Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
niedziela, 24 października 2010

Trudno mi wybrać  tylko kilka utworów. Wszystko zależy od etapu życia i emocji jakie mną w danym okresie miotały. Muzyka towarzyszyła mi całe życie. Pomimo tego, że  mam pierwszy stopień umuzykalnienia, wiem kiedy grają a kiedy przestają, i jak mawia Ziemianin - na życie to nawet murmurando nie zarobię.  Od najmłodszych lat, wbrew właściwościom osobniczym, próbowałam zmusić rodziców, właściwie oceniających moje uwarunkowania,  do kupna różnego rodzaju instrumentów.  Złamali się przy kupnie cymbałków, chyba potrzebne były do szkoły, i potem bardzo tego żałowali.  W wieku nastu lat, bratu mojemu zakomunikowałam, że ja będę grała na gitarze. Popatrzył na mnie i powiedział: „siostra, jeżeli obiecasz, że to nie jest słomiany zapał, załatwię Ci gitarę”. Obiecałam. Dostałam od niego, a właściwie od jego kolegi,  całkiem zgrabny instrument, na którym przez następne pół roku próbowałam się nauczyć grania kilku akordów i łączenia ich. Z przykrością stwierdzam, że doszłam do dwóch akordów, bez łączenia. Ja wiem małpę da się nauczyć, ale jest jeden warunek, musi być muzykalna! Ja, co na początku przyznałam, nie jestem. O dziwo ta przypadłość nie przeszkadza mi w łatwości uczenia się języków obcych – którą to zdolność, trochę zmarnowałam i w tańcu, który kocham i tańczę całkiem nieźle. Ktoś stwierdził, że jest to kwestia wyczucia rytmu, niekoniecznie melodii. Jak go zwał tak go zwał, tańczyć potrafię.

Odkąd pamiętam, muzyka gościła w moim domu. Może nie ta ambitna, ale w atmosferze muzyki tzw  rozrywkowej lat 60-70, wyrosłam. Mam w końcu dwóch starszych (8 i 9 lat) braci). Pamiętam jak siadali w oknie wypinając torsy, a w tle grał adapter. Przystojni byli i zwracali uwagę każdej przechodzącej dziewczyny. Szczególnie z tego okresu  utkwiły mi w pamięci płyty zespołu Blackout, późniejszych Brekout,ów i  nieśmiertelna „Anna”  i legendarny song „Kiedy byłem małym chłopcem”. Rodzice w tym czasie słuchali Koterbskiej i Młynarskiego. Moimi faworytami spośród ich utworów były „Augustowskie noce”, Polska miłość” i „Żniwna dziewczyna”.  Zresztą teksty Młynarskiego znam do dziś na pamięć.

Potem sama zaczęłam dorastać, no i zaczęłam się zakochiwać. W trakcie towarzyszyły mi niezapomniana Roberta Flack i „Killing Me Softly With His Song”, Leo Soyer z „When I need you”.  Zresztą sentymenty muzyczne związane z zawirowaniami uczuciowymi pozostały mi do tej pory. Takie kawałaki jak "Take my breath away"  grupy Berlin,  „Love letters” Prestley’a, „You are so beatiful” w wykonaniu Cocera, "Trudno tak" duetu Krawczyk- Bartosiewicz,  zawsze będą dla mnie miały wartość sentymentalną.   

W liceum Cohen ( " Hey, That's No Way to Say Goodbye" potrafiłam słuchać godzinami a Zuzannę i po polsku i po angielsku rezytowałam o każdej porze dnia i nocy) i jego tłumaczenia Zembatego. Na studiach zakochałam się w musicalach -  „Hair”       

    

"Kabaret”, "All that jazz” i zaczęłam dojrzewać jazzowo.  Jazz to dla mnie była, po pierwsze klasyka – dixie, swing, po drugie ciekawostki np. „Warsaw stompers” przerabiający polski folk na jazz no i mistrzowie trąbki i saksofonu.

 

Blues zaczął być mi szczególnie bliski i  ważny.

Następnym schodkiem do dojrzałości muzycznej była przyjaźń z człowiekiem niezwykle wykształconym i wyrafinowanym muzycznie. Nauczyłam się słuchać muzyki klasycznej i rozpływać przy dźwięku skrzypiec. Stałam się pilnym słuchaczem Konkursów Wieniawskiego.  Lalo powalił mnie na kolana.

Celowo nie piszę o tych kamieniach milowych muzyki rockowej, które przełamały bariery i zmieniały kierunek w muzyce. Nie piszę o bardzo ważnych dla mnie Beatles’ach, Qeen’ach, Foyd”ach,  Zepellin’ach, Stons’ach, Dire Straits, Scorpions’ach  itp. O nich napisali inni i nie mogłabym niczego na ich temat nowego powiedzieć, oprócz tego, że kształtowali moje gusta muzyczne.

A w ogóle bardzo trudno jest mi opisać w krótkiej notce wszystkie moje fascynacje muzyczne. Ot powyżej zaistniał, mały urywek mojego słuchania.  Do każdego wyróżnionego wyrazu dołączyłam link. Klipy, które umieściłam to tylko przypadkowo wybrane z wielu. Muzyka zawsze na mnie działała.

Tagi: muzyka
18:36, emka1216 , pamiętnik
Link Komentarze (20) »
środa, 20 października 2010
 

Przyznam się do małej słabości. Lubię kawę i herbatę pijać w filiżankach i lubię angielską porcelanę. Szanowny Ziemianin zna moją słabość. Zrobił mi więc ostatnio prezent w postaci właśnie filiżanki, podstawka i łyżeczki. I do tego specjalnie wybrał motyw, który najbardziej lubię – róże. Od razu zawlokłam zdobycz do pracy etatowej, w której kolega kłuł mnie w oczy świeżo przyniesioną porcelaną włoską. Zachwycona efektem obfotografowałam naczynie, jego zawartości i miejsce posadowienia. Zdjęcia w załączeniu.

 

Kolega od porcelany włoskiej, od razu zwrócił uwagę na nowość i podprowadził do filiżanki drugiego kolegę, oznajmiając mu, że odstawać nie może i w kubku metalowym pijąc, wstyd nam przynosi. Ten drugi kolega za bardzo się nie przejął, ale ziarno wątpliwości zostało posiane.  W związku z tym dzisiaj pogrzebię w swoich skorupach i sprezentuję którąś z moich wielu filiżanek. Czekam na efekt - czy odstawi blaszaka, czy żywi do niego uczucia gorące?

piątek, 15 października 2010

Ketmia syryjska -  hibiskus - zwana też ślazowcem, to rodzaj rośliny zielnej lub krzewiastej. Należy do rodziny ślazowatych i jest krewną naszej malwy. Pochodzi z Azji Południowo-Wschodniej. Do Europy sprowadził ją  w 1731r. botanik Philip Miller, dyrektor londyńskiego ogrodu botanicznego. Sprowadził ją z Hawajów.  W naturalnych warunkach osiąga nawet 5 m wysokości. W naszej strefie klimatycznej najpopularniejszy jest ketmia syryjska - z hibiscus syriacus – zwana również  Różą Althei czy Różą Szarona. W klimacie tropikalnym  najczęściej spotyka się hibiscus rosa-sinensis czyli po naszemu różę chińską – który to gatunek jest u nas hodowany w domach. 

Istnieje ok. 220 gatunko ketmi w przeróżnych kolorach.  Wychodowano odmiany półpełne i pełne. Kwiaty hibiskusa są symbolami Korei południowej, Malezji i Hawajów. Kwiat Hibiscus sabdariffa zwanej Ketmią Szczawiową lub Malwą Sudańską ma właściwości obniżające ciśnienie krwi, wzmacniające odporność organizmu, przeciwzapalne i łagodzące podrażnienia . Jest  źródłem naturalnej witaminy C, wapnia, witamin i soli mineralnych.. Przyspiesza przemianę materii, zmniejsza wchłanianie w jelitach, działa wzmacniająco na wątrobę i oczyszcza organizm. W afrykańskiej medycynie ludowej przypisuje się mu antybakteryjne i moczopędne działanie, dzięki czemu zapobiega zastojom wody w organizmie. Bardzo z Ziemianinem lubimy herbatkę z hibiskusa. Szczególnie smaczna jest ta oryginalna, którą przywieźliśmy z Egiptu. W warunkach naturalnych ketmia jest krzewem lub niewysokim drzewem, wysokości 4-6 m w kimacie umiarkowanym może osiągnąć 2-3 m. W moim ogrodzie trzyletnia ketmia ma ok. 1,5m, a w ogrodzie moich rodziców, gdyby nie były przycinane, miałyby około trzech metrów.  Charakterystyczne jest, że liście jej rozwijają się późną wiosną. Do tego momentu wygląda jak przemarznięta. W naszym klimacie ketmia syryjska kwitnie od połowy  lipca  do września.  

Kwiaty pojawiają się na jednorocznych pędach. Ketmia syryjska nie ma specjalnych wymagań.  Najlepsze dla niej są miejsca słoneczne, ciepłe i osłonięte od wiatru. Ważnym zabiegiem jest wiosenne przycinanie zdrewniałych gałązek. Zabieg ten prowokuje roślinę do wypuszczania młodych pędów, na których tworzą się pąki kwiatowe. Jeżeli naszym celem są duże kwiaty  należy na każdej gałązce zostawić 2 lub 3 pąki, a resztę usunąć. Nie przycinana słabiej kwitnie. Ketmia - hibiscus rosa-sinensis, jako roślina pokojowa była bardzo popularna, do czasu. Otóż w pewnym momencie rozeszła się plotka, że jest szkodliwa. Stało się tak za sprawą lekarza, prof. Juliana Aleksandrowicza. W poczekalni jego gabinetu stała piękna róża chińska, z której chorzy notorycznie podkradali gałązki na sadzonki. Aby uratować roślinę przed zniszczeniem, profesor powiesił na niej kartkę z ostrzeżeniem, że jest szkodliwa dla zdrowia. Pacjenci przestali skubać, ale informację ponieśli w świat. Do dziś pokutuje przesąd zrodzony z tej plotki, o szkodliwości chińskiej róży.

 

środa, 13 października 2010

Niedziela była piękna, spokojna i jesienna. Mam taki energetyczny kącik w ogrodzie,  w którym jak już kiedyś pisałam, postawiłam sobie fotelik. Z jednej strony magnolie i niski parasol hortensji, z drugiej świerk,  żarnowiec i krzewy róż angielskich, a za plecami ambrowiec. Kiedy siadam na foteliku, szczególnie lubię późno popołudniowe godziny, kiedy słońce prześwituje przez rosnące daleko przy płocie  robinie.

Patrzę na moje postawione w zeszłym roku pergole, na których róże wykonują fantazyjne plecionki, a światło miękko otula każdy pęd i listek.

 Odchylam się na fotelu i patrząc w górę,  chłonę czerwień klonowych liści, na tle kiczowatego błękitu.  

 Ładuję wtedy akumulatory i nabieram sił i energii, która tak bardzo potrzebna jest w mieście. Nie chce mi się wracać do domu i wygania mnie dopiero chłód wieczoru. Mam nadzieję, że miniona niedziela nie była ostatnią niedzielą ciepłej jesieni.

Tagi: jesień
13:46, emka1216 , ogród
Link Komentarze (22) »
niedziela, 10 października 2010

Prawie codziennie  mam przyjemność, albo nieprzyjemność z uwagi na korki, wracać z pracy do domu, uliczkami poznańskiej dzielnicy Jeżyce. Na Jeżycach najlepiej chyba, zachowały się secesyjne kamieniczki, których urodą zwykle nie mam czasu się ponapawać.

Teraz, kiedy jednak stoję w korku, na jednej z nich, mam nawet czas na robienie zdjęć.

Nawiasem mówiąc, dopóki jakiś genialny logistyk, zasiadający we władzach miasta nie zdecydował o posadowieniu na wylocie ulicy Jackowskiego  i kawałek dalej na skrzyżowaniu Polnej z Szamarzewskiego, świateł, nigdy w tym miejscu w korku nie stałam. Co najwyżej poruszałam się w tempie powolnym.  Mogłam więc tylko kamienice  z lekka podziwiać, ale nie mogłam ich fotografować.

A teraz dzięki naćpaniu światełek na każdym skrzyżowaniu, mam czas na kontemplację i zdjęć robienie.  Po drodze ocieram się też o obrzeża dzielnicy Grunwald, która jako nowsza, zazdrości Jeżycom ich malowniczości i „nową” architekturą próbuje im dorównać.

 Jeżyce jednak u mnie wygrywają malowniczością i nastrojowością.

Trudno zresztą, żeby było inaczej, Jeżyce bronią się swoją urodą, a i Ziemianin to przecież „jeżyckie wybijokno”!

wtorek, 05 października 2010

Pani Jesień to nie tylko czerwienie i żółcie:

Ale również fiolety i róże:

Tagi: jesień
17:48, emka1216 , ogród
Link Komentarze (16) »
niedziela, 03 października 2010

Piękny łykend podarował nam rozpoczynający się październik. Nie jest może bardzo ciepło, ale 14 stopni i lekko grzejące słoneczko pozwala na prawdziwy relaks w ogrodzie. Ogród  ubiera się w  pierwsze jesienne kolory.

Patrząc na moje rośliny dochodzę do wniosku, że mój pomysł na swobodny, samoobsługowy i trochę dziki ogród zaczyna dawać efekty. Prawie całe lato, (niechętnie ale powody były ważne), spędziłam w mieście. Nie mogłam się więc zaopiekować moimi roślinkami w taki sposób, jak na to zasługują. Dzięki opiece Ziemianina, który podczas lipcowych upałów lał w ziemię wodę i lał, i lał, nie stała się pustynia, a malutkie krzewy nabrały wigoru i chęci do życia. Ogród to zabawa dla cierpliwych. Czasami dla osiągnięcia zaplanowanego efektu  trzeba lat. To znaczy można osiągnąć go szybciej, jeżeli dokona się zakupu dużych sadzonek, albo zleci urządzenie firmie, która zajmuje się profesjonalną obsługą ogrodów, ale nie wiem czy bym tak chciała.  Ogród na wsi to moja intymność, którą wymyśliłam od początku i pielęgnuję ją po swojemu. Niecierpliwa w innych sprawach, w tym przypadku umiem czekać i cieszę się z postępów jakie rośliny moje czynią.  Ubieram się więc i wracam do mieniących się odcieniami żółci i czerwieni liści i klombu na którym panuje jesienny bałagan.

 Muszę nadrobić letnie  zaległości i nacieszyć się kolorami zanim próg przekroczą listopadowe szarości.

Tagi: jesień
12:42, emka1216 , ogród
Link Komentarze (16) »