Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
piątek, 20 listopada 2009

A oto mały, nieprofesjonalny, zrobiony kiepskim sprzętem filmik z występu Mieczysława Mazura:

A tak wyglądał stół komisji od nalewek:

Pojechalismy z Ziemianinem w mazowieckie, żeby zobaczyć co nowego u naszych znajomych. A przede wszystkim wziąć udział w Warsztatach Artystycznych Prawników ( kiedyś Młodzieży (WAMP) Prawniczej. Młodzież się posunęła i zostali prawnicy. To jest taka sympatyczna impreza, podczas, której spotykamy się, pokazując to, co robimy poza wykonywaniem zawodu prawnika. Mieliśmy okazję posłuchać na żywo i dla przyjaciół zagrane ragtimy przez Mieczysława Mazura:

Niestety, moje nagranie muszę przetransponować na chyba jakiś portal, żeby umieścić. Na razie więc  fragment z Youtuba. Słuchać jednak na żywo muzyki, granej przez ragtajmistę z górnej półki, to jest coś! Poza, tym ( tym poza tym, grzeszę, bo słucham po raz kolejny), słuchanie Krzysztofa Sadowskiego jest  przyjemnością dla ucha. Szczególnie że wymienieni wyżej Panowie byli akompaniatorami naszego kolegi prawnika. Czynili to z przyjaźni i z przyjemnością. Publiczność zaś z taką samą przyjemnością raczyła się nalewkami Ziemianina, które w konkursie, bo i taki w ramach twórczości artystycznej był, pobiły na łeb i szyję konkurencję.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Nazwa rodzaju pochodzi od nazwiska francuskiego botanika M. Begona – francuskiego patrona botaniki. Występuje ok. 500 gatunków begonii, które zamieszkują strefę tropikalną głównie Ameryki, rzadziej Azji i Afryki. Są to na ogół byliny, rośliny płożące, pnącza, choć bywają półkrzewy, epifity, a czasem rośliny roczne. Występują gatunki z podziemnymi rozłogami lub bulwiastymi zgrubieniami. Mają grube, soczyste, mięsiste łodygi, oraz soczyste liście, które są ułożone skrętolegle. Polska nazwa „ukośnica” wzięła się stąd, że liście są ukośnie asymetryczne. W wyniku skrzyżowania różnych typów, a nawet gatunków powstało wiele gatunków oraz odmian uprawnych. Są one bardzo chętnie uprawiane jako rośliny ozdobne, ze względu na piękne kwiaty oraz liście. Są gatunki o zwykłych liściach zielonych, o intensywnie czerwonych dolnych stronach liści, czy też barwne, błyszczące metalicznie lub zamszowato, oraz gatunki o pięknych dużych i barwnych kwiatach. W tej notce właściwie chodzi mi o  begonię bulwiastą, bo tę najbardziej lubię i zawsze wiosną wysadzam je do donic w ogrodzie, a ostatnio również do ziemi. Powstała ze skrzyżowania kilku gatunków w Ameryce Południowej. W warunkach naturalnych jest rośliną wieloletnią, u nas w Polsce jednoroczną z uwagi na mroźne zimy. W tym roku po raz kolejny będę próbowała przechować bulwy, do tej pory nie za bardzo mi się to udawało. Po pierwszych przymrozkach bulwy należy wyjąć z ziemi, odciąć pędy, pozostawiając nasady 5 cm długości. Następnie bulwy podsusza się w temperaturze 15°C, czyści się i przechowuje lekko zagłębione w wilgotnym torfie (aby nie wysychały) w pomieszczeniu o temperaturze 7–8°C. Na początku lutego bulwy wysadza się do skrzynek. Początkowo utrzymuje się 18°C, a gdy rośliny wypuszczą pędy – temperaturę obniża się. W kwietniu wysadza się do inspektów lub do doniczek. Zaczynają kwitnąć pod koniec maja.  Można je rozmnażać z nasion, przez podział bulw, lub sadzonki, ale na to jestem zbyt niecierpliwa i wydaje mi się to zbyt skomplikowane. , Ze skrzyżowania gatunków powstały różne kolory kwiatów – białe, różowe, czerwone i żółte.  Ja mam zawsze białe czerwone i żółte. Przez całe lato, szczególnie w okresie kwitnienia,  wymagają obfitego podlewania i zasilania nawozami. Są wrażliwe na niskie temperatury, dlatego też wysadza się  ją po 15 maja. Mnie bardzo odpowiada, że lubi miejsca zacienione. Dzięki temu, kawałki pod bzem, w cieniu drzew, i schody od strony północnej, lśnią w moim ogrodzie żywymi, odblaskowymi kolorami. I to do późnej jesieni – t.j. do pierwszych przymrozków.

 

23:09, emka1216 , ogród
Link Komentarze (9) »
środa, 11 listopada 2009

 

Nastrajam się sentymentalnie i wyciszjąco prezd drogą. Ruszamy z Ziemianinem na podbój Mazowsza, nestety na krótko. Ale zawsze jednak to odpoczynek od codzienności.

niedziela, 08 listopada 2009

Po raz kolejny bardzo, bardzo się starałam. Bardzo, bardzo, bardzo … żeby upiec coś słodkiego. Mój antytalent jest ogólno rodzinnie bardzo dobrze znany. Nawet mój ojciec naumiał się piec tak, że palce lizać i popatrzeć jest na co. Moim jedynym wyczynem cukierniczym nadającym się do pokazania są mazurki. Oczywiście jeżeli nie zacznę szaleć przy ich ozdabianiu. Umiem też kruche ciasteczka, ale te to raczej są do jedzenia niż do patrzenia. Każdy przepis potrafię zepsuć, mogłabym stawać do zawodów. Cóż trudno, nie mam talentów cukierniczych, ale głęboko wierzę, że kiedyś mnie natchnie i nagle zostanę geniuszem cukiernictwa. Jak na razie w dniu dzisiejszym nie chciało mi się zetrzeć jabłek i zapomniałam wysypać formy bułką tartą i nie tylko to, no i wyszedł mi kolejny potworek. Przepis jest prosty ja przysłowiowy drut, nie sądziłam więc, że to również zepsuję. Widziałam to w jakimś programie i niczego prostszego wymyślić się nie da. Otóż macza się kromki pieczywa w rozbełtanych żółtkach doprawionych na słodko i różnymi takimi jak cynamon i wanilia.  Oczywiście, umknął mojej uwadze fakt, że były to kromki pieczywa francuskiego, delikatnego, pszennego i niesolonego. Ja miałam w domu jedynie chleb żytnio-pszenny i słony oczywiście. No więc macza się ten  chleb, następnie wykłada nim formę wysmarowaną tłuszczem i wysypaną bułką tartą. Jak już wspomniałam, o tym ostatnim zapomniałam. Następnie uciera się jabłka, dosmaczając je cynamonem itp. Oczywiście z lenistwa nie utarłam, ale pokroiłam ze skórką. Skórka to nie z lenistwa, tylko wolę jabłka właśnie ze skórką. Do formy wyłożonej rzeczonym chlebem wkłada się masę jabłeczną i przykrywa ją kolejną kromką chleba. Przyduszamy i na 40 minut do pieca. Powinna wyjść zgrabna babeczka. Anglicy tak robią tzw pudding, ale okrawają skórkę od chleba. Mnie, z uwagi na nieudolne próby oderwania go od formy, wyszedł niezły potworek, który musiałam oblać ajerkoniakiem, żeby uratować honor i udawać, że tak ma być. Ziemianin od razu zauważył jednak, że chleb jest za słony, co w połączeniu z jabłkami, cynamonem i cukrem trzcinowym dało nieco dziwny efekt smakowy. Nie załamuję się jednak i zamierzam próby ponawiać, o czym donoszę szanownym czytającym.

środa, 04 listopada 2009

Bynajmniej, nie chodzi mi o wory pod oczyma. trzy tygodnie temu zrobiłam porządek na strychu i w szfach, zebrała troche ciuchów z innych źródel i w moim domu na środku przedpokoju stoi sześć 120litrowych worów i jeden karton bardzo porządnych, markowych  i prawie nowych ciuchów. I żeby była jasność wcale nie letnich. Obdzwonione zostały wszystkie instytucje (w tym kościoły)  zajmujące pomocom biednym. Żadna z nich nie reflektuje na te wory. Bo ... nie mają co z nimi zrobić. Jedyna w Barce oświadczyli, że jak im przywiozę to ... może wezmą. Dobre chęci wzięły w łeb. Z tego wynika, że po raz kolejny powiozę rzeczy na wieś. Szkoda tylko, że żadna z instytucji do tego powołanych,  nie chce wspomóc naprawdę potrzebujących.

A tak w ogóle to mnie jest szkoda lata...

sobota, 31 października 2009

Czy pamięć to ilość zniczy zapalonych w dniu Święta Zmarłych?  To święto dzięki, któremu zwalniamy i zatrzymujemy się, pochylając myślami nad bliskimi, których już z nami nie ma. Nad bliskimi naszymi i bliskimi naszych najbliższych.  Spróbujmy tak samo pochylić się każdego innego dnia.

środa, 28 października 2009
poniedziałek, 26 października 2009

A kiedy podrapiesz mnie za uchem,

ja zacznę cichutko mruczeć.

I może powiem, że Cię lubię?

 

Przeciągnę się leniwie, grzbiet wyprężę.

Wtulę w zakamarki Twoich rąk,

a oczy z nieopisanej rozkoszy zmrużę...

 

 

 

 

Bezbronna brzuszek obnażę.

Pozwolę się pieścić i kochać.

Chwilę z Tobą pomieszkam,

a potem pójdę swoją ścieżką...

środa, 21 października 2009

Jesienią, nie tylko liście bywają kolorowe. Jesień to pora astrów, które roztaczają  wdzięki, skromnie unosząc swoje wielokolorowe łebki znad ziemi, albo rozpychając się krzaczastymi ramionami, uwodzą nas żółtym oczkiem wyzierających z niewielkich rozetek zabarwionych odcieniami purpury. W moim ogrodzie astry, które widać na zdjęciach, już przekwitły. A te które nie przekwitły, mróz zwarzył. Ale te późnojesienne, dopiero rozwijają swoje kwiaty. Pokażę je innym razem.  Aster to roślina z rodzaju nasiennych, należy do rodziny astrowatych.  Zwyczajowa polska nazwa, dmiany astrów jesiennych, o krzaczastym pokroju i dużej ilości kwiatów. to "michałek", "gawędka"  lub „marcinek”.  To właśnie te które  dopiero zakwitają. Dwie pierwsze nazwy chyba pochodzą od imienin obchodzonych jesienią, trzecia z niczym mi się nie kojarzy.  Nie znalazłam nigdzie źródła powstania tych nazw. Różnorodność kolorów tych kwiatów, o żółtych środkach, nie może chyba się równać z żadnym innym gatunkiem. Są to kwiaty pełne, pojedyncze, wysokie, niskie, krzaczaste,, zebrane w grona. itp, itd.  Astry to wytrzymale i łatwe w uprawie rośliny.  Świetnie komponują sie z innymi roślinami.  Nie może ich zabraknąć w żadnym ogrodzie i to zarówno tym zwykłym wiejskim, jak i w tym z wyższej półki – specjalnie projektowanym. Kwitną obficie, dlatego warto układać z nich cale rabaty. Zdarza się, że kwitną aż do mrozów. Nie wiem czy wiecie, ale są również odmiany kwitnące wiosną na przełomie maja i czerwca. To aster alpejski i tongolski.  Astry najlepiej czują się w miejscach słonecznych, przewiewnych, lubią podlewanie.  "Aster" to po grecku gwiazda. Moim zdaniem, nazwa doskonale pasuje do tych rozczochrańców.

22:47, emka1216 , ogród
Link Komentarze (13) »
niedziela, 18 października 2009

Całkiem niedawno, bo około miesiąca temu, zabawiłam się po raz pierwszy w życiu (i chyba ostatni) w swatkę. Sama w to nie wierzyłam. Umówiłam ich na randkę w ciemno! Oczywiście nie po cichu, to nie mój charakter, każde z nich poinfomowałam o tym. Dzisiaj miałam telefon z Zakopanego, że tam są i są szczęśliwi. Patrzcie ludzie , udało się!

 

piątek, 16 października 2009

W gospodarstwie pojawili się nowi lokatorzy.

 

Bo koty są dobre na wszystko.
Na wszystko, co życie nam niesie.
Bo koty, to czułość i bliskość
na wiosnę, na lato, na jesień.

(nie wiem czyje to jest, ale bardzo trafione)

 


Oglłaszam konkurs na imioma, bo już zabrakło mi konceptu.

środa, 14 października 2009

 

 

Zaplątana w Twoich rękach

Zagubiona w środku nocy

Zamotana  w swoich myślach

Zakręcona strachem mroku

Szukam śladów snu

W cieple

Twoich pleców

niedziela, 11 października 2009

Jesienią może dni są krótsze, ale za to wieczory dłuższe. Może nie mozna już długo w ogrodzie siedzieć, ale za to w ciepełku domowym, ze szklanką gorącej herbaty, można nadrabiać życie domowe i zaległe lektury. Wprawdzie jest chłodniej, ale za to podczas pracy w ogrodzie, pot zimny nie spływa po plecach i głowa nie boli od gorączki powietrza.

Natura poprzez pory roku uczy nas rozkładać siły zgodnie z naszym wewnętrznym rytmem. Dzień jest od intensywnej pracy, noc od spania i odpoczynku. I tak  ta cieplejsza połowa roku jest bardziej intensywna, a ta druga poświęcona regeneracji i odzyskiwaniu sił. Owszem w pierwszym momencie jest szokiem nagły brak światła i konieczność wyciszenia, ale spowolnienie trybu życia wyjdzie nam tylko na dobre. Pozwólmy działać naturze i jej zbawczemu działaniu. A jeszcze do tego podziwajmy kolory jesieni, takie ciepłe i płonące, jakich nie uświadczymy podczas żadnej innej pory roku.

 

Jesień
Już jesień
rodzi się w moich oczach .
Króluje
przez kilka miesięcy
i odchodzi
JESTEM JAK JESIEŃ
złota ,
szczera
ciepła
zimna .
KOCHAM JESIEŃ
Kiedyś przysypie mnie
liśćmi
JESTEM JESIENIĄ...
Widzę , że przemijam
Maria Jasnorzewska Pawlikowska


czwartek, 08 października 2009

 

Hera, vel Benia, vel Becherowka. Psica, którą ktoś przywiązał do drzewa, chcąc się jej pozbyć. Ale nie tak normalnie - na pętli samozaciśkowej. Z obserwacji wynika, że niedawno rodziła. Jest u nas od czterch tygodni i dopiero teraz zaczyna przestawać się bać. Przypuszczam, że dopóki nie urodziła szczeniaków z mezaliansu było ok, potem zabrano jej szczenięta a ją wywieziono do lasu, bo kłopot. Jest jednak cały czas niespokojna i zachowuje się tak jak gdyby ciągle (pomimo cieczki) szukała swoich szczeniąt. Zawsze zastanawiałam się czy ludzie którzy robią coś takiego swoim braciom mniejszym dysponują w swoim zasobie zwojów mózgowych takimi drobnostkami, które nazywamy wyobraźnią, odpowiedzialnością, uczuciami. Traktowanie zwierzaków jak czasowe urozmaicenie życia jest dla mnie wyjątkowym zwyrodnieniem. Dla przypomnienia dwa poprzednie potwory są  tutaj.

wtorek, 06 października 2009

 

 

Zasypiam spokojna

Wypełniona melodią

Którą właśnie

Zagrałeś

Muskając palcami

Klawiaturę

Mojej skóry

niedziela, 04 października 2009
środa, 30 września 2009

Lawendę lubię za jej małe wymagnia, mocny charakter i za to że nie można przejść obok nie, czy to ze względu na zapach, czy to ze względu na wygląd, obojętnie.  Jest tak mało wymagająca, że rośnie u mnie i rozrasta się na miejscu zapomnianym przez podlewających. Lawenda (Lavandula ) – to rodzaj roślin z rodziny jasnowatych. Zwyczajowe okreslenia lawendy to: lawenda wonna, bławatka, czyszczecz. Ta ostatnia mnie szczególnie zastanawia. Nazwa lawenda pochodzi od łacińskiego słowa "lavare" – myć się, roślina ma bowiem silne właściwości antybakteryjne i antyseptyczne. Jest symbolem Prowansji, gdzie wykorzystuje się ją między innymi, w produkcji pysznych miodów lawendowych (MNIAMMMM). Do Prowansji przywieziono ją dopiero w średniowieczu z Persji i Wysp Kanaryjskich. W Polsce popularna była za czasów naszych prababć. Stosowały ją do wyrobu domowych pachnideł, a suszone kwiaty umieszczały w woreczkach dla nadania zapachu pościeli i bieliźnie. No i suszone kwiaty i gałązki lawendy skutecznie odstraszają mole. Teraz moda na nią powraca i to prawdopodobnie za sprawą literatury przetransponowanej na film i otwarciem naszych granic. To chyba książki Petera Mayla zapoczątkowały modę na Prowansję i lawendę. Teraz lawendę można dostać w każdym Lidlu czy innym podobnym markecie. Jednak roślina, którą najczęściej kupujemy w sklepach ogrodniczych, to kuzynka lawendy – lawendyna. Rozpoznaje się ją po tym, że z jednej łodygi wyrastają aż trzy gałązki, a nie jak w przypadku lawendy jeden kwiat. Wymaga ciepłego i słonecznego stanowiska. Dobrze rośnie raczej w suchym i niezbyt urodzajnym podłożu. Dlatego w jej sąsiedztwie nie należy sadzić roślin wymagających częstego podlewania, nawożenia i ściółkowania np. róży. U mnie świetnie czuje się w towarzystwie juki, szałwii i macierzanki. Ale jak napisałam wyżej lubię ją bo to roślina dla leniwych. Działa oddstraszająco na ślimaki i mrówki. Potrzebuje niewielkiej opieki i będzie się dobrze czuć również bez specjalnych zabiegów. Bardzo dobrze znosi cięcie co szczególnie ważne jest po przekwitnięciu lawendy, gdyż nadmiernie wybujała roślina wygląda mało efektywnie i słabiej kwitnie. Wiosenne cięcie służy rozkrzewieniu. Rozmnażać najlepiej jest ją przez podział kęp wiosną lub jesienią, można też rozmnażać przez ukorzenianie sadzonek lub wysiew nasion, które jednak bardzo wolno kiełkują. Ciekawostką jest, że Havr – chorwacka wyspa znana jest jako „lawendowa wyspa”. Rosnąca tam "Lavandula croatia" należy do najszlachetniejszych odmian w Europie i przewyższa jakością nawet lawendę prowansalską. Lawenda jest również rośliną leczniczą. Wskazaniem do stosowania wewnętrznego lawendy jest m.in. zaburzenie trawienia, zmniejszone łaknienie, jedną z ważniejszych właściwości jest działanie przeciwbólowe oraz uspokajające. Kwiat lawendy bywa składnikiem kropli uspokajających. Można ją także stosować zewnętrznie jako środek łagodzący nerwobóle, łagodne poparzenia słoneczne, jest ona wykorzystywana w aromaterapii oraz kosmetologii. Olejek lawendowy jest chętnie stosowany w inhalacji przy nieżytach górnych dróg oddechowych, przeziębieniach z dokuczliwym kaszlem. W kąpieli jest uznawany za środek relaksujący stosowany przy czynnościowych zaburzeniach krążenia. Lawendy używa się również jako przyprawy - najczęściej jako składnika ziół prowansalskich. Można stosować lawendę jako przyprawę do jagnięciny i królika.

23:58, emka1216 , ogród
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 28 września 2009

Kiedyś koleżanka moja Beata,  przywiozła sałatkę. Spojrzałam na nią i pomyślałam: żadna rewelacja. Kalafior podzielony na niewielkie kawałki, w sosie śmietanowym i co w tym może być  specjalnego? Kiedy spróbowałam przeżyłam szok smakowy.  Delikatny orzechowy posmak, ubarwiony czosnkiem i innymi przyprawami, spowodował, że moje kubeczki dostały kociokwiku.  Oczywiście natychmiast zażądałam przepisu. W sobotę gości mieliśmy i wykorzystałam go. Potrawa okazała się niezwykle prosta. Kalafior (oczywiście surowy) dzieli się na niewielkie różyczki, które następnie polewamy sokiem wyciśniętym z cytryny lub cytryn, w zależności od ilości kalafiora. W cytrynie tej macerować się powinien co najmniej godzinę. Przygotowujemy sos śmietanowy, lub jogurtowy, albo mieszany, ja użyłam śmietany własnej, czyli zrobionej z mleka prosto od krowy. Sos doprawiamy dużą ilością czosnku i innymi przyprawami w zależności od upodobań. Mój zawierał oczywiście Cayenne (ale kurkumy nie dodałam, bo jednak gorycz posiada), solimy go raczej mnie niż więcej. Sól jest jednak potrzebna. Pamiętajmy, że kalafiora macerujemy cytryną, a ta może spowodować ścięcie śmietany lub jogurtu. Osolenie śmietany powoduje, że do ścięcia i zakwaszenia nie dojdzie. Sosem zalewamy kalafiora z cytryną, mieszamy i odstawiamy na co najmniej godzinę.  Sos dokładnie oblepia różyczki, przez co wydają się jeszcze bardziej apetyczne. Następnie przystępujemy do konsumpcji.  Pychota!


 

Przyznam się, że  ja konsumpcję rozpoczęłam już w połowie macerowania kalafiora. Na skutek działania soku z cytryny zrobił się kruchutki i nabrał orzechowego smaku.

czwartek, 24 września 2009

Otulam się Twoją bliskością

na dobranoc,

na dzień dobry

i dobre południe.

W cieple Twojej czułości

zapominam,

że to już jesień…

wtorek, 22 września 2009

Dobranoc z kolejnym dinozaurem.

 

poniedziałek, 21 września 2009

Jedno z nas nie może się mylić

Zapaliłem zielony ogarek
By zazdrość ukłuła cię też
Lecz zleciały się zewsząd komary
Na wieść, że już można mnie zjeść
Zebrałem więc pył
Z szarych nocy i dni
I wsypałem w twój but pełną garść
Postąpiłem jak zbój
Dewastując twój strój
W którym przecież podbiłaś ten świat
Do lekarza zaniosłem swe serce
Powiedział, że nie jest tak źle
I sam sobie wypisał receptę
I imię wymienił mi twe
I zamknął się sam
W bibliotece a tan
Z naszych nocy doniesień miał stos
Dowiedziałem się wnet
Że skończony to człek
Że praktykę zaniedbał ten gość

Pewien święty też kochał się w tobie
Słuchałem go przez jakiś czas
Nauczał, że miłość powinna
Silniejszy niż złoto słać blask
Już bym wiarę mu dał
Już przekonać mnie miał
Lecz utopił się święty ów mąż
Ciało znikło a duch
Nieśmiertelny za dwóch
Dalej bzdury te same plótł wciąż

Zaprosił mnie pewien Eskimos
Wyświetlił najnowszy twój film
Nieszczęsny dygotał jak listek
I siny od zimna aż był
Przypuszczam, że zmarzł
Gdy wiatr suknię ci zdarł
I już nigdy nie przestanie się trząść
Wyszłaś pięknie, mój śnie
W tej zadymce, we mgle
Proszę pozwól, niech wejdę w twój sztorm

tłumaczenie Maciej Zembaty

Jechałam dzisiaj ze wsi do miasta. Pięknie było. Mgły unosiły się nad drogą, słońce przez nie przeświecało na czerwono, a pola wygladały jak pod kołdrą uplecioną z tysiąca promieni. Pięknie było i smutno. Może nie tyle smutno ile melancholijnie. Dni zanim się zaczną porządnie, opatula nagle ciemność. Zaczynam nowy tydzień w mieście. Wieczory tutaj oznaczają powroty z pracy o zmroku  i  są czerwone i samochodowe.

Czas mija za szybko i niezauważalnie. Kiedy się zatrzymuję, z przerażeniem zauważam, że ostatni mój przystanek jest już niewidoczny, a między nimi szara mgła, ukrywająca zdarzenia, o których chciałoby się pamiętać i przeżyć jeszcze raz.

niedziela, 20 września 2009

Rudbekia i jeżówka jeżeli chodzi o pokrój i kształt kwiatów  są bardzo do siebie podobne. Obie pochodzą z tej samej rodziny – astrowatych. Różnią się jednak kolorem, jeżówka to purpura i fiolet, a   rudbekia (Rudbeckia L.) to słoneczne żółcie.   Gatunek ten obejmuje  ok. 35 gatunków bylin i  roślin jednorocznych. Pomimo, że większość uważa ją za gatunek rodzimy to, należy wspomnieć, że pochodzi z Ameryki Północnej,  a do Europy trafiła dopiero w XVIII wieku.  W Polsce w środowisku naturalnym występują tylko dwa gatunki: rudbekia naga i rudbekia owłosiona. Nazwę rudbekia nadał tej wdzięcznej roślinie Karol Linneusz aby uhonorować jednego ze swoich uczniów – Olafa Rudbecka. Dorasta do 60-70cm wysokości. Posiada mocno porozgałęziane łodygi, na których widnieją jajowate, ząbkowate i połyskliwe liście. Jej kwiaty mają 12cm średnicy, są koloru żółtego i składają się z języczkowatych płatków.

 

Rudbekie są idealnymi roślinami dla ludzi zapracowanych, spragnionych bujnych, długo kwitnących i trwałych kwiatów – czyli takich ja JA. Są mało wymagające i łatwe w uprawie, a ich rozmnażanie jest bardzo proste. Należące do rodziny Compositae (złożonych), rudbekie łatwo rozpoznać po budowie kwiatostanów, zwanych koszyczkami. Mają one charakterystyczne środki w formie purpurowoczarnej główki, otoczonej języczkowatymi złotożółtymi płatkami. Amerykanie nazywają rudbekię czarnooką Zuzanną (Black-eyed Susan). Kwitnie od lipca do października. Jeżeli będziemy usuwać przekwitłe kwiatostany, będą zawiązywać nowe pączki i przedłużymy ich kwitnienie. Bardzo lubię kolory późnego lata i jesieni, a rudbekia dodaje im intensywności co nie miara.

13:04, emka1216 , ogród
Link Komentarze (10) »
piątek, 18 września 2009

Tak wyglądała kiedyś Twierdza Kostrzyn:

Tak teraz:

PS. Nie piszę o pobycie, bo najlepiej opisuje to Krogulec na Plamce, a z nim równać się nie mogę.