Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
środa, 29 września 2010

I co ja mam zrobić?

Które zostawić w oborze? Którego zabrać do domu, a może które?

Nie umiem wybrać.

niedziela, 26 września 2010

Lubię od czasu do czasu poszaleć na stole kolorowo i nie za bardzo się przy tym napracować.  Przewidując dużą ilość gości imieninowych, zadbać trzeba było o jakieś nieduże przekąski. Jako, że serem ziemiański dom słynie, postanowiłam utoczyć sprawdzone kuleczki, które smakowo można komponować w sposób dowolny, zależnie od widzimisię i posiadanych zasobów.  W zeszłym roku kuleczki były na słodko i kokosowo  i wg innego przepisu czynione. W tym, postanowiłam wykorzystać zioła z ogródka. Wymieszałam trzy rodzaje sera, twaróg, starty żółty i topiony – na oko, żeby masa była  zwarta,  podzieliłam na dwie porcje. Jedną doprawiłam mieszanką świeżych ziół  z przewagą bazylii, drugą z przewagą mięty. Po uformowaniu niedużych kulek, miętowe obtoczyłam w zmiażdżonych na grubo orzechach laskowych, bazyliowe w słodkiej papryce. Całość na sałacie zielonej, ozdobiona winogronami „wprostześciany”  i malinami „prostozkrzaka”, wyglądała bardzo apetycznie i stołowi nadawała temperamentu. Tym razem zrezygnowałam z czosnku. Pomyślałam, że pomimo, że czosnek lubimy i być może nadałby kulkom ostrości, zbyt wiele potraw (a potraw było dużo)  o tej samej nucie smakowej, to lekka przesada.

Zaletą kuleczek jest błyskawiczne wykonanie i niewątpliwie atrakcyjnie kolorowy wygląd.

środa, 22 września 2010

Zainspirowana notką Georg Eliot  sukienką Marylin Monroe, przypomniałam sobie, że podobną kieckę nosiła kiedyś na scenie Marlena Dietrich, podobną, niby bardziej skromną, ale moim skromnym zdaniem bardziej prowokującą. W końcu znalazłam odpowiedni filmik. Oto i on.

 

Ot i naszło mnie dzisiaj na starocie!

niedziela, 19 września 2010

No tośmy uczcili. Ustanowiliśmy  z Ziemianinem taką świecką tradycję (nie mylić z imieniem z „Misia”), że raz do roku na przełomie września i października zapraszamy przyjaciół na nasze wspólne imieniny. Jest to dzień, w którym przez dom od rana do wieczora przewijają się goście. Staramy się zwykle utrafić z pogodą tak, by również posiedzieć  w ogrodzie. W tym roku niestety słońca nie zamówiliśmy skutecznie, co spowodowało, że całość imprezy odbyła się w domu. Dzień poimieninowy spokojny ze wskazaniem na zdrowotnościowy. Goście do lasu pojechali, grzybów nazbierali, których w tym roku zatrzęsienie, a w lesie uważać trzeba, żeby nie deptać apetycznych łebków.

Jak napisałam w jednym z komentarzy, maślaki zaczęliśmy omijać lukiem, jako że rydzów i innych specyjałów jest nadmiar.

 Szczególnie ucieszyła się Felixiana, która to na Śląsku o lasach naszych wielkopolskich może tylko pomarzyć. Radość Feli ze zbiorów  była wielka  i wszystkie wolne ręce zostały rzucone do pomocy w obieraniu.

Zabierze  ona ze sobą trochę maślaczków, rydzy i czarnych łebków, przeplatanych prawdziwkami. Smacznego i na zdrowie.

Zwierzaki nudzące się same w ogrodzie, bardzo były zadowolone z towarzystwa grzybiarzy, którzy przy stole debatowali nad wyższością świąt …

Grom, koń który mówi, chodził za nami jak psiak i domagał się pieszczot, a Maks próbował zaprzyjaźnić się z Gromem, który raczej chęci większej do tego nie przejawiał, co nie przeszkadzało Maksowi obszczekiwać go.

Ogólnie rzecz biorąc dzień spokojny i pełen relaksu i oby takich więcej. Może by tak jakiś urlop?

środa, 15 września 2010

I pchły na noc, a karaluchy pod poduchy

poniedziałek, 13 września 2010

Wywołana do tablicy przez Babcię bez mohera, wymieniam poniżej kilka rzeczy, które lubię. Lista ta  nie wyczerpuje  pełnego katalogu i jest zbiorem przypadkowym.. Ale słowo się rzekło, zaczynam więc:

Lubię wieczory w moim ogrodzie (bez względu na pogodę, chyba, że pada – masochistką nie jestem), przesycone zapachami ziemi i ciszą; lubię przytulać się do  Ziemianina i jadać z nim posiłki; mam bzika na punkcie inwentarza żywego zamieszkującego wiejski dom, osobno uwielbiam koty; lubię budzić się ze świadomością, że jeszcze nie muszę wstawać; lubię czytać, zresztą to czynność od której jestem uzależniona; lubię przestrzeń i wiatr a także czekoladę z orzechami; lubię słońce Afryki w lutym; lubię się śmiać i objadać ciastka i cukierki naokoło, metodą opisaną przez Ladydrzwi; lubię swoją pracę i bycie kobietą domową; a tak w ogóle, to ja  lubię swoje życie.

Zapraszam przy okazji do lektury kilku blogów, które odwiedzam regularnie, jeżeli nie komentując, to na pewno poczytując z wielkim zainteresowaniem.  A są to otulający jazzowo Poszłabymzatobą; uczące wrażliwości Życiem po łapkach, Lo-ko i Myśli splątane, wyszeptane; oddający krakowskie klimaty Pl Kraków; zmuszający do myślenia Świat wg brunetki; wspomniana wyżej Ladydrzwi; rozwijające wyobraźnię Czarny kwadrat i Erotyczny pasjans i blog Barey'i; Mamamarzynia wraz z jej wszystkimi blogami; pamiętnikarski Wilderose. Tak szczerze mówiąc mogłabym wymieniać i wymieniać i to nie tylko te do których linki mam na stronie.  A ten grzybek czerwony  to dlatego, żeby tak słodko nie było.

21:39, emka1216
Link Komentarze (16) »
wtorek, 07 września 2010

Pomimo ponurej i słotnej aury, miejski ogród wygląda kolorowo, dzięki cyniom, którym niestraszne deszcze, wiatry i zimne noce.

Cynia (Zinnia), zwana także jakobinką, to roślina należący do rodziny astrowatych. Jej nazwa została zaczerpnięta od nazwiska profesora medycyny Johanna Gottfrieda Zinna, który był zapalonym botanikiem i dla uhonorowania jego zasług dla botaniki nazwano właśnie cynie otrzymały nazwę pochodzącą od jego nazwiska. Należy do niego około 12 gatunków pochodzących z południowej części Ameryki Północnej, Ameryki Środkowej i Południowej. Najokazalsza jest cynia wytworna (Zinnia elegans).Faktycznie należy do flory meksykaskiej. Niektóre gatunki są uprawiane jako ogrodowe rośliny ozdobne. Uprawia się również wyhodowane przez ogrodników mieszańce różnych gatunków określone wspólną nazwą jako cynia ogrodowa. W Polsce uprawia się głównie gatunki jednoroczne.

Właśnie jednoroczne zakwitły w miejskim ogrodzie. Nasiona z dobrego źródła, bo od rodziny spod Gorlic, wysiane bezpośrednio do gruntu wydały piękne kwiaty. Istnieją też gatunki wieloletnie cynia wielkokwiatowa i są w pełni mrozoodporne. Do obfitego kwitnienia wymagają dużo słońca. Dobrze znosi przesadzanie. Doskonale prezentuje się w wazonie, w którym zachowuje świeżość przez ok. dwa tygodnie.

Patrzę na kolorowe kwiaty cynii i tęsknię za letnimi ciepłymi wieczorami, dniami wypełnionymi słońcem.

Tagi: cynie
21:56, emka1216 , ogród
Link Komentarze (15) »
czwartek, 02 września 2010

Od kiedy wyprowadziłem się z dużego miasta przestałem lubić ludzi. Każdy wyjazd do kamiennej pustyni przepłacam stresem. Wydawało mi się, że mury chcą się na mnie zwalić, drażni mnie smród i hałas samochodów oraz tłok. Pędzący nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co ludzie, ocierający się jeno, bez uśmiechu na twarzy, z poszarzałymi oczyma, zaciętymi ustami. Widzę w nich agresję, dotyczy to młodego pokolenia, nie daj Boże takiego trącić niechcący, można w twarz zarobić, grubym słowem być obrzuconym. Dlaczego tak? Trzydzieści lat minęło od chwili gdyśmy zjednoczeni zaprotestowali, ja w każdym razie protestowałem, za co zapłaciłem chwilę później utratą pracy, przeciw właśnie bezdusznemu systemowi. Wydawało się nam, że odtąd człek człekowi bratem. No i czegośmy się doczekali, najbardziej drapieżnej formy młodego kapitalizmu. Ideały poszły w kąt, pozostał jeno błysk mamony. Ten się liczy, ten wyżej w hierarchii stoi kto ma więcej, tego dzieci do lepszych szkół pójdą, języki poznają, biedakowi zaś wiatr w oczy. Wiem, wiem, po francuskiej rewolucji równość i braterstwo też tylko na sztandarach została. Ale czy naprawdę tak być musi? Ja na swojej wsi bez patrzenia na wdzięczność staram się tym, którzy mają gorzej ode mnie pomagać. Oczywiście nic za darmo, uczę ich na nowo porządnej pracy. Taka orka na popegerowskim ugorze. W związku z tym kocham braci mniejszych, one oddają uczucia bezinteresownie. Cielaczek Śmigus, bo się w Wielkanoc rodził cieszy się gdy do niego idę, liże szorstkim językiem, Saura, klaczka przybiega i buzi daje,

też widziałem jak na świat przychodziła, Bastion od źrebaka hodowany,

do wczoraj ogierek, który po schodach do domu włazi, koza Pela przybiega i pieszczot się domaga.

Do tego stado psów, znajd przez los pokrzywdzonych. Hera w lesie znaleziona w uścisku pętli samozaciskowej,

pętająca się przy drodze Babcia,

kundel z wiecznie zdziwionym pyskiem. Bulaj - staruszek  geriavitem podtrzymywany w formie.

Kora i Maks  dwa potwory.

One krzywdy nikomu nie zrobią, jeno pohałasują sobie od czasu do czasu.  Dlatego wolę je od ludzi, tych co przejęli cechy najgorszych drapieżników, w przyrodzie niespotykanych.