Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
czwartek, 30 lipca 2009

Te zarozumiałe:


OSIOŁ I RÓŻA 

 

Przemówił osioł do róży:
"Tak pani zapach mnie nuży,
A kolce, paniusiu złota,
To jest zwyczajna głupota.
I taka pani pąsowa,

Że boli po prostu głowa.
Niech pani weźmie pokrzywę:
Z niej są korzyści prawdziwe,
Bezwonna jest, no, a przy tym
Zjeść można ją z apetytem.
I każdy osioł to powie:
"Pokrzywa taka - to zdrowie!"






A na róża wyniośle
Odrzecze: "Na szczęście, ośle,
Nie same osły na świecie."





 

"E, głupstwa paniusia plecie,
Już znam się na tej piosence,
Toć nas jest na świecie więcej!"

(Jan Brzechwa)

środa, 29 lipca 2009

Na dzień dobry i dobrego wieczoru.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Bardzo lubię  latem jadać zupy "śmieciówy", tzn zupy "misz-masz jarzynowy", czyli po prostu wszystkie jarzyny co pod ręką do jednego gara, doprawione ziołami. Wiem, że są tradycjonaliści, dla których zupa, która nie jest zrobiona na mięsnym wywarze, nie jest zupą, ale kompotem jarzynowym. Ja się nie zgadzam. Zawsze  do zrobienia śmieciówy wykorzystuję wszystkie możliwe warzywa zebrane w ogródku i takie, które dodatkowo zalegają mi w kuchni, pod warunkiem, że  świeże.  Tym razem miałam fasolkę żółtą, pomidory, pietruszkę, marchewkę, buraczki, selera i paprykę w ilościach „na oko”. Wszystkie składniki dokładnie pokroiłam w małe kawałeczki, żeby zgrabnie było gryźć, pomidory obrałam ze skórki, a następnie w garnku zalałam niedużą ilością wody. Ta nieduża ilość wynika z tego, że zupa ma być gęsta, a warzywa należy nabierać łyżka podczas jedzenia, a nie szukać ich w wodnistym warzywnym bulionie. Tym bardziej, że podczas gotowania zmiękną i ilość płynu ulegnie zwiększeniu w sposób naturalny.  Zaznaczam, że selera i buraczki kroiłam razem z liśćmi. Zapewnia to smak i gęstość zupy, oraz niezmierzone pokłady błonnika. W momencie, gdy zupa porządnie się podgotowała, dodałam kilka liści lubczyku (maggi zwanego), rozmarynu, odrobinę szałwi i trochę bazylii. A gotującą się zupę doprawiłam solą morską, kilkoma kroplami sosu sojowego (nie za dużo, żeby smaku warzyw nie zadusił) i aceto balsamico (z ilością należy uważać z poprzednio podanych powodów). Przygotowałam dużo posiekanego koperku.  Przed wyłączeniem palnika, dodałam połowę koperku i zamieszałam porządnie. Zaznaczam, że nie wyławiam z zielska, które potem ze smakiem pożeram razem ze wszystkimi warzywami. Podając zupę najpierw sypię na każdy talerz dużo koperku i kładę łyżkę lub dwie  śmietany i te składniki zalewam gorącą zupą, nabierając na chochelkę jak najwięcej gęstego. Oczywiście ktoś może powiedzieć, jak to wyżej wspomniałam, co to za zupa bez konkretów w postaci mięsa i ziemniaków w środku. Ta zupa nie ma za zadanie napchać nas, ale pobudzić apetyt do konsumpcji kolejnego dania, jeżeli takowe jest przewidziane, albo służyć ma zabiciu głodu, w momentach nadmiernego apetytu. Jest na tyle dietetyczna, że nie zaszkodzi żadnej osobie przesadnie dbającej o linię, a zawartość jej przysłuży się  zdrowiu.  Nic jednak nie stoi na przeszkodzie uzupełnić ją o „konkretne” składniki. Ja takie śmieciowe zupy, bez przeważającej zawartości jednego z warzyw lubię, uwielbiam, kocham i polecam spróbować.

sobota, 25 lipca 2009

Mam w ogrodzie roślinę, którą dwa lata temu znalazłam na jakiejś aukcji. Zainteresował mnie jej opis i właściwości. W tym roku zakwitła. Nie jest za bardzo ozdobna i porywająca, lekko orientalna i  ostowata., ale interesująca.  To korzeń Marala (Szczodrak krokoszowaty, leuzea) – roslina życia znany był już starożytnym wschodnim medykom  ponad pięć tysięcy lat temu, jako „lou-lu”. Farmakologiczne wykorzystanie leuzei trwa nieprzerwanie od czasów prastarej chińskiej, tybetańskiej i mongolskiej medycyny do naszych dni.

Pierwszy zwrócił uwagę na „roślinę życia”, znany rosyjski etnograf, badacz Syberii, Grigorij Potanin. W 1879 w Mongolii, dowiedział się od ludności żyjącej wokół jeziora Buir – Nor, że wiosną w okresie godów, jelenie – marale wykopują z ziemi jakieś korzenie, chętnie je zjadając. Taka podpowiedź pomogła uczonemu wyciągnąć wniosek o leczniczych właściwościach korzenia. Dlatego też rosyjscy osiedleńcy nadali roślinie nazwę „korzeń Marala”. W Mongolii leuzeę nazywają „buchu” – siła, lub „korzeń – siłacz” od dawien dawna wykorzystywany jest w tradycyjnej medycynie. Miejscowa ludność uważa, że leuzea „wyleczy z 14 chorób i doda sił człowiekowi do 100 lat życia”. Arabowie wykorzystywali roślinę dla zwiększenia aktywności seksualnej (haremy), siły i wytrzymałości oraz dobrego nastroju. Arabscy aptekarze rozprowadzający leczniczy surowiec stosowali go także jako zabezpieczenie przed licznymi epidemiami chorób.  Uczeni badający historię podbojów Dżyngis-chana są przekonani, że sukcesy swoje zawdzięcza on między innymi dwóm roślinom leuzei (lou-lu) i storczykowi plamiastemu. Bulwy storczyka zawierają krochmal więc zastępowały chleb i po dzień dzisiejszy są popularnym produktem żywnościowym w Turcji i Iranie. Sproszkowane korzenie i liście leuzei mieszane z bulwami służyły za pokarm wojownikom dodając siły, wytrzymałości i odwagi. Leuzeę dawano także wraz z pokarmem koniom które  zmuszane były do dużego wysiłku biegowego. Dzięki temu Mongołowie mogli szybko przemieszczać się konno siejąc postrach i zniszczenie na trasie swoich pochodów.

W końcu lat dwudziestych, dwudziestego wieku w ZSRR rozpoczęto pierwsze prace przy adaptacji leuzei do uprawy rolniczej. Wykorzystywano zieloną masę jako pokarm dla zwierząt hodowlanych wspomagający ich zdolności rozrodcze, oraz  rozpoczęto pierwsze badania farmakologiczne w naukowych instytutach. Pierwsze badania biochemiczne i kliniczne przeprowadzono w 1947r. Osiem lat później w aptekach pojawił się pierwszy preparat leczniczy w postaci nalewki z korzenia leuzei. Prawdziwa kariera leuzei rozpoczęła się 30 lat temu po odkryciu fitoecdysteroidów w roślinie. Tak naprawdę świat poznał znaczenie leuzei po Olimpiadzie w Seulu (1988) gdzie radzieccy sportowcy zdobyli większość medali (132). Preparat z drobno zmielonego korzenia leuzei pod nazwą ecdysten nazwano „tajną bronią Rosjan”.Po rozpadzie ZSRR i otwarciu granic, zaczęto na dużą skalę eksportować ecdysten do USA gdzie po raz pierwszy na świecie został wykorzystany jako dodatek do żywności w powszechnym użyciu. Rabunkowa eksploatacja plantacji leuzei spowodowała praktyczne wyniszczenie populacji tej rośliny w Rosji. Spowodowało to konieczność prowadzenia hodowli.

Leuzea jest zaliczana do kategorii rzadkich, endemicznych i zagrożonych wyginięciem roślin. W stanie naturalnym rośnie na polanach w subalpejskim pasie gór Ałtaju na Syberii, północnej Mongolii i wschodnim Kazachstanie. Leuzea jest rośliną wieloletnią; w naturalnych warunkach dorasta do 75 – 100 lat w hodowli do 15 lat. Kwitnie od trzeciego roku życia w lipcu i na początku sierpnia. Jak napisałam wcześniej, moja zakwitła w drugim roku od zakopania korzenia. Zdjęcia niestety pokazują oprócz rośliny, również chwasty. W związku z moją niesprawnością nie jestem w stanie oczyścić klombu i czekam na taką możliwość jak na zbawienie, bo chwasty niedługo zagłuszą mi moje ukochane kwiaty.

Ogólnie mówiąc, leuzea stosowana jest jako środek pobudzający i wzmacniający w zaburzeniach czynnościowych układu nerwowego, w stanach przemęczenia fizycznego i umysłowego. Jest używany również przy niemocy płciowej i w leczeniu alkoholizmu. Zaznaczam, że pomimo tak dobroczynnego działania korzenia i liści, nie jest wskazane samodzielne eksperymentowanie z nimi. Dawki ziela powinny być wywarzone i zażywane zgodnie ze wskazaniami specjalistów. Przedawkowanie może grozić nadciśnieniem tętniczym, zwolnieniem rytmu i zwiększeniem amplitudy pracy mięśnia sercowego

13:10, emka1216 , ogród
Link Komentarze (14) »
czwartek, 23 lipca 2009

Lubię takie starocie. Starocie?

 

wtorek, 21 lipca 2009

Mieczyk inaczej Gladiolus to roślina należąca do rodziny  kosaćcowatych. Ojczyzną  mieczyków jest południowa i centralna Afryka. Można je spotkać w stanie dzikim również w Europie i Azji. W Polsce występuje w stanie dzikim mieczyk błotny, dachówkowaty i drobnokwiatowy.   Rosną w pełnym słońcu, najlepiej w miejscu osłoniętym od wiatru. W związku z ich wysokością, wiatr może je połamać.  Chociaż w tym roku spróbowałam  i posadziłam je w zacienionym zakątku ogrodu i wyrosły i kwitną! Rozmnażają się przez bulwy.  Bulwy na zimę wykopujemy i przechowujemy je w suchym miejscy w temperaturze ok. 5 stopni.

Mieczyki, są stosowane przede wszystkim na kwiaty cięte, aby zachować jak najdłuższe kwitnienie kwiaty ścinamy w momencie, gdy zacznie się rozwijać pierwszy kwiat. W ten sposób  trwałość kwiatu przedłuży się nawet do 3 tygodni. Wysokie, bogato  ukwiecone łodygi mieczyków mieczyki przyciągają wzrok.

W rejonie Morza Śródziemnego i na znacznych obszarach Afryki oraz Azji Mniejszej rosną wzdłuż dróg, zwłaszcza na wilgotnych terenach. Kształt kwiatu jest dostosowany do ulewnych deszczów. Górny płatek niczym kaptur przeciwdeszczowy chroni słupek i pręcik - części kwiatu mające istotne znaczenie dla rozmnażania. Kwiat ten był popularny już w starożytności. Na ściennych malowidłach w Pompejach, widoczne są duże bukiety mieczyków  używanych dla dodania blasku przyjęciom.

Nazwa gladiola pochodzi od słowa gladius oznaczającego miecz. Nawiązuje do podłużnych, ostro zakończonych liści i płatków. Poza tym, zwycięskiemu gladiatorowi ofiarowywano piękną kompozycję kwiatową z gladioli. Powiedzenie "śmierć albo gladiola" było, w Rzymie, kierowane do osoby szykującej się do wykonania trudnego zadania, które może się źle skończyć. Mieczyk w języku kwiatów oznacza szczerość. Słowianie wierzyli, że mieczyk przyczepiony do ubrania zwiększa cierpliwość, odwagę, oraz otwartość w kontaktach międzyludzkich. Podobno pomagał również walczyć z rozrzutnością i sprzyjał w oszczędzaniu. Mieczyki są też wspaniałymi kosmetykami. Dzięki naparom, maseczkom z liści czy płatków mieczyka możemy pozbyć się podrażnień i odświeżyć zmęczoną, starą skórę. Zresztą już w XVI-XVII wieku mieczyki były uznawane za rośliny lecznicze, ich bulwy przykładano do ran, a zasuszone noszono jako talizmany.

W tym roku posadziłam więcej niż zwykle bulw. Odpłaciły mi się bogactwem barw cieszących oczy.



 

13:09, emka1216 , ogród
Link Komentarze (10) »
niedziela, 19 lipca 2009

Do notki tej sprowokował mnie komentarz ksanthos_trelos (w dowolnym tłumaczeniu szalony blondyn). Blog Ksanthos czytam regularnie z wielkim zainteresowaniem i chłonę z niego wiedzę, tak mi potrzebną przy urządzaniu mojego ogródka. Niestety wiedza, wiedzą, a przetransponowanie jej na moje poletko, sprawia mi nieco trudności. W sumie z braku czasu. Otóż opisał on,  w sposób jasny i zwięzły, zasadę dłuższego kwitnienia kwiatów: „Nadrzędnym celem każdej istoty na tej ziemi jest powielanie swoich kopii genów, co nieodłącznie wiąże się z rozmnażaniem generatywnym, czyli wydawaniem nasion. Jeśli usuniemy przekwitłe kwiatostany lub kwiaty, to zdecydowana większość roślin jednorocznych, bylin i niektórych krzewów (np. róże) usilnie będzie dążyć do zawiązania następnych nasion, co wiąże się z wcześniejszym ponownym kwitnieniem.”.

Zasadę tę po raz pierwszy poznałam jako nastolatka, kiedy pracowałam w ośrodku wypoczynkowym w Puszczy Nadnoteckiej, jako pomoc ogrodnika od klombów.  Nauczono mnie, że im bardziej róża będzie cięta, tym więcej wyda kwiatów.  Naśladowałam moją nauczycielkę, i cięła a cięłam. Róże odpłaciły się pięknymi bukietami. W trakcie praktycznego poznawania ogrodu, przekonałam się, że zasadę tę należy stosować do większości roślin kwitnących. Z tym, że sposób przycinania różni się w zależności od gatunku. Są rośliny, które wymagają niskiego cięcia, są takie co lubią tylko obrywanie przekwitłych kwiatów i są takie, które w ogóle nie lubią cięcia, a jeżeli już to tylko tzw. cięcie odmładzające.  Tak samo jest z krzewami. Cięcie jest pomocne w zagęszczaniu lub nadawaniu kształtów. Ale są takie, które najlepiej wyglądają rosnące swobodnie.  Ogólnie rzecz biorąc nie należy bać się cięcia i obrywania przekwitłych kwiatostanów. Kwiaty odwdzięczą się w dwójnasób. Chyba, że hodujemy je na nasiona.

Być może temat potraktowałam zbyt zwięźle,  ale zauważyłam wielokrotnie, że zasada cięcia nie trafia do wielu początkujących ogrodników.  Pamiętać jednak należy, że od każdej zasady są wyjątki (które ją potwierdzają!). Celowo też nie podałam nazw roślin, żeby nie wprowadzić zamieszania. Każdorazowo należy zapoznać się z metodą postępowania z konkretną rośliną, żeby nie skończyło się tak jak z azalią mojego znajomego, który wychodząc z założenia, że tnie się wszystko, ją też przyciął i dziwił się, że zmarniała. Rododendronowatych nie tniemy, ale obrywamy ich przekwitłe kwiaty i usuwamy chore pędy.

 

17:58, emka1216 , ogród
Link Komentarze (9) »
piątek, 17 lipca 2009

 

Ogród w lipcu to orgia zapachów. Upalny dzień niesie za sobą tysiące woni między innymi słodko korzenny zapach floksów, albo jak kto woli płomyków.  Floks inaczej zwany  Płomykiem,  jest byliną z rodziny wielosiłowatych. Naturalnie występuje w Ameryce Północnej. Ma od 50 do 120 cm wysokości i kwitnie od lipca do końca sierpnia. Dlatego obsadziłam floksami płot odgradzający warzywnik od ogrodu. Kwitnienie można wydłużyć (o czym dowiedziałam się całkiem niedawno)  przycinając w czerwcu wierzchołki pędów, co powoduje silne rozkrzewienie roślin oraz późniejsze kwitnienie.  Floksy wymagają gleby żyznej, próchniczej, głęboko uprawionej, ale przepuszczalnej, lekko kwaśnej oraz słonecznego i półcienistego stanowiska.  U mnie rosną w pełnym słońcu i dobrze się z tym czują.  Floksy rozmnaża się łatwo, przez podział. A, że rozrasta się bardzo szybko, w ciągu dwóch lat można zapełnić ogród pięknie pachnącymi wyspami kwiatów.  Moje floksy podzieliłam w zeszłym roku i pięknie rozrastają się w nowe kępy. Natomiast ta, którą wydawało mi się w sposób radykalny wytrzebiłam z klombu, zaczęła odrastać na nim większa niż w zeszłym roku. Floksy są długowieczne, gdy są odpowiednio nawożone, podlewane i wolne od chorób, mogą rosnąć w jednym miejscu nawet 10 lat. Floksy uprawia się ze względu na ich walory ozdobne i zapachowe. A co ciekawe kwiaty floksa wiechowatego (tego najbardziej popularnego) są jadalne i mają słodkawo-korzenny smak. Pamiętać należy, że smak kwiatów koresponduje z ich zapachem. Najlepiej sprawdzają się kwiaty dodane w umiarkowanych ilościach, w sumie dla smaku ale głównie dla ozdoby.

11:45, emka1216 , ogród
Link Komentarze (13) »
wtorek, 14 lipca 2009

Leżę sobie grzecznie w łóżeczku, bowiem wczorajsze pełzanie po ogrodzie w pogoni za motylami przypłaciłam porządnym bólem. Moja operowana w zeszły poniedziałek stopa powiedziała nie. Przyznam się, że oprócz pełzania uczyniłam również wczoraj szarlotkę. Ale nie taką zwykłą – ekoszarlotkę.  W związku z dużą ilością czasu nadrabiam zaległości książkowe. Do szpitala zabrałam „Dom nad rozlewiskiem”  Małgorzaty Kalicińskiej, a następnie w domu kontynuowałam lekturę „Powrotami nad rozlewiskiem” i „Miłością nad rozlewiskiem”. Polecam lektura dobra w trakcie choroby.  Przewertowałam niezbyt ciekawą biografię Janis  Joplin („Perła, obsesje i namiętności” Ellis Amburn), skupioną bardziej na pijackich i narkotykowych, oraz seksualnych ekscesach Joplin niż na niej samej. Aktualnie zabieram się za polecone mi przez Surfinię „Winnicę w Toskanii” w „Wzgórza Toskanii” Ferenca Máté, co do których czuję, że spasi mi.

Wracając jednak do ekoszarlotki, przepis wzięłam z „Miłości na rozlewiskiem”.  Do jej zrobienia nie trzeba mąki ani cukru. Należy zmieszać paczkę owsianych musli ze szklanką płatków owsianych i różnymi bakaliami. Zalać to wodą (nie powinna przykrywać mieszaniny) i zostawić, żeby dobrze nasiąkło.  Zetrzeć na tarce dużo jabłek (kwaskowatych), jak to jest napisane w książce, metodą „psa z budą”, tj razem ze skórką i ogryzkiem, jabłka dosmaczać czym się chce – cynamonem, wanilią, rodzynkami, płatkami migdałowymi,  anyżem, itp. albo niczym. Ja pomieszałam z cynamonem i rodzynkami. Wcześniej wszystkie płatki migdałowe wsypałam do mieszanki owsianej.  Pacię która powstała z płatków, musli i bakalii zmieszać z pół szklanki stopionego masła (to jedyny kaloryczny dodatek). Tak powstałą masę wykładać na blachę wysmarowaną i posypaną bułką tartą, albo wyścieloną papierem do pieczenia (ja użyłam papieru). Masa nie urośnie, więc nie należy bać się grubości. Na masę położyć jabłka i piec w dosyć chłodnym piekarniku godzinę lub więcej. Takie pieczenie wydobywa słodycz z jabłek. O tym chłodnym piekarniku było napisane w książce. Wczoraj sprawdziłam, że 170 stopni to za mało, musi być ok. 200. Całość trzymałam w piekarniku dosyć długo, w związku z pierwotnymi próbami temperaturowymi.  I nie wyciągałam placka od razu po wyłączeniu piekarnika. Pachniało bosko i smakuje też nieźle.

Szczęście Moje, wraz z Rezydentem zeżarli już połowę blachy. Szczęście określiło placek jako niezły „wycior”, czyli potrawę oczyszczającą jelita. I ma rację, ten placek to prawie sam błonnik. Ja wolę go soute, ale można podać z konfiturą. Na zdjęciu konfitura z agrestu, która akurat stała na kuchni, dodana dla urody zdjęcia.  Acha pomimo braku cukru, ciasto jest słodkie. Rzeczywiście, tak jak to było napisane w książce, długie pieczenie w niezbyt gorącym piekarniku wydobyło z kwaskowatych jabłek słodycz.

 Może nie wygląda żółto biszkoptowo, ale mimo to polecam. Pychotka.

poniedziałek, 13 lipca 2009


 

Jest lipiec to i wszystko kwitnie jak głupie. Wyczołgałam się dzisiaj do ogrodu i zauważyłam, że na całego kwitną krzaki oregano przyciągające wzrok swoimi niepozornymi pojedynczo, ale w kupie oszałamiającymi bukietami różowo-fioletowych kwiatów. Czas kwitnienia oregano jest czasem trzmieli i motyli, które upijają się jego nektarem i z lekka uwalone nie zwracają uwagi na kręcących się wokół ludzi. 

 Oregano inaczej lebiodka pospolita (wcale za taką pospolitą jej nie uważam),  rozmnaża  się z kłączy i należy do rodziny jasnowatych i występuje w Azji i w Europie. Jest ziołem  zawierającym szereg leczniczych substancji. Jest jednym z najdawniej znanych ziół leczniczych. Znał je  Hipokrates i Arystoteles. Ma działanie wykrztuśne, dezynfekujące, przeciwbiegunkowe, moczopędne, przeciwskurczowe, wiatropędne i odtruwające. Wywarem płucze się gardło i stosuje się go na trudno gojące się rany. Stosowane jest przy chorobach jelit, chorobie wrzodowej żołądka i dwunastnicy i niedoczynności wątroby.  Również jak wszystkim wiadomo jest popularną przyprawą.

 

 

 

 

 Charakterystyczną rzeczą są występujące na liściach drobne prześwitujące punkty – to gruczoły wytwarzające olejki eteryczne. Chyba właśnie do tych olejków wszystko co lata ciągnie, jak tylko robi się upał.  Dodatkowo należy wspomnieć, że nazwa oregano pochodzi z greki od słów „oros” – góra, „ganos” -  radość i można ją zinterpretować jako  „radość góry”, ale ja wolę „góra radości” dla wszelkich bzykaczy i nektar zbierających.

Kiedy zbliżam się do moich krzaków (które u mnie dorastają do ok. 1m wysokości), tworzących barwną plamę na płocie do warzywnika, zadziwia mnie zawsze zatrzęsienie siedzących na liściach i kwiatach, brzęczących, bzykających i inne różne dźwięki wydających,  dziwnych żyjątek, próbujących ze wspólnego stołu.  Czuję wtedy pełnię lata.

  

 

 

 

 

 

 

 

 I nie dziwię się,  że oregano krajach południa Europy jest uważane za symbol szczęścia!

 

16:24, emka1216 , ogród
Link Komentarze (8) »
piątek, 10 lipca 2009

Pobyt w szpitalu klinicznym w dużym polskim mieście wojewódzkim może nie spowodował diametralnej zmiany w spojrzeniu na naszą służbę zdrowia, ale jednak wskazówka drgnęła. Niestety in minus. Do tej pory stykałam się z bardzo dużą życzliwością i opieką ze strony tzw personelu medycznego. Bywałam w różnych szpitalach, w różnych okresach historii naszego kraju. W żadnym jednak z nich nie czułam się jak robal, który przeszkadza i którego jak najszybciej należy się pozbyć. Jestem po operacji wykonanej przez jednych z najlepszych fachowców. Zabieg jest wykonany prawidłowo i powoli dochodzę do siebie. Boli jak cholera, ale jak mnie uświadomiono musi boleć, bo jakby nie było zabiegi na stopie należą do chyba najbardziej bolesnych. Moje uwagi nie dotyczą więc fachowości zabiegu, ale sposobu traktowania pacjentów. Ja przebywałam tam trzy dni, więc właściwie mnie to nie dotyczy. Chociaż jakakolwiek próba dowiedzenia się o tym co mi podają, czy czemu ma to słuzyć, kwitowana była "lekarz tak zalecił". Jednak widziałam sześćdziesięcioletnią kobietę, cierpiącą po złamamniu kręgosłupa, błagającą o pomoc w zmianie położenia, bez echa, albo słyszącą odpowiedź "Pani jest za gruba, żeby ktokolwiek z nas nadwyrężał sobie kręgosłup, a duszą Panią te wielkie cycki, które sobie zahodowałaś". Widziałam osiemdziesięcioletnią zwijajacą się z bólu babcię, która przez pierwsze czterdzieści minut prosiła, żeby ktokolwiek się nią zainteresował, a potem drugie czterdzieści minut czekała na lekarstwo. Nie pomagały również nasze, t.j. współpacjentek interwencje. Nie chce mi się więcej opisywać. Dla mnie to ewidentna wina zarządzającego oddziałem. Już sam fakt, że przez te trzy doby obchód widziałam raz - poranny, o tym świadczy. Wieczornych obchodów nie stosowano. Personel był dobrze wyszkolony  i fachowy, ale pacjent w tym wszystkim, miałam wrażenie uczestniczył przy okazji. Może wiąże się to z ogólną mizerią w służbie zdrowia? W sali pooperacyjnej nie było klimatyzacji (może była nie stwierdziłam namacalnie), okna były więc otwarte na oścież. Co z zachowaniem sterylności? Oszczędność czy brak środków? Szczęście Moje, które próbowało porozmawiać z lekarzem o moim zabiegu usłyszało "Wszystko jest napisane na wypisie, może Pan poczytać".  Może ktoś mi wyjaśni o co w tym wszystkim chodzi i gdzie należy szukać aktualnie miejsca pacjenta na mapie służby zdrowia?

A tymczasem leżę sobie w domku zadbana przez Szczęście Moje i wiem, że za oknem kwitnie moja ukochana lawenda

 a pod różą wyleguje się staruszek Bulaj.

 I to mi w znacznym stopniu poprawia samopoczucie.

czwartek, 02 lipca 2009

 

Pozazdrościła  tytułu artyście. Pamiętacie wejście boczne do tajemniczego  ogrodu w kreacji zimowej? Oto ono w kresacji letniej: 

A za bramką to co lubię najbardziej (albo najbardziej midzy innymi):

nasturcja, taka płomienna,

 

czosnek, którego nektarem upajają się pszczoły,

no i lilie smolinosy.

20:56, emka1216 , ogród
Link Komentarze (17) »