Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
sobota, 13 października 2012

Obfotografowałam nieznajomego. Stawiam na zmutowany czosnek olbrzymi. Zmutowany bo mu się pory roku pomyliły.

Na tym zdjęciu trudno jest znaleźć mojego nieznanego gościa w ogólnym bałaganie, wskazuję więc, że to ten wysoki badyl.

Taka poglądówka jest potrzebna dla zobrazowania wysokości.

21:13, emka1216 , ogród
Link Komentarze (12) »
niedziela, 07 października 2012

Jesień wcale nie oznacza, że kwiaty przestają kwitnąć a kolory znikają z ogrodu.  Jest początek października, a ogród jaki był kolorowy, taki nadal jest. Może nie posiada letniej intensywności, ale nadal cieszy oczy wielobarwnymi plamami. Nasturcje kwitną i wcale dobrze się mają. Również do pierwszych przymrozków będą kwitły dalie, które zawiązują wciąż nowe pąki.

Marcinki i kosmosy tworzą plątaninę zieleni i kolorów,

a róże, jak to róże kwitną i kwitną, i kwitną ...

Hortensje przebarwiają płatki i szykują się do głównej roli w zimowych suchych bukietach.

A w ogóle to na środku klombu zakwitł mi wysoki kwiat, którego nazwy nie znam, choć jestem pewna, że własnymi ręcami....

Może ktoś z Was pomoże mi go rozszyfrować?

Nawłocie - polskie mimozy,

żółcą w moim ogrodzie płoty i choć wiem, że będę z ich ekspansywnością walczyć na wiosnę, nie usunę ich.  Za bardzo lubię je jesienią.

17:23, emka1216 , ogród
Link Komentarze (28) »
czwartek, 27 września 2012

Lubię ciepełko i bez względu na upały, zawsze chwalę lato. Przecież takie krótkie je mamy w naszej strefie klimatycznej.  Jednak wiosna i jesień mają bardzo istotną, z punktu widzenia pstrykacza, zaletę - są bardziej  pomysłowe w tworzeniu wzorów na niebie oraz infrastruktury  naturalnej. No industrialnie się zrobiło! ;) Ale czy nie macie wrażenia, że podwieszany sufit nad kukurydzą lada moment spadnie? 

Lubię jesień za nostalgię i malowniczość w jej wyrażaniu. A szczególnie za to, że każdy kawałek oglądanego świata zmusza do zatrzymania się i zastanowienia.

Miłego dnia.

niedziela, 16 września 2012

Byliśmy dzisiaj z Anią Felixianą i Ziemianinem  na spacerze w lesie. Spacer odbył się pod pretekstem poszukiwania grzybów, o których wiadomo, że w niedzielę po południu, nie uświadczysz ich w lesie wcale. Nie dość, że miejscowi zbierają, to jeszcze w czasie łykendu miastowe przyjeżdżają i robią czystkę w leśnych zapasach. Ale, jak napisałam, grzybobranie to hasło było, a faktycznym powodem była chęć pooddychania leśnym dotlenionym powietrzem. Od tego powietrza to się w głowie kręciło.

 A w ogóle to jesień się zbliża, pajęczyn co nie miara, błyszczą wszystkimi kolorami tęczy w przedzierającym się przez korony drzew, słońcu. 

Słońce na ciepło żółto załamuje się nad jeziorem.

Tak romantycznie się nagle zrobiło i spokojnie. A wczoraj przyłapałam żurawie na polu.

Powoli zaczną się zbierać i malować klucze na niebie.

Oby nam jesień nastała ciepła i długa!

czwartek, 13 września 2012

Mały montaż. Miałam minkę Ignacego jak zobaczył i miałam osobno samolot. Wspólne zdjęcie - Ignacy od tyłu. Pozwoliłam sobie na fotomontaż, który pozwala na cieszenie się odkrywaniem świata przez małego człowieka.

wtorek, 11 września 2012

Szczęście Moje pszczółkami się zajmuje a mnie użądliła jakaś paskudna bakteria, grypę przynosząc pomięszaną z jakimiś dziwnymi objawami. Od piątku do wczoraj spałam wypacając siebie hektolitry wody, dzisiaj z lekka silniejsza rozpoczynam aktywność mózgową, bo fizyczną nie za bardzo. Mówienie jeszcze przychodzi mi z trudem, ale powoli, mam nadzieję uda mi się odzyskać struny głosowe.

Te cztery dni wspominam z lekka jak przez mgłę. A tak bardzo chciałam jechać ze szczęściem moim na Pożegnanie Lata na Lednicę! A tu nic z tego!  Kochane zdrowie .... Za oknem mam nadzieję, że nie ostatnie dni ciepełkiem gładzące, a ja gniję w łóżku i tylko przez okno spoglądam na słoneczko.

Tęsknię również dlatego, że zakupiłam filtr polaryzacyjny i chciałoby mi się poeksperymentować trochę ze zdjęciami. Zaraz po kupnie zrobiłam kilka fotek (w załączeniu) , ale to tylko pierwsze koty za płoty i rwie mnie gdzieś w plener. A tu kicha! Zdrowia czytaczom i sobie życzę i ciepłych jeszcze wielu dni!

czwartek, 30 sierpnia 2012
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Wczoraj Zen zasugerowała, że może wypaliłam się blogowo. Nie,  to nie tak. Zbyt dużo się dzieje i nie tylko brak jest czasu na pisanie, ale też wybór tematów trudny. Nadmiar wrażeń powoduje, że trudno jest się skupić na jednym. Postaram się w dogodniejszej chwili zdać relację z tego co było. A działo się oj działo! Na zachętę przedstawiam mrowisko - specjalność Suwalszczyzny.

Ponadto blogosfera zawsze była dla mnie stolikiem kawiarnianym, przy którym fajnie jest pogawędzić z fajnymi ludźmi. Jednak jeżeli człowiek ciągle się spieszy, to i pogawędka jest nijaka i bez treści. Zaczynam jednak uzdrawiać swój czas i powoli znajduję go też dla siebie i dla swoich potrzeb. Spędziliśmy z Ziemianinem popołudnie w lesie, naznaczone plamami słońca i zapachem ziół. Grzybów brak, bo i za sucho. Za to po drodze natknęliśmy się na polu na stado kóz.

Czyli nie tylko w górach stada się zdarzają ;). Popołudnie minęło spokojnie i bez pospiechu, który warunkuje ostatnio nasze dni. Niesamowite, jak jedno popołudnie potrafi naładować energetycznie. ile się chce i jak bardzo jasno nagle patrzy się na nadchodzące dni. I tego na przyszłość życzę Wam i sobie również. Dobranoc, miłych snów.

sobota, 25 sierpnia 2012

Jakoś mi tak niepisato. Tyle wokół się dzieje, a ja nie umiem przelać tego na ... klawiaturę. Chandra letnia mnie dopadła i kręci mną w te i we wte. Szczerze zastanawiam się nad brakiem wpisów, bo przecież z czym jak z czym, ale z pisaniem problemów nigdy nie miałam. Kiedyś zakonowtowałam, że moje pisanie nabrało naleciałości zawodowych. Natychmiast starałam się je eliminować. Było też tak, że zaczynałam pisać szmirowato. Teksty również szły na odstrzał. A teraz po prostu opanowała mnie niemoc, NIEMOC PISATA.  Nie chce mi się, nie mam pomysłu i w ogóle jest do kitu. A przecież nie umiem żyć bez czytania i ... pisania! Siedzę więc na fotelu przed kompem i obserwuję Ziutę - kotkę baletnicę. Patrzę na jej smukłą sylwetkę i podziwiam harmonijność ruchów, kiedy przechodząc przez pokój, stawia delikatnie drobne łapki, a jej ciałko balansuje w sposób doskonały czując środek ciężkości. Aksamitny skok i bezgłośnie ląduje na  stole. Ziuta ostatnio przeżywa traumę. Pojawił się w domu nowy lokator, tymczasowo nazwany Ciokotem.

Ktoś go znalazł przywiązanego w lesie, ktoś przyniósł do nas i tak objawił się na salonach ziemiańskich kolejny miękkołap. W oczach Ziuty zagościło oburzenie i niedowierzanie.

Czuje się jak zdetronizowania królowa. Daje nam to do zrozumienia odmawiając posiłków i usuwając się z pola widzenia. Czekamy na konfrontację. Młody  niedoświadczony, jak to młody, nie zdaje sobie sprawy z narastającego napięcia. Spija mleczko i jak gdyby nigdy nic wyleguje się gdzie popadnie.

A w ogrodzie? A do ogrodu powoli wkracza jesień.

środa, 08 sierpnia 2012

Zen podaję linka do dżemu :)

http://ziemianinwkuchni.blox.pl/2011/08/dzem-z-pomidorow-pysznosc-niezwykla.html

wtorek, 07 sierpnia 2012
sobota, 04 sierpnia 2012

No i nadszedł czas pomidorów, a co za tym idzie rozpoczęłam produkcję adżyki, o której pisałam więcej tutaj i tutaj. Pomimo rozpoczęcia sezonu pomidorowego, to nie one mnie sprowokowały do pierwszej produkcji. Zarówno w mieście jak i na wsi, rozpoczęły swoje owocowanie dyniowate. Zmodyfikowałam trochę przepis i  w ruch poszły kabaczek i cukinia. Wczoraj wieczorem  wpadłyśmy z Elą  w zamieszanie przetwarzalnicze.

Ela pokroiła dyniowate w kosteczkę. Uparzyły się pod przykrywką w woku i poszły do blendera. W tym czasie   Ela wydłubała "dupki" z pomidorów i obrała chrzan, a ja czosnek i papryczki chili.  Przypominam, że papryczki, chrzan i czosnek w tych samych ilościach.  W blenderze zmiksowałam pomidory z czosnkiem, chrzanem i papryczkami i nowym składnikiem - bazylią.

Wszystko razem wymieszałam i odparowałam. Ostre jest jak diabli, ale lubię takie! 

Gorącą masę włożyłyśmy do słoików i z dumą patrzyłyśmy na efekt.

wtorek, 31 lipca 2012
sobota, 28 lipca 2012

No tak, zamiast cieszyć się dniem wolnym, jako się należy ludowi pracującemu, siedzę od rana przy komputerze i walę w klawisze.  Lubię swoją pracę .... ale chyba coraz mniej! Wymaga zbyt dużej dawki samodyscypliny, a mnie się już nie chce. Wolałabym żeby ktoś za mnie myślał.  A ja poświęciłabym się ogrodowi i myślałabym jak by tu wzbogacać kolekcje kwiatów ot choćby jeżówek (echinacea),

o której szerzej pisałam TUTAJ.  Patrzyłabym  w niebo i zachwycała się mamami jaskółkami i ich maleństwami, które już się nauczyły latać.

Chodziłabym po lesie i przy okazji robienia zdjęć, 

wyszukiwałabym co ładniejsze oazy grzybów.

Oj rozmarzyłam się. A co nie wolno?:)

piątek, 27 lipca 2012

Siedzę na krzesełku w kuchni, właśnie zeszłam z tarasu, na którym zakończyłam dluuuugą lekturę sagi Martina  pt  „Gra o tron”, i spływam ciekłą solą. Właściwie to soli już we mnie nie zostało wiele, a płyny nie wiem skąd się biorą, choć wszelakość ich i ilości niezmierzone  chłonę jak gąbka.  Ale nie narzekam. Po raz, że żniwa mamy z Ziemianinem i słońce ma być. Po dwa, tak krótkie lato mamy w tym naszym umiarkowańcu, że trzeba cieszyć się każdą chwilą ciepełka, choć to ciepełko źle może na nas działać. Mnie ostatnio nie służy, ale może wiek nie ten, no i w pracy zamiast na urlopie.  Urlop urywam kawałkami. A to rodzina, a to przyjaciele objawiają się w naszych progach. Staram się dzielić swoją osobę, pomiędzy miasto i wieś, ale mam wrażenie, że trochę sił i brakuje. We wtorek na ten przykład przewędrowałam z gośćmi moimi kochanymi (pierwszy raz kuzynka z mężem i dziećmi objawili się u mnie), z jednego końca Poznania  na drugi.  Na ogrody, z ogrodów tramwajem na al. Marcinkowskiego. Potem cały Stary Rynek,

 

zamek Przemysła zwany gargamelem  itp. I koziołki,

i koncert organowy w Farze.

 Następnie do Katedry na Ostrów Tumski,

a stamtąd nad Maltę. Krótka przejażdżka Maltanką,

kolejką specjalną i dalej w nowym ZOO. A musicie wiedzieć, że poznańskie nowe Zoo, to ogród, w którym największe prawa mają zwierzaki. Przestrzenie więc im zafundowano takie, że człowiekowi dwa dni nie starczy, żeby je porządnie obejść.  Obejść to obejść, ale zobaczyć zwierzaka to jest sztuka! Przy czwartym zwierzątku (ok. 3km), stwierdziliśmy, że jednak wracamy i nawet dzieci nie chciały oglądać lwów.  Choć siły sześciolatka i ośmiolatki okazały się niespożyte,

my dorośli padaliśmy na pysk, a one zamiauczały i dalej do przodu. A przy wyjściu z Zoo był plac zabaw,

który nam dał wytchnienie, a im radość.  A całe te wojaże uskutecznialiśmy w pełnym słońcu i upale trzydziestostopniowym. Udało się nam  szczęśliwie z tego drugiego końca wrócić taksówką.  Jak wspomniałam wcześniej dorośli cierpieli, ale dzieci zabrały się za podlewanie ogrodu!  Radości było co nie miara. I wyobraźcie sobie, ja zwierzę samochodowe nie poczułam następnego dnia  nawet najmniejszego bólu! Czułam znużenie i owszem, ale o fizycznych dolegliwościach ni było mowy. A znużenie? No cóż… Wyrywałam te chwile z nawału zajęć, do których musiałam natychmiast po przyjemnościach jednodniowych wrócić. Chyba wezmę chorobowe na chroniczne zmęczenie!



poniedziałek, 16 lipca 2012
 

Jedna taka, Oksyd się nazywa, narzeka, że w jej życiu nic się nie dzieje, tylko tak normalnie, spokojnie i bez nerw. A ja bym tak chciała! I mnie się marzy... nie kurna chata, ale czas. Czas dla siebie, dla ogrodu - to właściwie jedno znaczy. Wiem, że jestem nudna, bo ciągle o tym samym, ale czas letni, już drugi rok, oznacza dla mnie zintensyfikowanie wysiłków. Nagromadzenie zadań i celów. A mnie się po prostu nie chce, ale muszę! Nastała teraz  pora pomidorowo-floksowa.

Chciałaby się posiedzieć w ogrodzie wieczorem powdychać lekko wytrawny zapach floksów, które czarują aromatem lata w pełni. Popodglądać rozkwitanie jeżówek. W jeżówkach (echinacea), jestem zakochana i moja kolekcja powiększa się z roku na rok. Kiedyś poświęciłam im jeden wpis, w tym roku po ich pełnym rozkwitnięciu (zdjęcia!), poświęcę na pewno drugi. Mam już pierwsze pomidorki, takie wczesne, bezwilkowe. Kto hoduje pomidory, wie o co chodzi. Są nieduże, ale smakują słońcem. Dzisiaj objawił mi się mały ogrodnik, który biega z konewką i bardzo stara się pomóc.

Chyba będzie z niego pociecha.

Dobrej nocy życzę.

środa, 11 lipca 2012

Cóż to jest 3D? Wg najkrótszych, nie wdających się w szczegóły  definicji,  udostępnionych przez babcię Wikipedię to: przestrzeń trójwymiarowa – potoczna nazwa przestrzeni euklidesowej o trzech wymiarach;  grafika trójwymiarowa – nazwa jednej z dziedzin grafiki komputerowej;  stereoskopia – technika oddająca wrażenie normalnego widzenia przestrzennego. Zwykle tak mniej więcej  o tym pojęciu myślałam. Do wczoraj. Otóż wczoraj zawierając w sklepie umowę kupna-sprzedaży, nabyłam papier toaletowy, na którym jak byk stoi napisane: "3D"!!! Po wejściu do domu natychmiast rozpakowałam opakowanie i z nabożeństwem zaczęłam  przyglądać  się rolce stworzonej z materiału: miękki papier, na której wytłoczono wzorki, oczekując bliżej nieokreślonych wrażeń. I nic! Pomyślałam, że jak długo będę się gapić to może osiągnę stan podobny do zabawy z obrazkami - mamidłami. I nic! Zaczęłam podejrzewać, że 3D to znaczy, że trzeba trzy razy podcierać i wtedy będzie efekt? Spraktykowałam. I nic! Ostatecznie naszła mnie myśl, że może każdy płatek przeznaczony jest do trzech d..p. Nie sprawdziłam jednak, czy faktycznie takie przeznaczenie stworzyłoby efekt trójwymiarowości  i nie mam zamiaru. Zastanawiam się czy nie zareklamować. Ostatecznie nawet nie z powodu jakości papieru, ale dlatego, że producent nie opisał jak należy traktować taki papier.   Czego to firmy nie zrobią dla przyciągnięcia uwagi klienta!

P.S. A że fuksje kwitną jak szalone, z fuksjowym pozdrowieniem życzę miłego dnia.

10:26, emka1216
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 09 lipca 2012

Przez całe moje świadome życie nie byłam w Ciechocinku, a przynajmniej nie pamiętam tego. W tym roku, na skutek różnych  splotów okoliczności,  nawiedziłam popularny niegdyś kurort, już drugi raz. Tym razem z Ziemianinem. W chwili wolnej uskuteczniliśmy niedługi, acz owocny spacer. Byliśmy w pijalni wód Krystynka

i zaczerpnęliśmy ze źródełka.

Tym razem skupiałam się na żałości z powodu podupadłości tego znanego kiedyś uzdrowiska, o którym przecież piosenki śpiewano.

Kiedy patrzyłam na pozostałości po dawnej świetności Ciechocinka, nie mogłam zrozumieć dlaczego i jak można było  dopuścić do takiego wyniszczenia tak pięknej substancji. Zresztą nie dotyczy to tylko tego miejsca. To problem ogólnopolski. W Ciechocinku się mówi, że jak konserwator zabytków za mocno naciska, to nagle wybucha pożar, który trawi niewygodny budynek.

Cóż drewno, szczególnie stare, nie jest odporne na żywioł. Drugim problemem są budynki odzyskane przez potomków niegdysiejszych właścicieli, którzy następnie nie mają na nie pomysłu i ... kasy.

Kiedy patrzy się na niszczejące zabytkowe tężnie, nóż się w kieszeni otwiera, który może jedynie poranić przez przypadek jego właściciela w miejsca intymne. Brak pomysłu i oczywiście brak, przywołanej wcześniej, kasy, stwarza barierę nie do pokonania. Która nie pozwala walczyć również z kiczem wszechpanującym.

Chociaż, jak ktoś z tuziemców mi zaszeptał, chyba kilka osób chce wyciągnąć to piękne miasteczko ze stagnacji. Życzę im powodzenia ze szczerego serca.

PS te widoczki, to wcale nie z obrzeży, to samo centrum!

piątek, 06 lipca 2012
środa, 04 lipca 2012

Dawno mnie tutaj nie było. Natłok obowiązków, gości co nie miara, spowodowały, ze siły nie miałam na zaglądanie do kompa. Przyjechała do mnie córka kuzyna z Kanady. Biegałam do pracy a potem z nią po Poznaniu. Zaczęłyśmy od Nocy Kupały, a potem różne takie inne. Prawdziwą przyjemność sprawił mi spacer po Starym Rynku. Uświadomiłam sobie , że tak dawno nie łaziłam po mieście, że prawie zapomniałam jaki jest piękny. Zaczęłam się zastanawiać gonitwą opanowującą moje życie, pozbawiająca mnie tak normalnych przyjemności jaką jest zwykły spacer. Stwierdziłam, ze powoli tracę umiejętności pisania o sprawach innych niż zawodowe i ... co najgorsze zapominam o moim aparacie. na Rynku było gwarno i kolorowo. Fontanny popryskiwały wodą,

a młoda para spacerowała z fotografem wśród malowniczych kamieniczek.

Znalazłam się w innym świecie, radosnym, przyjaznym, nie obciążonym terminami i zobowiązaniami. Nawet huk lecącego nisko samolotu, z uwagi na niski pułap chmur, nie zakłócił mojego dobrego nastroju.

P.S. Na zakończenie - przy domu śpiewają mi ptaszęta. Bardzo głośno, co mi nie przeszkadza. Ostatnio Ziemianin mi oznajmił, że to słowiki. Popatrzyłam na drzewo i pomyślałam, że wypasiony ten słowik, no i ... na brzozie w dzień!? Poleciałam po aparat i udokumentowałam rozdziawiony pomarańczowy dziób czarnego "słowika"! ;)))

niedziela, 01 lipca 2012
piątek, 22 czerwca 2012

Poznań Most Rocha, Noc Kupały nad Wartą. Puszczałam w niebo lampiony!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Wszyscy wokół powtarzają, powinniśmy się uczyć od Irlandczyków. I powinniśmy. Bo jest czego. Patrzyłam dzisiaj na transmisję meczu Włochy-Irlandia i patrzyłam również na pożegnanie jakie kibice irlandzcy przygotowali swojej drużynie. Nawiasem mówiąc patrzyłam w ekran telewizora a słyszałam w stereo. W mieście mieszkam w pobliżu stadionu. Super słyszałam i tylko malkontenci mogą mówić o zakłócaniu spokoju wieczornego. Tego rodzaju imprezy nie odbywają się codziennie i ja się cieszę, kiedy patrzę na świętujące miasto. A kibice irlandzcy dodali mu tyle kolorów i radości, że zastanawiam się jak Poznań przeżyje ich brak. Zrobi się pusto i smutno - czyli normalnie. Wróci ulica z twarzami pełnymi napięcia i niedoczasu. Tli się we mnie jednak nadzieja, że może  trochę tej zielonej radości nam zaszczepią. Nie mam żadnego zdjęcia koniczynki, niech więc żal, że nas opuszczają, wyrazi ta mała łezka na zielonym.

niedziela, 17 czerwca 2012

No i nie udało się. Mam wrażenie, że nasi kiedy grają pod presją, jak w meczu z Rosją, potrafią z siebie wykrzesać nadsiły. Wczoraj pewność wygranej prezentowana przez wszystkich osłabiła ich psychicznie. Nawet moja biało-czerwona kompozycja ogrodowa nie pomogła!

Faktycznie jednak to jest młoda drużyna, która dużo jeszcze musi się uczyć. Moje życie toczy się pomiędzy miastem a wsią. Ostatnio z powodów różnych bardziej w mieście, nad czym boleję. Czas wiejski poświęcam w większości ogrodowi, który zaniedbany przez ostatnie dwa lata, odwdzięcza mi się w dwójnasób. Wszystko kwitnie jak szalone. Kaskady jaśminów zatrzymują wzrok na długo. A do tej pory kwitnące piwonie zachwycają kształtami i zapachem. 

Potwory są szczęśliwe z powodu całodziennej obecności ludzi w ogrodzie. Ostatnio Maks wymyślił sobie nową zabawę. Próbuje ugryźć strumień wody.

Szczególnie zajmuje się tym kiedy podlewam wieczorem rośliny. Ubaw ma z tego po pachy. Prycha kicha i cały czas kłapie szczęką. Ambitny jest.

Może kiedyś uda mu się osiągnąć niemożliwe i ugryzie paskudę. Osiągnięcia na razie  niemożliwego, życzę również naszym biało-czerwonym. Będę na to czekała z utęsknieniem. Pamiętam Mundial z 1974'ego, pamiętam emocje i radość. Chciałabym jeszcze kiedyś raz to przeżyć. Czego i Wam życzę.

piątek, 15 czerwca 2012
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21