrzucamy pokrojoną w niewielkie kawałki, najlepiej białą, rybę oraz kilka listków liści limonki caffir. Gotujemy ok 7 minut. Po zdjęciu z ognia skrapiamy kilkoma kroplami soku z limonki (sok z połówki owocu). Podajemy z ryżem. Smak sosu można "podkręcić" szczyptą brązowego cukru."

Trudno jest mi opisać smak potrawy. Ma kilka den smakowych. Cudo. Polecam.

poniedziałek, 04 czerwca 2012

Nie przejechałam dzisiaj wiewiórki!  Rano wyruszyłam ze wsi do miasta. Jechałam sobie nasza aleją akacjową, tarłam zaspane oczy i nagle przed maską zobaczyłam rude maleństwo, robiące słupka na samym środeczku drogi. Udało mi się je wyminąć. Tak więc na dobry  początek dnia nie przejechałam wiewiórki. Pomyślałam na szczęście. Nie żeby kiedykolwiek zdarzyła mi się taka okoliczność, po prostu udało mi się uniknąć niedobrego uczynku. Nie chciałabym kiedykolwiek mieć na sumieniu rudego stwora. Nie tylko wiewiórki, w ogóle żadnego. I nagle o tym poranku zaspanym, skażonym snem niedługim, spowodowanym późnonocnym powrotem z Lidzbarka Warmińskiego, pomyślałam, jak często szczycimy się czymś co zrobiliśmy, czego dokonaliśmy i co jest namacalne. A przecież czasami znacznie bardziej namacalnym dowodem naszego człowieczeństwa jest to  czego nie zrobiliśmy, czego uniknęliśmy  i wreszcie jakim pokusom oparliśmy się.  

W dalszym ciągu piwoniowo i jednak deszczowo dobrej nocy życzę. ;)

22:53, emka1216
Link Komentarze (14) »