Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
poniedziałek, 31 października 2011
 

No i mnie również dopadło. Nie wiem co to było, ale gardło obolałe i glutowate mówić nie pozwalało, a katar pozbawiał mnie możliwości oddychania. Oczywiście dopóki nie padłam do pracy chodziłam i dobiłam się do końca. Pani doktor w te pędy zaordynowała antybiotyk i takie różne, zwolnienie i bezwzględne leżenie plackiem co najmniej dwa dni. Ja leżę już dzień czwarty i dzisiaj delikatnie zacznę łazić po domu. Zresztą z moimi chorobami zawsze jest dziwnie, ponieważ nie miewam gorączki. Żaden lekarz w to nie wierzy i na siłę ładuje we mnie leki takową zbijające. W związku z tym, że są to również leki przeciwzapalne, faszeruję się nimi i w efekcie w porywach mam 35,8stC. Dwa dni temu osiagnęłam prawie dno bo termometr wykazał 34,6. Poleciałam po drugi dla sprawdzenia, potwierdził. Przedwczoraj Szczęście Moje zabrało mnie na wieś i opiekuje się mną pięknie. Zabrało mnie z kurami. Całe szczęście.

 

W zeszłym tygodniu zakupiwszy cztery nioski zapakował je do szklarni, na czas pobytu w mieście i zapomniał o nich. W związku z tym cały tydzień miałam cztery dodatkowe gęby do żywienia, ale za to jajami się odwdzięczyły. Najbardziej mi żal, że aleja dojazdowa do domu mieni się rudościami, a ja nie mogę pstryknąć fotki, bo nie wytykam nosa poza sypialnię. A, ze się znów powtórzę, jesień mamy niezwykle barwną tego roku.  Mam nadzieję, że przymrozki przyjdą nie za bardzo ostre i dadzą żyć młodym pędom róż, które rosną jak szalone.

 

Mam nadzieję, że jutro podjadę focić aleję, natomiast czas aktualnie wykorzystuję na douczanie się focenia. Niestety pole do popisu nieduże, bo ile razy można fotografować przeciwległą ścianę i bałagan na bieliźniarce!

 
poniedziałek, 24 października 2011
 

Jak to Wam poprzednio napisałam, Ziemianin pobywał w mieście dłużej niż zwykle. I Jeszcze raz poszliśmy do kina! Po raz pierwszy w Poznaniu gościł ze swoją trzecią edycją Food Film Festiwal. Wczorajszy wieczór spędziliśmy więc najpierw na seansie finałowym. Pokaz filmu "Tost Historia chłopięcego głodu" wg autobioograficznej powieści Nigela Slater'a, rozpoczął się degustacją cytrynowych tartinek, a zakończył konferencją telejakąstam z Nigelem Slaterem, który przebywał w tym samym czasie w Warszawie i odpowiedził na  kilka głupich i jeszcze głupszych pytań widzów warszawaskich i poznańaskich. Kolacja po seansie była w  restauracji Toga. Autorem potraw był Adam Chrząstowski - kucharz polskiej prezydencji,

 

Na deser dostaliśmy cytrynową tartę.   Tarta ta w filmie odgrywa jedną z głównych ról. Wszystkie zresztą potrawy przygotowane przez Pana Adama i serwowane podczas kolacji, 

 

nawiązywały tematycznie do filmu.   Atmosfera w Todze, dzięki jej właścicielom

 

i jakości kuchni, jest niepowtarzalna. Bywam w Todze, pomimo zmiany jej lokalizacji, od lat. Kulinarnie pysznie było z jednym ale. Kolacja rozpoczęła się o 22 a zakończyła o pierwszej w nocy. Dzisiejszy dzień w pracy przespałam na stojąco.  Ale warto było!

sobota, 22 października 2011
 

Piękną jesień mamy tego roku. Wiem, nie jestem oryginalna, ale trudno tego  nie powtarzać.

 

No i cud się stał! Po raz pierwszy od bardzo dawna Ziemianin zawitał do miasta. Aż na cały łykend. Oczywiście nie ze względu na mnie, ale na swoje zobowiązania. A że ja przy okazji załapię się na kolację przygotowaną przez Adama Chrząstowskiego, chwała mu za to. A Ziemianin to nawet do kina mnie zaprosił. Wprawdzie w repertuarze nie było Pingwinów z Madagaskaru, ale za to Trzej Muszkieterowie w 3D. Oglądnęliśmy więc kolejną adaptację powieści A. Dumas'a i nie żałuję. Pośmiałam się nieco  i 3D zobaczyłam po raz pierwszy. Trochę przesadziłam, jednak zawsze w pleceniu trzy po trzy,  jak się dobrze poszuka, trochę prawdy można znaleźć.  Jest jednak niezaprzeczalnym, że od dawna po raz pierwszy mam Szczęście Moje tylko dla siebie, z małymi przerwami,  przez dwa dni i dobrze mi z tym. Niezaprzeczalnym też jest, że gdybyśmy byli na wsi, nie zobaczylibyśmy naszego gościa, który zawitał do ogrodu i kradł winogrona.

 

Musi być naprawdę bida, skoro kuna domowa zawitała do centrum miasta. Niech jej winne gronka na zdrowie wyjdą.

środa, 19 października 2011
niedziela, 16 października 2011
 

W domu w mieście mam ciepło. W domu na wsi na skutek rożnego rodzaju remontów i przeróbek mamy albo ciepłe kaloryfery, albo ciepłą wodę. Ciekawe jak sobie z tym poradzi instalator. Weranda ponoć jest skończona, tylko drzwi nie ma i jeszcze trzeba uszczelnić! Ale, ale dosyć wyrzekania. Ostatnie dni były piękne, słoneczne,  pełne pogody ducha, życzliwości, smacznego żarełka i przyjaciół domu.  Nie spodziewając się gości, nabyłam niestety jedną tylko kaczuszkę, która w obliczu zbyt wielu  zainteresowanych, malizną leciała.

 

A pyszna była. Zrobiłam ją tak przy okazji. Przy okazji konieczności wykonywania pracy zawodowej, która zajęła mi bite dwa dni łykendu.  Tę kaczuszkę to Ziemianin opisze na pewno na swoim blogu.  Ja, jako skromny wykonawca i rzemieślnik, a nie poeta opisów kulinarnych,  na razie przemilczę sposób pitraszenia.  Łykend jak wcześniej zaznaczyłam pracowity. Goście sobie hasali po okolicy, na grzybach pobywali, a ja z papierami walczyłam, pokonując przeciwności losu przy pomocy pomysłowości Szczęścia Mojego. Mieszkanie w małych miejscowościach ma wiele zalet, ale i kilka wad. Skończył mi się tusz w drukarko-kopiarce i kroiła mi się perspektywa  poranno-niedzielnego wyjazdu do miasta do biura, celem skończenia rozpoczętej pracy.  Niestety w małych miasteczkach wszelkiego rodzaju dostępność tego rodzaju specjalistycznych rzeczy,  kończy się z wybiciem godziny trzynastej w sobotę i wymiera do poniedziałku.  Ziemianin wykoncypował, że skoro córka z wnukiem zamierza nawiedzić dziadków, to po drodze może w jednym z wielkich marketów dokonać stosownych zakupów. Tak też się stało. Mogłam prawie skończyć przygotowania do poniedziałkowego dnia pracy.  A na zewnątrz jesień atakuje kolorami

 

i wcale nie chciało mnie się siedzieć w chałupie i dłubać w kompie. Cóż podobno jeszcze do końca października ma być pięknie. I oby tak było, czego i Wam i sobie życzę.

wtorek, 11 października 2011

... i zatelefonowała do kochanej Felixiany - fachowca od ciepłownictwa, posłała zdjęcia pieca i po krótkiej konsultacji w domu stała się ciepłość!

Aniu dziękuję

15:59, emka1216
Link Komentarze (11) »

Oczywiście blondynka nie umiem włączyć pieca. Serwisanci dają takie terminy, ze czeka mnie kilka dni zimnego chowu. Brrrr

poniedziałek, 10 października 2011

Zimno, smutno, słotnie i ... chyba katarowo.

poniedziałek, 03 października 2011
 

Użeram się ostatni z jakimiś kretyńskimi problemami, które nigdy nie powinny były zaistnieć. Oczywiście w normalnej rzeczywistości. Podobno ludzie nie mają pracy i jej szukają. Jakoś po ostatnich doświadczenia nie bardzo w to wierzę.  Jak wiecie, opiekuję się teraz dwoma dużymi ogrodami. Fizycznie nie daję rady. Postanowiłam więc do ogrodu w mieście poszukać pomocy. Dostałam adres do bardzo „solidnej” firmy. Przyjechał młody człowiek, powymienialiśmy fachowe uwagi. Powiedziałam, że chcę utrzymania ogrodu w takiej postaci w jakiej jest. Zrozumiał o czym mówię i oznajmił, że wycenę zrobi po pierwszej pracy, a zacznie ją w ciągu tygodnia. Czekałam trzy tygodnie i nikt się nie pojawił. W tzw międzyczasie posiłkowałam się dorywczą pomocą Małgosi, którą przywoził ze wsi Ziemianin. Około miesiąc temu dowiedziałam się, że znajomi znajomych  młodych ludzi, chcą rozpocząć działalność ogrodniczą. Spotkałam się na początku tygodnia. Wprawdzie, kiedy zapytałam „szefa” czy się na tym zna, a on mi odpowiedział, że przecież ze wsi jest, lampka mi się zapaliła. Jednak szansę dałam. A co mi tam, stawiam na młodych. Obiecali przyjazd  w sobotę. W związku z tym, że miałam być nieobecna, zadysponowałam, że najbardziej zależy mi na odchwaszczeniu tylnej części ogrodu (ok. 300m2), bo sąsiedzi mnie niedługo zjedzą, oraz oznajmiłam, że wprawdzie żywopłoty i trawę trzeba przyciąć, ale to może poczekać. Kiedy pojawiłam  się w poniedziałek, ujrzałam moje chwasty jeszcze większe niż były, ale trawę i żywopłoty przycięte. Mieli wywozić worki z zielskiem, ale zostawili je na środku ogrodu. Zatelefonowałam i zapytałam o co chodzi? Młody człowiek oznajmił, że nie mieli czasu i że w następną sobotę zrobią tak jak trzeba. Przez następną sobotę, pracując w trojkę  odchwaścili połowę z 300 metrów, truskawki zostawili nieprzycięte, a ilość worków w kolorze blue urosła. Kolejna miniona sobota minęła pod znakiem braku moich pomocników, a ich szef przysłał sms’a, że  on musiał wyjechać, ale jutro przyjdzie kolega i zrobi i zabierze worki. Mam niejasne wrażenie, że się tego nie doczekam.  Dzisiaj przed zmrokiem udało mi się przyciąć wspinającą się po schodach hederę pospolitą, a jutro zabieram się za krzewy. Nabrałam się na ludzi chętnych do pracy, którzy wystawili mnie do wiatru i muszę pielęgnację roślin przeprowadzać po właściwym dla tych czynności czasie. Mam nadzieję, że to przeżyją. Nie są młode, to i odporne na różne eksperymenta.  Niestety po piątkowym ustawieniu wypadniętego dysku nie mogę czyścić ogrodu z chwastów i najprawdopodobniej znów Ziemianin będzie musiał przywieźć Małgosię.  Ale nic to, jesień jest piękna a okoliczności przyrody, szczególnie o świcie, cudne.

 

PS O drodze przez mękę na ścieżkach  naszej służby zdrowi a napiszę innym razem.

19:50, emka1216 , ogród
Link Komentarze (18) »
niedziela, 02 października 2011
Wąsowo to wieś w powiecie nowotomyskim, gminie Kuślin.......