Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
sobota, 28 sierpnia 2010

Jednym z moich ulubionych wijców i to zarówno ze względu na kwiaty, jak i owoce, jest wiciokrzew.

Wiciokrzew (lonicera), inaczej suchodrzew to wieloletnia roślina należąca do rodziny przewiertniowatych. Formy zielne i pnące nazywane są wiciokrzewami, natomiast formy zdrewniałe suchodrzewami. Jest rośliną półkuli północnej i liczy ok. 180 gatunków. W zależności od gatunku kwitnie od maja do października. Po raz pierwszy zakwita po 2-4 lat od posadzenia. Najlepszym miejscem dla wiciokrzewu jest miejsce w pełnym słońcu.

Kwitnie wtedy obficie, a kwiaty wybarwiają się pięknymi kolorami. Niestety  ma jedna wadę. Jest jedną z ulubionych roślin mszyc, szczególnie jak rośnie w piełnym słońcu.  Wiciokrzewy w ogrodzie moich rodziców już przed kwitnieniem oblepione są czarną warstwą. Jeżeli  się ich nie pryska, zasychają i płyną lepką spadzią. W moim ogrodzie wiejskim, mają się lepiej pod tym względem.

Posadziłam je przy iglakach, traktując drzewa jako naturalne podpory, dzięki temu nie są to miejsca w pełni nasłonecznione. Mszyc jest mało, ale kwitną też mniej obficie.

Pod koniec kwitnienia zaprzestaję zwykle obrywania przekwitłych kwiatów. Owoce wiciokrzewu są piekną jego ozdobą i stanowią barwne plamy na tle zieleni, no i stanowią naturalną ptasią stołówkę.

Wiciokrzewy osiągają, wysokość około 3-8 metrów, przy rocznym wzroście 0,5 do 2 metrów. Mało cięte kwitną najobficiej. Wszystko więc zalezy od celu. Jeżeli chcemy je uformować, to przez pierwsze trzy lata przycinamy, jeżeli zależy nam na kwiatach, obywamy się bez cięcia, ale ogólnie wyglądają wtedy gorzej, nie są zwarte i rozłażą się po podporach. Wiciokrzew ma jeszcze jedną cechę, o której zapomniałam wspomnieć. Pachnie. I to jak!

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Długo się wahałam, jednak skorzystałam, że wskazówek zamieszczonych pod poprzednią notką przez George_eliot, która odesłała mnie do rosyjskiej stronki o adżyce. Przyznam się, że przepisy zafascynowały mnie, a tłumaczenie Google, podobnie jak Felixianę, rozbawiło. Trochę posiadam języka rosyjskiego, udało mnie się więc odczytać przepisy dokładnie. Postanowiłam zrobić lekka wariację na temat adżyki. Tylko ostra papryka i czosnek, wydawał mi się przepisem nieco, właściwie bardzo diabelskim. Ale, że Ziemianin lubi ostro, postanowiłam zrobić mu przyjemność. Poza tym kiedy włóczę się w mieście po rynku, kolory i zapachy powalają. Lato mamy tego roku bujne i obfite we wszelakiego rodzaju warzywa, które kusza i wabią.

Zakupiłam zatem po pół kilo ostrej papryki, słodkiej papryki, czosnku i chrzanu. Dodatkowo ziarna kopru i kolendry (½ szklanki mieszanki).

Sól morską (1/3 szklanki) miałam w domu. Poza tym dziesięć par rękawiczek, niezbędnych przy tego rodzaju pracy. W trakcie zużyłam pięć par.

Wymuszone przerwy, a obranie powyższych składników trochę trwało, powodowały konieczność ich zdejmowania. Czosnek obrałam bez rewelacji.

Felixiano!!!! Podobno dzięki mnie nabyłaś przyrząd do szybkiego obierania czosnku. Jak to się stało, że ja takiego nie mam?!!!!! Przy papryczce pomimo rękawiczek, popłakałam się, rozkichałam i rozkaszlałam. Ale udało mi się przeżyć!

Do pasty dodałam również dwa kilo pomidorów. Tylko z tego powodu, że miksowanie na sucho groziło zatarciem silnika. Jeszcze jedno, mam nowy sposób, nie odparowuję pomidorów. Po zmiksowaniu, odstawiam je w garnku. Miąższ, o dziwo lżejszy od wody, wypływa na wierzch, zbieram delikatnie z góry i w ten sposób ratuję wartości odżywcze kochanych czerwonych słoneczek. Przy miksowaniu wszystkich składników, oraz nalewaniu do słoiczków, również miałam na sobie rękawiczki.

Same opary mikstury, spowodowały lekki rumień. Przeżyłam jednak i jestem teraz posiadaczką szesnastu małych i trzech dużych słoiczków czegoś, czego nigdy nie ruszę. Nie lubię nadmiernie ostrych potraw!

 

sobota, 21 sierpnia 2010

Aniu, bardzo przepraszam, że nie dałam Ci przepisu, kiedy gościłaś u nas. Mam nadzieję zaniedługo również Cię zobaczyć w naszej wsi, najprawdopodobniej w lepszych okolicznościach (przynajmiej dla mnie), ale czas ten może być zbyt odległy, żeby wykorzystać dojrzałe pomidory. Oto przepis na adżykę. Pierwszy i jak na razie ostatni raz,  w oryginale zetknęłam się z nią podczas wspólnej, mojej i mojej przyjaciółki Hani, podróży do Abchazji. Sprzedawano ją tam w słoiczkach nagminnie i nachalnie.  Szukałam jej potem w sklepach polskich i niestety, pomimo kapitalistycznego podejścia do klienta, nie znalazłam. Kilka lat temu  rosyjska księżniczka (autentyczna) zamieszkująca w Opalenicy w województwie wielkopolskim zapisała mi na karteczce (wraz z przepisami ciasteczek dla psów, których nigdy nie zrobiłam) przepis na oryginalną adżykę. Jak zaznaczyła, nasze pomidory trzeba odparować z nadmiaru wody, niestety klimat nie ten, i zawartość wody w pomidorze za duża. Odparowuję więc i produkuję adżykę z uwielbieniem.  Owszem można kupić różnorakie ostre lub mniej ostre pasty na bazie pomidorów,  ale ta zrobiona w domu naprawdę przebija wszystkie kupne. Oto przepis: 5kg pomidorów, i po 20 dkg czosnku, chrzanu, ostrej papryczki i normalnej papryki. Zemleć wszystko. Wrzucić do słoików i pasteryzować 10-20 minut. Mając na uwadze zawartość wody w naszych pomidorach, ja odparowują ją, dorzucam rozdrobnioną resztę, zagotowuję i zamykam w słoikach, a następnie odwracam denkiem w dół.

 Postać w momencie wlewania do słoiczków ma półpłynną. Potem zimie jest doskonałym dodatkiem i do kanapek i do zup, i do sosów itp.  A jutro na własne życzenie zamknę w słoiczkach, w proporcji podane powyżej, mielonkę z czosnku, chrzanu, czuszki i papryki normalnej z odrobiną pomidora. Ciekawe kto to zje?

środa, 18 sierpnia 2010

Cóż można napisać o naleśnikach nowego? Niewiele, albo nic. Wszyscy, którzy o nich pisali wyczerpali temat do cna. Nie znaczy to, że na temat tych złocistych, pachnących placuszków składających się z mąki, mleka, wody, jajka i szczypty soli, należy milczeć.

Po raz kolejny, naleśniki nadziewane serkiem pomieszanym z malinami i polane serkiem waniliowym, spełniły swoją funkcję: nadały koloru szaremu i zaopatrzonemu w ołowiane niebo, sennemu popołudniu. MNIAM

 

sobota, 14 sierpnia 2010
wtorek, 10 sierpnia 2010

Kiedyś przeczytałam w jakimś czasopiśmie o zbawczej roli oliwy. Roli, szeroko rozumianej. Zapadła mi w pamięc fraza dotycząca skóry i kąpieli.

Hinduski ponoć najsampierw smarują ciało oliwą a potem się kąpią z użyciem detergentów. I nie muszą używać żadnych balsamów potem, które natłuszczają skórę i zniechęcają osobnika płci męskiej. Zniechęcają do wytłuszczonego wyjątkowymi pachnidłami, pachnącymi i tłustymi. Sprawdziłam. Działa. Skóra jest gładka i aksamitna a nie ma na jej powierzchni grama tłustości. Podobno najlepszy jest olej sezamowy. Kiedy jednak raz go użyłam, usłyszałam, że w chałupie jest jak na bazarze tureckim.

Podczas więc obecności Ziemianina używam oliwy z oliwek. Działa również bez pudła.

Pozdrawiam kobiecym howgh i polecam kilka wzorów firanek na sierpień.

niedziela, 08 sierpnia 2010

Trytoma groniasta (Kniphofia uvaria), popularnie zwana płonącą pochodnią to wieloletnia bylina z rodziny liliowatych. Wysokie (90-120cm) pędy kwitostanów zakończone rurkowatymi, żółtoczerwonymi kwiatami zebranymi w kłosy rzeczywiście wyglądają jak pochodnie.

Można sadzić ją pojedyńczo lub w grupach. Kwiatostany można ciąć i wspaniale wyglądają w kompozycjach kwiatowych. Kwitnie od czerwca do października. To znaczy, w przypadku rośliny dojrzałej, kolejne pochodnie zaczynają kwitnienie w trakcie przekwitania już kwitnących.

Są również odmiany o innych kolorach., np. ‘Royal Standard’ ma żółto-szkarłatne; ‘Little Maid’ i ‘Vanilla’ – kremowe; ‘Limelight’ i ‘Shining Sceptre’ –żółte, ‘Nancy Red’ –czerwone, ‘Alcazar’ – czerwonopomarańczowe, ‘Flamenco’ – mieszane: czerwone, pomarańczowe i żółte.

 Wymaga słonecznego stanowiska. Jest rośliną długowieczną, może więc długo pozostawać na jednym miejscu. Wbrew zapewnieniom sprzedawców nie jest całkowicie odporna na mróz. Przynajmniej nie zawsze. W ogrodzie moich rodziców, zasadzona trzy lata temu sadzonka nie jest zabezpieczana, mimo to kwitnie i to coraz obficiej, co widać na zdjęciach.

W moim wiejskim ogrodzie nie przetrzymują zimy. Może jak w tym roku zakupię kolejne sadzonki i przykryję je na zimę, będę się szczycić trytomą w przyszłym roku? Podobno, jak wyczytałam, liście związuje się niezbyt ścisło i obsypuje na wysokość około 30 cm warstwą suchych liści, aby chronić mięsiste korzenie i środek rozety. Spróbuję, do odważnych świat należy!

 

środa, 04 sierpnia 2010
niedziela, 01 sierpnia 2010

Adobe Photoshop, w ramach promocji nowego programu, umożliwił ściągnięcie darmowej, miesięcznej wersji próbnej. Trochę się nia pobawiłam i stwierdziłam, że wszystko można przekłamać za pomocą stosownych narzędzi, a oto jest jeden z efektów zabawy.

To jest róża pnąca, zasadzona jeszcze przez moją mamę w roku bodajże 1988(87). W trakcie zdobywania wiedzy na temat szeroko pojętego ogrodnictwa, przez przypadek, a może celowo trafiła do ogrodów ówczesnej Akademii Rolniczej (aktualnie Uniwersytetu Przyrodniczego) w Poznaniu, położonych tuż przy ogrodzie botanicznym. Tam poznała Stanisława Żyłę, znanego hodowcę róż, twórcę między innymi takich odmian jak „Prof. Oszkinis”, „Hanka”, , „Venrosa”, „Junior”. „Veneda”, „Jarocin”, „Merkury2000”, „Św. Tereska” no i najbardziej znany „Fryderyk Chopin”. Różę widoczną na zdjęciu mam dostała od Stanisława Żyły. Mówi się, że jego róże żyją w nieskończoność. Coś w tym jest, ta ma 22 albo 23 lata i cały czas kwitnie i rośnie. Podobno pnące tak długo nie żyją.