Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
wtorek, 31 lipca 2012
sobota, 28 lipca 2012

No tak, zamiast cieszyć się dniem wolnym, jako się należy ludowi pracującemu, siedzę od rana przy komputerze i walę w klawisze.  Lubię swoją pracę .... ale chyba coraz mniej! Wymaga zbyt dużej dawki samodyscypliny, a mnie się już nie chce. Wolałabym żeby ktoś za mnie myślał.  A ja poświęciłabym się ogrodowi i myślałabym jak by tu wzbogacać kolekcje kwiatów ot choćby jeżówek (echinacea),

o której szerzej pisałam TUTAJ.  Patrzyłabym  w niebo i zachwycała się mamami jaskółkami i ich maleństwami, które już się nauczyły latać.

Chodziłabym po lesie i przy okazji robienia zdjęć, 

wyszukiwałabym co ładniejsze oazy grzybów.

Oj rozmarzyłam się. A co nie wolno?:)

piątek, 27 lipca 2012

Siedzę na krzesełku w kuchni, właśnie zeszłam z tarasu, na którym zakończyłam dluuuugą lekturę sagi Martina  pt  „Gra o tron”, i spływam ciekłą solą. Właściwie to soli już we mnie nie zostało wiele, a płyny nie wiem skąd się biorą, choć wszelakość ich i ilości niezmierzone  chłonę jak gąbka.  Ale nie narzekam. Po raz, że żniwa mamy z Ziemianinem i słońce ma być. Po dwa, tak krótkie lato mamy w tym naszym umiarkowańcu, że trzeba cieszyć się każdą chwilą ciepełka, choć to ciepełko źle może na nas działać. Mnie ostatnio nie służy, ale może wiek nie ten, no i w pracy zamiast na urlopie.  Urlop urywam kawałkami. A to rodzina, a to przyjaciele objawiają się w naszych progach. Staram się dzielić swoją osobę, pomiędzy miasto i wieś, ale mam wrażenie, że trochę sił i brakuje. We wtorek na ten przykład przewędrowałam z gośćmi moimi kochanymi (pierwszy raz kuzynka z mężem i dziećmi objawili się u mnie), z jednego końca Poznania  na drugi.  Na ogrody, z ogrodów tramwajem na al. Marcinkowskiego. Potem cały Stary Rynek,

 

zamek Przemysła zwany gargamelem  itp. I koziołki,

i koncert organowy w Farze.

 Następnie do Katedry na Ostrów Tumski,

a stamtąd nad Maltę. Krótka przejażdżka Maltanką,

kolejką specjalną i dalej w nowym ZOO. A musicie wiedzieć, że poznańskie nowe Zoo, to ogród, w którym największe prawa mają zwierzaki. Przestrzenie więc im zafundowano takie, że człowiekowi dwa dni nie starczy, żeby je porządnie obejść.  Obejść to obejść, ale zobaczyć zwierzaka to jest sztuka! Przy czwartym zwierzątku (ok. 3km), stwierdziliśmy, że jednak wracamy i nawet dzieci nie chciały oglądać lwów.  Choć siły sześciolatka i ośmiolatki okazały się niespożyte,

my dorośli padaliśmy na pysk, a one zamiauczały i dalej do przodu. A przy wyjściu z Zoo był plac zabaw,

który nam dał wytchnienie, a im radość.  A całe te wojaże uskutecznialiśmy w pełnym słońcu i upale trzydziestostopniowym. Udało się nam  szczęśliwie z tego drugiego końca wrócić taksówką.  Jak wspomniałam wcześniej dorośli cierpieli, ale dzieci zabrały się za podlewanie ogrodu!  Radości było co nie miara. I wyobraźcie sobie, ja zwierzę samochodowe nie poczułam następnego dnia  nawet najmniejszego bólu! Czułam znużenie i owszem, ale o fizycznych dolegliwościach ni było mowy. A znużenie? No cóż… Wyrywałam te chwile z nawału zajęć, do których musiałam natychmiast po przyjemnościach jednodniowych wrócić. Chyba wezmę chorobowe na chroniczne zmęczenie!



poniedziałek, 16 lipca 2012
 

Jedna taka, Oksyd się nazywa, narzeka, że w jej życiu nic się nie dzieje, tylko tak normalnie, spokojnie i bez nerw. A ja bym tak chciała! I mnie się marzy... nie kurna chata, ale czas. Czas dla siebie, dla ogrodu - to właściwie jedno znaczy. Wiem, że jestem nudna, bo ciągle o tym samym, ale czas letni, już drugi rok, oznacza dla mnie zintensyfikowanie wysiłków. Nagromadzenie zadań i celów. A mnie się po prostu nie chce, ale muszę! Nastała teraz  pora pomidorowo-floksowa.

Chciałaby się posiedzieć w ogrodzie wieczorem powdychać lekko wytrawny zapach floksów, które czarują aromatem lata w pełni. Popodglądać rozkwitanie jeżówek. W jeżówkach (echinacea), jestem zakochana i moja kolekcja powiększa się z roku na rok. Kiedyś poświęciłam im jeden wpis, w tym roku po ich pełnym rozkwitnięciu (zdjęcia!), poświęcę na pewno drugi. Mam już pierwsze pomidorki, takie wczesne, bezwilkowe. Kto hoduje pomidory, wie o co chodzi. Są nieduże, ale smakują słońcem. Dzisiaj objawił mi się mały ogrodnik, który biega z konewką i bardzo stara się pomóc.

Chyba będzie z niego pociecha.

Dobrej nocy życzę.

środa, 11 lipca 2012

Cóż to jest 3D? Wg najkrótszych, nie wdających się w szczegóły  definicji,  udostępnionych przez babcię Wikipedię to: przestrzeń trójwymiarowa – potoczna nazwa przestrzeni euklidesowej o trzech wymiarach;  grafika trójwymiarowa – nazwa jednej z dziedzin grafiki komputerowej;  stereoskopia – technika oddająca wrażenie normalnego widzenia przestrzennego. Zwykle tak mniej więcej  o tym pojęciu myślałam. Do wczoraj. Otóż wczoraj zawierając w sklepie umowę kupna-sprzedaży, nabyłam papier toaletowy, na którym jak byk stoi napisane: "3D"!!! Po wejściu do domu natychmiast rozpakowałam opakowanie i z nabożeństwem zaczęłam  przyglądać  się rolce stworzonej z materiału: miękki papier, na której wytłoczono wzorki, oczekując bliżej nieokreślonych wrażeń. I nic! Pomyślałam, że jak długo będę się gapić to może osiągnę stan podobny do zabawy z obrazkami - mamidłami. I nic! Zaczęłam podejrzewać, że 3D to znaczy, że trzeba trzy razy podcierać i wtedy będzie efekt? Spraktykowałam. I nic! Ostatecznie naszła mnie myśl, że może każdy płatek przeznaczony jest do trzech d..p. Nie sprawdziłam jednak, czy faktycznie takie przeznaczenie stworzyłoby efekt trójwymiarowości  i nie mam zamiaru. Zastanawiam się czy nie zareklamować. Ostatecznie nawet nie z powodu jakości papieru, ale dlatego, że producent nie opisał jak należy traktować taki papier.   Czego to firmy nie zrobią dla przyciągnięcia uwagi klienta!

P.S. A że fuksje kwitną jak szalone, z fuksjowym pozdrowieniem życzę miłego dnia.

10:26, emka1216
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 09 lipca 2012

Przez całe moje świadome życie nie byłam w Ciechocinku, a przynajmniej nie pamiętam tego. W tym roku, na skutek różnych  splotów okoliczności,  nawiedziłam popularny niegdyś kurort, już drugi raz. Tym razem z Ziemianinem. W chwili wolnej uskuteczniliśmy niedługi, acz owocny spacer. Byliśmy w pijalni wód Krystynka

i zaczerpnęliśmy ze źródełka.

Tym razem skupiałam się na żałości z powodu podupadłości tego znanego kiedyś uzdrowiska, o którym przecież piosenki śpiewano.

Kiedy patrzyłam na pozostałości po dawnej świetności Ciechocinka, nie mogłam zrozumieć dlaczego i jak można było  dopuścić do takiego wyniszczenia tak pięknej substancji. Zresztą nie dotyczy to tylko tego miejsca. To problem ogólnopolski. W Ciechocinku się mówi, że jak konserwator zabytków za mocno naciska, to nagle wybucha pożar, który trawi niewygodny budynek.

Cóż drewno, szczególnie stare, nie jest odporne na żywioł. Drugim problemem są budynki odzyskane przez potomków niegdysiejszych właścicieli, którzy następnie nie mają na nie pomysłu i ... kasy.

Kiedy patrzy się na niszczejące zabytkowe tężnie, nóż się w kieszeni otwiera, który może jedynie poranić przez przypadek jego właściciela w miejsca intymne. Brak pomysłu i oczywiście brak, przywołanej wcześniej, kasy, stwarza barierę nie do pokonania. Która nie pozwala walczyć również z kiczem wszechpanującym.

Chociaż, jak ktoś z tuziemców mi zaszeptał, chyba kilka osób chce wyciągnąć to piękne miasteczko ze stagnacji. Życzę im powodzenia ze szczerego serca.

PS te widoczki, to wcale nie z obrzeży, to samo centrum!

piątek, 06 lipca 2012
środa, 04 lipca 2012

Dawno mnie tutaj nie było. Natłok obowiązków, gości co nie miara, spowodowały, ze siły nie miałam na zaglądanie do kompa. Przyjechała do mnie córka kuzyna z Kanady. Biegałam do pracy a potem z nią po Poznaniu. Zaczęłyśmy od Nocy Kupały, a potem różne takie inne. Prawdziwą przyjemność sprawił mi spacer po Starym Rynku. Uświadomiłam sobie , że tak dawno nie łaziłam po mieście, że prawie zapomniałam jaki jest piękny. Zaczęłam się zastanawiać gonitwą opanowującą moje życie, pozbawiająca mnie tak normalnych przyjemności jaką jest zwykły spacer. Stwierdziłam, ze powoli tracę umiejętności pisania o sprawach innych niż zawodowe i ... co najgorsze zapominam o moim aparacie. na Rynku było gwarno i kolorowo. Fontanny popryskiwały wodą,

a młoda para spacerowała z fotografem wśród malowniczych kamieniczek.

Znalazłam się w innym świecie, radosnym, przyjaznym, nie obciążonym terminami i zobowiązaniami. Nawet huk lecącego nisko samolotu, z uwagi na niski pułap chmur, nie zakłócił mojego dobrego nastroju.

P.S. Na zakończenie - przy domu śpiewają mi ptaszęta. Bardzo głośno, co mi nie przeszkadza. Ostatnio Ziemianin mi oznajmił, że to słowiki. Popatrzyłam na drzewo i pomyślałam, że wypasiony ten słowik, no i ... na brzozie w dzień!? Poleciałam po aparat i udokumentowałam rozdziawiony pomarańczowy dziób czarnego "słowika"! ;)))

niedziela, 01 lipca 2012