Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
wtorek, 03 marca 2009

W nawiązaniu do mojej pierwszej notki, w której pochwaliłam się kwitnącym w moim ogrodzie oczarem, przybliżam gatunek i charakter roślinki. Niby niepozornej a jakże mocarnej swoimi właściwościami.

Oczar wirginiijski  to krzew lub drzewo,  w stanie naturalnym rośnie we wschodnich stanach USA i w Kanadzie. Należy do rodziny Oczarowatych (Hamamelidaceae).  W Polsce najczęściej to krzew z żółtymi kwiatami. Kwitnie późną jesienią lub zimą.  Można już dostać odmiany oczaru, których kwiaty mają zabarwienie różowe i wpadające w czerwień. Takie odmiany mam zamiar w tym roku posadzić. Z literatury dowiedziałam się, że oczar posiada również właściwości lecznicze. Surowcem leczniczym i kosmetycznym są: kora i liście.  Stosowano go zarówno w matecznych krajach występowania jak i w Europie,  w medycynie ludowej. Badania naukowe potwierdziły jego właściwości Jest silnym środkiem o działaniu ściągającym, przeciwkrwotocznym, przeciwzapalnym i przeciwbakteryjnym. Stosuje się go w nalewkach i wyciągach na alkoholu, do wewnątrz i na zewnątrz. Przyjmowane do wewnątrz w niewielkim stężeniu pomagają w nieżycie i niewielkich krwawieniach z przewodu pokarmowego i płuc, w żylakach, w zapaleniu błony śluzowej jelita grubego, biegunce i dyzenterii.      Do użytku zewnętrznego stosuje się go najczęściej w postaci okładów, maści, żelu, destylatu. Preparaty te przyśpieszają gojenie się ran, likwidują opuchliznę przy stłuczeniach, obrzękach, oparzeniach, ukąszeniach owadów, a także zapobiegają infekcjom i likwidują skutki promieniowania UV. Stosowane są w leczeniu hemoroidów, bólach reumatycznych stawów i kręgosłupa, oraz nadwyrężeniu i bólach mięśni.  Znajduje również zastosowanie na miejscowe zapalenia skóry i błon śluzowych, guzy krwawnicowe, czyraki, dolegliwości żylakowe, upławy, niektóre egzemy, zmiany grzybiczne skóry, podrażnienia skóry po depilacji i goleniu, do płukania jamy ustnej, pędzlowania dziąseł. Przyspiesza proces regeneracji skóry skutecznie ją odmładzając, powoduje ziarninowanie skóry. Zwalcza bakterie gram dodatnie i gram ujemne. W kosmetyce wyciągu z niego używa się do produkcji kremów, toników, maseczek, zwłaszcza do cery zanieczyszczonej, z zamkniętymi porami, oraz do cery wrażliwej na zimno, wilgoć, z rozszerzonymi naczynkami krwionośnymi, alergicznej. Produkowane są również balsamy do ciała i szampony do włosów.

Niestety właściwości te posiadają kora i liście zbierane z roślin rosnących w granicach zasięgu naturalnego. Rośliny rosnące w Polsce nie mają podobno takich właściwości.

I pomyśleć taka niepozorna, dająca tyle radości zimą roślinka, a jaka pożyteczna!!!!

21:52, emka1216 , ogród
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 02 marca 2009

"Pierwsze żurawie przyleciały na Suwalszczyznę zwaną "polskim biegunem zimna". Zdaniem Wojciecha Misiukiewicza z Wigierskiego Parku Narodowego, zwiastuje to rychłe przyjście wiosny".

Tak napisali w Onecie i bardzo chcę w to wierzyć!

19:01, emka1216
Link Komentarze (3) »

Wiosenne porządki rozpoczęte.   Ogród okazał się w tym roku,  stajnią augiasza. Nie wiem dlaczego.  A może to ja zapomniałam,  ile zwykle wiosną trzeba włożyć pracy, żeby przywrócić mu przyzwoity wygląd. Inna sprawa, że w zeszłym roku, a szczególnie jesienią porządnie wzbogaciłam go o całą masę nowych roślin. I to zarówno o kwiaty, jak i o krzewy i drzewka ozdobne. Z niecierpliwością czekam na efekt. Na razie jednak czeka mnie bardzo dużo pracy,  służącej przygotowaniu dobrego tła dla nowych nasadzeń.

Wczoraj rozpoczęłam wielkie sprzątanie, które miałam zamiar kontynuować w dniu dzisiejszym. Rano jednak, zza okiennic wyłonił się szary siąpiący dzień, a widok ten nie za bardzo zachęcał do pracy na powietrzu.  Przemogłam się jednak i pomachałam, w ramach wzmocnienia ramion, grabiami i rozsypałam wapno, niezbędne dla tych roślin, które nie za bardzo lubią kwaśną ziemię. I rumieńców pięknych przy okazji nabrałam. Nie ma to jak świeże, nieprzesycone ołowiem powietrze.  W przyszłym tygodniu zakwaszę ziemię, przy kwaśnolubnych.  Pogoda jednak nie za bardzo nastrajała do dłuższego pobytu na dworze. Nawet Kota Kasieńka siedziała przez cały dzień jak wielka puchata kula i nie przejawiała najmniejszej chęci wystawienia nosa na dwór.  Szary dzień nie przeszkadzał jedynie potworom, wspomnianym przeze mnie w poprzedniej notce, z lubością oddającym się kontynuowaniu dewastacji ogrodu. Ja przeżyję, ale czy mój ogród również?

sobota, 28 lutego 2009

Dzisiaj, napasiona przez Szczęscie Moje pysznym śniadankiem, zrobiłam przegląd ogrodu. Zaskoczył mnie energią emanujacą z każdej roślinki i każdego skrawka ziemi. Ledwo stopniał śnieg (jeszcze przedwczoraj świecił białymi łachami) i nagle wszystkie zagnieżdżone w burej, nieposprzątanej ziemi, roślinki zaczęły pchać się do słońca. Trochę boję się, żeby tych delikatnych ząbków, własnoręcznie przeze mnie posadzonych cebulek, nie zadeptały dwa potwory biegające po ogrodzie. Jednak staram się podchodzić do tego filozoficznie. Zdecydowaliśmy się na psy, to im łap nie poucinam, co najwyżej poprzetrącam!!! Zawsze, wczesną wiosną,  z zachwytem patrzę i podziwiam żywotność,   litwora, o którym pisałam w poprzedniej notce, którego gruby czerwony pęd pcha się do góry.  Tym razem umieszczam zdjęcie zrobione dzisiaj, przeze mnie osobiscie,  a nie encyklopedyczne. Drugą zapowiedzią wiosny są  oczywiście przebiśniegi przebijające się przez uschnięte zeszłoroczne,  bure liście.

Jutro wychodzę na pierwsze, wiosenne sprzątanie. Nie mogę się już doczekać!!! 

17:31, emka1216 , ogród
Link Komentarze (3) »
środa, 25 lutego 2009

Mój ogród wiejski przejęłam w posiadanie trzy lata temu. Pół hektara bardziej lub mniej przemyślanej twórczości dotychczasowych posiadaczy.  Nie usuwam żadnych roślin, a nowe wkomponowuję w stare, nieprzemyślane nasadzenia.  Od późnej zimy staję się maniakiem allegro, wyszukując coraz to ciekawsze okazy. Na półkach rosną sterty czasopism ogrodniczych, które czytam od deski do deski i wyciągam z nich co ciekawsze kąski. W moim ogrodzie nigdy nie będzie aksamitnej,  szmaragdowej i posadzonej na wyrównanym terenie trawki. Rolę bezkonkurencyjnej kosiarki spełnia Grom, który zna różnice pomiędzy   roślinami ozdobnymi, krzewami i drzewami owocowymi a mleczami i soczystą zieloną trawą i tych pierwszych nie rusza. Raz zdarzył się wyjątek, kiedy zeżarł mi dzięgiela litwora. Wybaczyłam mu, bo przecież roślinka średnio ozdobna,  a z liści nalewki się nie robi. Grom (pierwsze imię Satanista), inaczej zwany Profesorem, lub przeze mnie Myszką, to koń, który padł ofiarą działań zbyt ambitnych pierwszych właścicieli. Po ojcu skoczku, zmuszony był, od najmłodszych lat do intensywnego treningu. Skończyło się poważnymi kontuzjami. Aktualnie, Pan w poważnym wieku zmaga się z dolegliwościami nabytymi w wieku młodzieńczym i służy dzieciom za atrakcję jeździecką. Jest niesamowity, kiedy dosiądzie go maluch.  Stąpa tak ostrożnie, jakby bał się uronić kroplę wody ze szklanki niesionej na grzbiecie. Jego towarzyskość objawia się w obwąchiwaniu gości siedzących w ogrodzie, co nie każdy lubi i toleruje, ale musi mu wybaczyć.

Miało być o ogrodzie, a zboczyłam na temat konia. Wybaczcie ale on jest nieodłączną częścią mojego ogrodu.

cdn...

20:54, emka1216 , ogród
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 lutego 2009

Wróciłam właśnie z bardzo fizycznie wyczerpujących zajęć, które służyć mają zdjęciu z talii kilku centymetrów. Rozpuszczona jestem kulinarnie przez przez Szczęcie Moje bardzo. On świetnie gotuje a ja kocham jeść. Mając na uwadze zamiar co do tych centymetrów, zaczęłam jadać mniej kalorycznie ale smacznie. Jedno z drugim można pogodzić. Sałatki, ryby i takie  tam różne lekkostrawne potrawy. Taką potrawą, bardzo sycącą ale lekką jest wspomniany przeze mnie pasztet ze szpinaku.

Najpierw trzeba przygotować bulion, ok. jednego kubka. W bulionie tym należy przez kilka minut gotować  szpinak. Zwykle kupuję kilogram świeżego. Może być mrożony. Trzeba pamiętać, że jeden kilogram świeżego szpinaku to pół kilograma mrożonego. Żeby szpinak zachował zielony kolor należy gotować go bez przykrycia. Po odcedzeniu miksuję go z łyżką gęstej śmietany (ja lubię lekko ukwaszoną), mieszam z tartym ostrym żółtym serem (10dkg?), kilkoma łyżkami zmielonego ziarna słonecznika i trzema lub czterema ugotowanymi żółtkami. Białka ubijam na sztywno. Dosmaczam masę solą i przyprawami które lubię: Cayenne, kurkumą, gałką muszkatołową,  odrobiną kminku (to dla złamania smaku), świeżo zmielonym czosnkiem i czosnkiem niedźwiedzim.  Przyprawy zależą od indywidualnych preferencji.  Na samym końcu mieszam z ubitą pianą z białek i piekę masę w piekarniku rozgrzanym do ok. 200 stopni, od pół godziny do czterdziestu minut.

Podaję pasztet na gorąco lub zimno, w zależności od okazji. Kiedy na Święta Wielkanocne  zjeżdża się cała liczna rodzina, w ramach której jednostki wyznają religie wege…, zwykle serwuję pasztet z dodatkiem dipów. Mnie szczególnie smakuje z sosem chrzanowym zrobionym na lekko słodko, ale to już kwestia indywidualnego gustu i smaku. Smacznego!

niedziela, 22 lutego 2009

Od dwóch dni ładuję akumulatory przy boku Szczęścia Mojego, na wsi. Niedzielny poranek oznacza całkowite zatrzymanie ruchu samochodowego. Wokół więc panuje cisza, przerywana szczekaniem psów. Z nieba jakby się uparło, żeby nadrobić kilkuletnie zaległości spowodowane ociepleniem klimatu, sypie na potęgę.  Ziemię przykrywa coraz grubsza warstwa puchu. Moich rododendronów, w ramach ochrony przed mrozem, przykrytych otuliną, już zupełnie nie widać spod śniegu. Zastanawiam się czy nie należałoby odśnieżyć otulinowego namiocika. Czy zostawić je w spokoju, w ich szarej, zamkniętej ciszy.  Siedzę sobie w ciepełku i obserwuję przez okno zacinające z wiatrem, płatki śniegu. Wczoraj kiedy zrobiłam zdjęcie naszej bocznej, ukrytej, ogrodowej furtki, zamierzałam dzisiaj, ubrać grubą odzież, wielkie ciepłe buty i  wyjść na spacer w pole. Wiatr i śnieg niestety nie zachęca do tego. Zostanę więc w domu, i zawinięta w ciepły koc poczytam sobie „Kresowego koniarza żywot barwny, przy zacnym miodzie spisany” i poczekam aż Szczęście Moje skończy blendowanie nalewek.

czwartek, 19 lutego 2009

Szpinaku nie lubiłam przez prawie całe dotychczasowe życie. Kiedy widziałam zieloną mazistą breję, odwracałam wzrok ze wstrętem, opanowując odruch wymiotny. Ni stąd ni z owąd, mniej więcej w wieku 42, lat stałam się koneserką szpinaku. Jem go teraz w każdej postaci i robię z niego i z nim różne, różniste różności.  Niepowtarzalny jest pasztet ze szpinaku. Mój brat jedząc go po raz pierwszy, nie wierzył, że nie ma w nim ani grama mięsa. Ostatnio jednak idę na łatwiznę. Biorę liście szpinaku (ile?, to  zależy ilości jedzących). Siekam liście nie za bardzo cienko. Wrzucam na patelnię, dodaję świeżo zmielony czosnek. Szczyptę cayenne,  kurkumy, soli (najlepiej lubczykowej) bełtam z lekko ukwaszoną śmietaną i porządną porcją czosnku niedźwiedziego.  Tym sosem zalewam szpinak i duszę przez kilka chwil. Po kolei dodaję różne rodzaje owoców morza. Najczęściej trochę mięsa z krabów i krewetki (te większe).  Rodzaje  zależą od zasobów lodówki.  Wszystko to chwilę jeszcze podsmażam i przed podaniem posypuję startym parmezanem.  

Pychotka.

poniedziałek, 16 lutego 2009

     Tak mi się jakoś w życiu porobiło, że prowadzę życie podzielone pomiędzy dwie rzeczywistości. Często żartuję, że posiadam dwie osobowości, tę miejską, zawodową, elegancką. W końcu można o mnie powiedzieć „biznesłumen”, jakby się uprzeć. W drugiej połowie tygodnia zmieniam się w gospodynię domową, zajmuję się sprawami domowymi i moim ukochanym ogródkiem.  Jeżeli pół hektara powierzchni, można nazwać tak pieszczotliwie.

 Zaczęło się od pomysłu na starość. Nie,  zaczęło się od tego, że Szczęście Moje, chciało komuś coś udowodnić. Nie,  jeszcze raz: Zaczęło się od tego, że poznałam Szczęście Moje i obraliśmy wspólny cel. Początkowo naiwnie i romantycznie myśleliśmy, że wieś to kwiatki, pszczółki i jaskółki, których głosy, obudziły mnie pewnego razu ze snu, który poczęłam, na karimacie, w trawie wysokiej po pas, na miejscu mojego aktualnego klombu.  Podjęliśmy wyzwanie i przekonaliśmy się, że nasze wyobrażenia daleko odbiegają od rzeczywistości. No  i teraz od ponad dwóch lat dojeżdżam do Szczęścia Mojego, dzieląc tydzień na pół: 3,5 dnia tu i 3,5 dnia tam. Jak się uda! Szczęście Moje stało się rolnikiem pełną gębą i zamieniło garnitur na moro i walonki  a ja  zmienia osobowość w  zależności od miejsca pobytu. Całe szczęście mam pracę, którą, dzięki daleko posuniętej komputeryzacji wsi, mogę wykonywać również tam. Tylko jak długo, bez uszczerbku dla zdrowia psychicznego (i fizycznego -bardzo brakuje mi Przytulanek Szczęścia Mojego), tak wytrzymam?

niedziela, 15 lutego 2009

Tęsknię za wiosną, tęsknię za ogrodem pełnym kolorów i zapachów.

 

I uporczywie wpatruję się przez okno sypialni, w złociście kwitnącą młodziutką gałązkę oczaru, przypominającą, że na świecie istnieją inne kolory niż biel i szarość...

1 ... 21