Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
czwartek, 29 lipca 2010

Zmarła Kasia Sobczyk. Moje najwcześniejsze wspomnienia muzyczne wiążą się właśnie z jej piosenkami, a "Małego Księcia" mogłam jako kilkulatka słuchać na okrągło.

środa, 21 lipca 2010

No to wygrali, a że mieszkam niedaleko stadionu Lecha, słyszałam na własne uszy. Mówiąc szczerze ostatnie minuty dogrywki i karne własnymi oczami oglądałam i jednoznacznie stwierdzam, że Kotorowski bohaterem jest i kwitnienie mu się należy jak w pysk.

Hortensja ogrodowa (Hydrangea macrophylla) to krzew  z rodziny hortensjowatych. Naukowa nazwa hortensji - Hydrangea - pochodzi od kształtu owoców przypominających naczynie na wodę. Z greckiego: hydor - woda, aggeion - naczynie. Jej nazwę  łacińską można również  przetłumaczyć jako wodny krzew. Nieźle to  ją charakteryzuje, bowiem potrzebuje dużo wilgoci. Dlatego tez lubi miejsca cieniste i półcieniste.

Typowa forma pochodzi z wschodniej i południowej Azji (Chiny, Japonia, Korea, Indochiny). Uprawiana jest zarówno jako roślina ogrodowa, jak i doniczkowa. Jej rozłożyste pędy,  obsypane różnokolorowymi kwiatowymi kulami są niesamowita ozdobą ogrodów.

 Barwy zależą od odczynu gleby. Na glebach silnie zakwaszonych stają się niebieskie, na mniej kwaśnych - różowe lub czerwone.

Na kolor kwiatów można  wpłynąć, używając specjalnych preparatów np. siarczanu amonu lub siarczanu potasu,  wówczas otrzymamy kwiaty różowe, albo kwaśnych, aby otrzymać kwiaty niebieskie. Barwy nie zmieniają tylko odmiany kwitnące na biało. W moim ogrodzie większość hortensji jest białych, zielonkawych  i ecru z lekkimi akcentami różu.

Jakoś tak się złożyło i lubię.

Hortensje, pod względem kwitnienia,  dzieli się na dwie grupy - kwitnące na pędach zeszłorocznych oraz na kwitnące na pędach tegorocznych. Do pierwszej grupy zalicza się hortensje ogrodowe. Hortensje ogrodowe zawiązują pąki kwiatowe w drugiej połowie lata, a kwitną latem następnego roku. Często jednak nie zakwitają. Jedną z przyczyn może być przemarzanie wierzchołków lub całych pędów z zawiązanymi już pąkami kwiatowymi. Jeżeli chcemy by rośliny zakwitły musimy je zabezpieczyć przed przemarznięciem zimowym podsypując korą, torfem lub liśćmi na wysokość 20-30cm oraz okryć rośliny stroiszem.

Inną  przyczyną braku kwitnienia  hortensji ogrodowej może być też nieprawidłowe cięcie -  hortensja ogrodowa kwitnie na pędach zeszłorocznych. Jeżeli usuniemy zdrewniałe pędy z pąkami kwiatowymi - roślina nie zakwitnie.

Wyróżniamy zasadniczo  3 rodzaje hortensji: ogrodową, drzewiastą i pnącą. Są też  gatunki:  bukietowa i dębolistna, ale rzadsze.

Na wschodzie kraju (mróz!)  warto posadzić hortensję drzewiastą, która dorasta do 2 metrów i  kwitnie na pędach wiosennych, a więc wiosenne cięcie jest wskazane, najlepiej nad 4 oczkiem. Zazwyczaj ma kolor biały. Równie odporny na mróz jest pnący gatunek hortensji, dorasta do 20m. Najlepiej ją sadzić przy murkach i drzewach, których powierzchnia nie jest gładka. Moje prawie wszystkie drzewa mają taką towarzyszkę.

Ta nie wymaga cięcia.  

Hortensja zawiera hydranginę, alkaloid o działaniu moczopędnym i napotnym, wykorzystywany w medycynie dalekowschodniej (w śladowych ilościach, gdyż podawany w większych dawkach jest trucizną). Wyciągi wodno-alkoholowe niszczą drożdżaki chorobotwórcze, np. z rodzaju Candida. Hamują rozwój bakterii i  grzybów w przewodzie pokarmowym i w układzie moczowym. Łagodzą stan zapalny i objawy alergii.  

Z innych ciekawostek warto podać, że nazwa Hortensja wiąże się z legendą. Hortensja Barrét, była ponoć pierwszą kobietą, która wzięła udział w podróży dookoła świata (w męskim przebraniu pod nazwiskiem Jean Baré). Lekarz i botanik Philibert Commerson zatrudnił ją jako sługę na frachtowcu "L'Etoile". Na Thaiti została zdemaskowana, Pan Commerson zakochał się i nazwał jej imieniem,  piękny krzew będący przedmiotem niniejszej notki. 

Kolejna ciekawostką jest pochodzenie żeńskiego imienia Hortensja. Hortensius była nazwą starorzymskiego rodu Hortensjuszy. Imię Hortensja oznacza dziewczynę pochodzącą z tego rodu. Nazwa rodu wywodzona jest od łacińskiego słowa hortus, oznaczającego "ogród" (hortensius = ogrodnik).

Lubię te wyjątkowej urody kwiaty. Lubię przyglądać się niezliczonej ilości drobniutkich kwiatuszków tworzących bogate bukiety.  Zakwitają wtedy, kiedy większość kwiatów środka lata przekwita i kwitną do późnej jesieni. A zimą zostawiam zasuszone kule kwiatowe,

które zmrożone, lub przysypane śniegiem bajkowo wyglądają.

wtorek, 20 lipca 2010

Fragmenty ogrodu

na które w celu wyciszenia lubię się gapić.

A przy okazji gapienia, skonsumować kapkę piwa

w moim nowo nabytym karczmiaku.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Ta najchętniej zadziobałaby mnie za ingerencję w zycie rodzinne.

Ta łaskawie zezwalała na podglądactwo, ale cały czas chroniła maluchy swoim pierzastym ciałkiem.

Do tej nie zbliżyłam się za bardzo, miałam lekkiego stracha przed jej dziobem. Coś o tym wiem, bo kiedyś Pan Indor dziabnął mnie w tyłek i nie powiem, bolało.

niedziela, 18 lipca 2010
sobota, 17 lipca 2010

Nakarmiona doniesieniami o ulewnych deszczach na północy i zachodzie kraju, rozsiadłam się na tarasie miejskiego domu i rozpoczęłam wyczekiwanie. Mówi się, ze czekanie to najprzyjemniejsza część upragnionego efektu. Jak na razie kilkanaście razy spłynęłam kroplistym potem. Niebo jest ołowiane, podmuchy wiatru coraz słabsze, a temperatura przekracza 30 stopni.  Cebulki moich włosów grzęzną w bagnie słonych kropel, a kolejny prysznic w miejsce ochłodzenia powoduje następujące po sobie  fale gorąca, obejmujące moje jestestwo od końcówek paznokci u stóp po czubek głowy. A ja już sobie wyobrażałam, ze stanę  w strugach wody lejącej się z nieba  i nareszcie schłodzę wygrzane ciało… 

Stwierdzam, że w tym przypadku czekanie nie należy do najprzyjemniejszej części imprezy i nie jestem wcale oryginalna w tym, że marzę aby znów zobaczyć liście zroszone kroplami ożywczego deszczu.

piątek, 16 lipca 2010

Nazywam się Kamil, upał rozgrzewa mnie do rudości i mam za dużo łap.

czwartek, 15 lipca 2010

Podobno apogeum upału mamy za sobą. Jakoś nie chce mi się wierzyć. Spędzając upalne dni w  mieście, coraz bardziej doceniam moje wiejskie miejsce na ziemi. Oddech tak jest inny, i niebo,  i przestrzeń.  Dużo tam tego wszystkiego.  Późnym popołudniem zajęłam się przygotowaniem jutrzejszego obiadu, jako, że rekonwalescent, tenże obiad jutro wyda. W lodówce miałam kawałki szynki wieprzowej i pieczarki.

Skroiłam więc grzyby hodowlane na paseczki, z lekka udusiłam na patelni pod przykryciem, tak aby miękkości nabrały i sok puściły. Odłowiłam. W pozostałym na patelni płynie z oliwą zeszkliłam cebulę, którą również odłowiłam, a na patelnię wrzuciłam kawałki mięsa doprawione solą i pieprzem. Kiedy obsmażyłam je nieznacznie dla zamknięcia porów, co czyni mięso lepszym, wszystko wrzuciłam do garnka i  razem to sobie pyrkało. Osobno przygotowałam pomidory na patelni, którymi sos uzupełniłam. Pod koniec gotowania doprawiłam do smaku i rozprowadziłam zahartowaną gęstą śmietaną, a na końcu dla smaku i zapachu wrzuciłam dużo posiekanego kopru. Zamiast ziemniaków, przygotowałam kalafiora, który lepiej strawny  jest w czasie takich upałów. Rekonwalescent stwierdził, że w dniu jutrzejszym ugotuje makaron i w takiej postaci obiad wyda. Nie jest to zły pomysł. Mam nadzieję, że do jutra potrawa przegryzie się  i uwydatni  w pełni swój bukiet smakowy.

środa, 14 lipca 2010

Poranna  rosa zapowiada kolejny upalny dzień.

Tagi: rosa
08:10, emka1216 , pamiętnik
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 12 lipca 2010

Upalne dni nie służą owocom

i kwiatom.

sobota, 10 lipca 2010

Upalny dzisiaj dzień, chociaż nie apogeum jeszcze. Spędzam go przysypiając z lekka i książkę poczytując. Tato mój, który jest specjalista od chłodniku, stwierdził, że to jest w sam raz potrawa na dzisiaj. Potrzebne mu były: buraki, cebulka zielona, ogórki i koperek (to z ogródka) i jajka w liczbie ośmiu.

Poza tym kazał kupić kefir, śmietanę i cytryny  i zabrał się do roboty, mnie z kuchni wyganiając. Udało mi się jednak podpatrzeć go i kilka zdjęć zrobić. Najpierw dokładnie oczyścił buraczki i ich liście zostawiając tylko te młode i jędrne, twierdząc, że tajemnicą zasadniczą chłodniku jest dokładne oczyszczenie składników, żeby żaden obcy smak nie zakłócił jego pyszoty. Następnie skroił buraczki,

łodyżki i liście na drobne kawałeczki i obgotował wszystko razem ze szczyptą cukru i soli. Po odcedzeniu, wystawił do ostudzenia.

W czasie studzenia skroił zieloną cebulkę (z braku szczypiorku), ogórki i koperek. Kiedy buraki ostygły, wymieszał je z ośmioma dużymi opakowaniami zimnego kefiru (cztery porządne pęczku buraczków), jednym śmietany, dodał cebulkę zieloną, ogórki i wszystko dokładnie połączył. Wkroił do chłodnika jaja

a na samym końcu koperek. Ostrości nadał mu sok wyciśnięty z dwóch cytryn.  Powinien to włożyć do lodówki, żeby jeszcze bardziej chłodne się zrobiło, ale zanim to zrobiło wydzielił nam dwie miseczki, które ze smakiem zjedliśmy. Wyobrażam sobie jaki będzie za jakiś czas , kiedy przejdzie chłodem! Po raz kolejny stwierdzam, że to naprawdę jest super potrawa na ciepłe letnie dni.

czwartek, 08 lipca 2010

Jako, że rekonwalescenta mam w domu obiad specjalnie dla niego lekki i zdrowotnościowy. Po pierwsze bulion wołowy, na pięknym kawałku wołowiny zrobiony, skrojonej w mniejsze, a gotowany na świeżych warzywach wszelakich. Po przygotowaniu bulionu, mięso zostało wyciągnięte a do niego przygotowałam sos chrzanowy wg przepisu Ziemianina. Na odrobinie bulionu, lekko chrzan przesmażyłam, zaciągnęłam śmietaną, a na zakończenie doprawiłam go łyżeczką musztardy. W sosiku,  palce lizać, unurzałam mięsko, które podałam z młodymi ziemniaczkami i mizerią. Wcale, wcale było smaczne, nie powiem.

wtorek, 06 lipca 2010

Wykonałam własnie  olbrzymią pracę w postaci „zrobienia paznokci i pięt”! Zwykle robiła to za mnie Pani Iwona. Ostatnia jednak razą, pokazała mi elektryczny przyrząd do wycinania skórek, a właściwie ich piłowania. Pokazała mnie jak to się robi i od tego czasu mam niezwykle zadbane paznokcie u rąk, a to z powodu, że taki przyrząd dostałam dawno temu jako dodatek do jakiegoś zakupu (nie pamiętam jakiego). Paznokcie moje, u rąk wyglądają olśniewająco, pociągnięte bezbarwną, nabłyszczającą odżywką i czuję się,  w tym aspekcie, kobietą w 100000000000000itd%. Paznokciami nożnymi zajmie się jutro Pani Iwona, która ma lepszy wzrok i pewniejszą rękę. I jutro, w związku z tym,  dodatkowo poczuję się … damą?

 

A swoją drogą jak niewiele potrzeba do osiągnięcia zadowolenia wewnętrznego!

poniedziałek, 05 lipca 2010

Po całym dniu w mieście lepkim, wilgotnym i spoconym. Po staniu w korkach w samochodzie z zepsutą klimatyzacją, tęsknię do upalnego dnia spędzonego w cieniu mojej ukochanej robinii.

sobota, 03 lipca 2010

Robienie zdjęć w pełnym słońcu często jest ryzykowne.

Spłaszczony, albo zbyt kontrastowy obraz, który nie oddaje zwykle urody okoliczności, ale bije po oczach. Zaryzykowałam. Światło było bezlitosne. Chciałam oddać atmosferę upalnego dnia, podczas którego w ogrodzie trwa całodniowa sjesta, w trakcie której należy zastosować sjestę właściwą, czyli zalegnąć na godzinę w chłodnym pomieszczeniu w celu regeneracji sił. Sami oceńcie czy mi się udało. Dzisiejsza sobota była takim dniem, spędzonym pod naszą, jak twierdzi Pani Kasia ponad stuletnią robinią, której wszystkimi dostępnymi sposobami próbujemy przywrócić chęć życia. Powietrze drgało a obrazy miały kolor sepii.

Bzyki, których w tym roku jest wyjątkowo mało, próbowały każdego dostępnego wodopoju.

Owoce, jeszcze niedojrzałe, łakną wilgoci, żeby nasycić swoje wnętrze sokami.

A kwiaty przybierają kosmiczne kształty,

albo udają elegantkę z parasolką.