Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?
poniedziałek, 31 października 2011
 

No i mnie również dopadło. Nie wiem co to było, ale gardło obolałe i glutowate mówić nie pozwalało, a katar pozbawiał mnie możliwości oddychania. Oczywiście dopóki nie padłam do pracy chodziłam i dobiłam się do końca. Pani doktor w te pędy zaordynowała antybiotyk i takie różne, zwolnienie i bezwzględne leżenie plackiem co najmniej dwa dni. Ja leżę już dzień czwarty i dzisiaj delikatnie zacznę łazić po domu. Zresztą z moimi chorobami zawsze jest dziwnie, ponieważ nie miewam gorączki. Żaden lekarz w to nie wierzy i na siłę ładuje we mnie leki takową zbijające. W związku z tym, że są to również leki przeciwzapalne, faszeruję się nimi i w efekcie w porywach mam 35,8stC. Dwa dni temu osiagnęłam prawie dno bo termometr wykazał 34,6. Poleciałam po drugi dla sprawdzenia, potwierdził. Przedwczoraj Szczęście Moje zabrało mnie na wieś i opiekuje się mną pięknie. Zabrało mnie z kurami. Całe szczęście.

 

W zeszłym tygodniu zakupiwszy cztery nioski zapakował je do szklarni, na czas pobytu w mieście i zapomniał o nich. W związku z tym cały tydzień miałam cztery dodatkowe gęby do żywienia, ale za to jajami się odwdzięczyły. Najbardziej mi żal, że aleja dojazdowa do domu mieni się rudościami, a ja nie mogę pstryknąć fotki, bo nie wytykam nosa poza sypialnię. A, ze się znów powtórzę, jesień mamy niezwykle barwną tego roku.  Mam nadzieję, że przymrozki przyjdą nie za bardzo ostre i dadzą żyć młodym pędom róż, które rosną jak szalone.

 

Mam nadzieję, że jutro podjadę focić aleję, natomiast czas aktualnie wykorzystuję na douczanie się focenia. Niestety pole do popisu nieduże, bo ile razy można fotografować przeciwległą ścianę i bałagan na bieliźniarce!

 
poniedziałek, 24 października 2011
 

Jak to Wam poprzednio napisałam, Ziemianin pobywał w mieście dłużej niż zwykle. I Jeszcze raz poszliśmy do kina! Po raz pierwszy w Poznaniu gościł ze swoją trzecią edycją Food Film Festiwal. Wczorajszy wieczór spędziliśmy więc najpierw na seansie finałowym. Pokaz filmu "Tost Historia chłopięcego głodu" wg autobioograficznej powieści Nigela Slater'a, rozpoczął się degustacją cytrynowych tartinek, a zakończył konferencją telejakąstam z Nigelem Slaterem, który przebywał w tym samym czasie w Warszawie i odpowiedził na  kilka głupich i jeszcze głupszych pytań widzów warszawaskich i poznańaskich. Kolacja po seansie była w  restauracji Toga. Autorem potraw był Adam Chrząstowski - kucharz polskiej prezydencji,

 

Na deser dostaliśmy cytrynową tartę.   Tarta ta w filmie odgrywa jedną z głównych ról. Wszystkie zresztą potrawy przygotowane przez Pana Adama i serwowane podczas kolacji, 

 

nawiązywały tematycznie do filmu.   Atmosfera w Todze, dzięki jej właścicielom

 

i jakości kuchni, jest niepowtarzalna. Bywam w Todze, pomimo zmiany jej lokalizacji, od lat. Kulinarnie pysznie było z jednym ale. Kolacja rozpoczęła się o 22 a zakończyła o pierwszej w nocy. Dzisiejszy dzień w pracy przespałam na stojąco.  Ale warto było!

sobota, 22 października 2011
 

Piękną jesień mamy tego roku. Wiem, nie jestem oryginalna, ale trudno tego  nie powtarzać.

 

No i cud się stał! Po raz pierwszy od bardzo dawna Ziemianin zawitał do miasta. Aż na cały łykend. Oczywiście nie ze względu na mnie, ale na swoje zobowiązania. A że ja przy okazji załapię się na kolację przygotowaną przez Adama Chrząstowskiego, chwała mu za to. A Ziemianin to nawet do kina mnie zaprosił. Wprawdzie w repertuarze nie było Pingwinów z Madagaskaru, ale za to Trzej Muszkieterowie w 3D. Oglądnęliśmy więc kolejną adaptację powieści A. Dumas'a i nie żałuję. Pośmiałam się nieco  i 3D zobaczyłam po raz pierwszy. Trochę przesadziłam, jednak zawsze w pleceniu trzy po trzy,  jak się dobrze poszuka, trochę prawdy można znaleźć.  Jest jednak niezaprzeczalnym, że od dawna po raz pierwszy mam Szczęście Moje tylko dla siebie, z małymi przerwami,  przez dwa dni i dobrze mi z tym. Niezaprzeczalnym też jest, że gdybyśmy byli na wsi, nie zobaczylibyśmy naszego gościa, który zawitał do ogrodu i kradł winogrona.

 

Musi być naprawdę bida, skoro kuna domowa zawitała do centrum miasta. Niech jej winne gronka na zdrowie wyjdą.

środa, 19 października 2011
niedziela, 16 października 2011
 

W domu w mieście mam ciepło. W domu na wsi na skutek rożnego rodzaju remontów i przeróbek mamy albo ciepłe kaloryfery, albo ciepłą wodę. Ciekawe jak sobie z tym poradzi instalator. Weranda ponoć jest skończona, tylko drzwi nie ma i jeszcze trzeba uszczelnić! Ale, ale dosyć wyrzekania. Ostatnie dni były piękne, słoneczne,  pełne pogody ducha, życzliwości, smacznego żarełka i przyjaciół domu.  Nie spodziewając się gości, nabyłam niestety jedną tylko kaczuszkę, która w obliczu zbyt wielu  zainteresowanych, malizną leciała.

 

A pyszna była. Zrobiłam ją tak przy okazji. Przy okazji konieczności wykonywania pracy zawodowej, która zajęła mi bite dwa dni łykendu.  Tę kaczuszkę to Ziemianin opisze na pewno na swoim blogu.  Ja, jako skromny wykonawca i rzemieślnik, a nie poeta opisów kulinarnych,  na razie przemilczę sposób pitraszenia.  Łykend jak wcześniej zaznaczyłam pracowity. Goście sobie hasali po okolicy, na grzybach pobywali, a ja z papierami walczyłam, pokonując przeciwności losu przy pomocy pomysłowości Szczęścia Mojego. Mieszkanie w małych miejscowościach ma wiele zalet, ale i kilka wad. Skończył mi się tusz w drukarko-kopiarce i kroiła mi się perspektywa  poranno-niedzielnego wyjazdu do miasta do biura, celem skończenia rozpoczętej pracy.  Niestety w małych miasteczkach wszelkiego rodzaju dostępność tego rodzaju specjalistycznych rzeczy,  kończy się z wybiciem godziny trzynastej w sobotę i wymiera do poniedziałku.  Ziemianin wykoncypował, że skoro córka z wnukiem zamierza nawiedzić dziadków, to po drodze może w jednym z wielkich marketów dokonać stosownych zakupów. Tak też się stało. Mogłam prawie skończyć przygotowania do poniedziałkowego dnia pracy.  A na zewnątrz jesień atakuje kolorami

 

i wcale nie chciało mnie się siedzieć w chałupie i dłubać w kompie. Cóż podobno jeszcze do końca października ma być pięknie. I oby tak było, czego i Wam i sobie życzę.

wtorek, 11 października 2011

... i zatelefonowała do kochanej Felixiany - fachowca od ciepłownictwa, posłała zdjęcia pieca i po krótkiej konsultacji w domu stała się ciepłość!

Aniu dziękuję

15:59, emka1216
Link Komentarze (11) »

Oczywiście blondynka nie umiem włączyć pieca. Serwisanci dają takie terminy, ze czeka mnie kilka dni zimnego chowu. Brrrr

poniedziałek, 10 października 2011

Zimno, smutno, słotnie i ... chyba katarowo.

poniedziałek, 03 października 2011
 

Użeram się ostatni z jakimiś kretyńskimi problemami, które nigdy nie powinny były zaistnieć. Oczywiście w normalnej rzeczywistości. Podobno ludzie nie mają pracy i jej szukają. Jakoś po ostatnich doświadczenia nie bardzo w to wierzę.  Jak wiecie, opiekuję się teraz dwoma dużymi ogrodami. Fizycznie nie daję rady. Postanowiłam więc do ogrodu w mieście poszukać pomocy. Dostałam adres do bardzo „solidnej” firmy. Przyjechał młody człowiek, powymienialiśmy fachowe uwagi. Powiedziałam, że chcę utrzymania ogrodu w takiej postaci w jakiej jest. Zrozumiał o czym mówię i oznajmił, że wycenę zrobi po pierwszej pracy, a zacznie ją w ciągu tygodnia. Czekałam trzy tygodnie i nikt się nie pojawił. W tzw międzyczasie posiłkowałam się dorywczą pomocą Małgosi, którą przywoził ze wsi Ziemianin. Około miesiąc temu dowiedziałam się, że znajomi znajomych  młodych ludzi, chcą rozpocząć działalność ogrodniczą. Spotkałam się na początku tygodnia. Wprawdzie, kiedy zapytałam „szefa” czy się na tym zna, a on mi odpowiedział, że przecież ze wsi jest, lampka mi się zapaliła. Jednak szansę dałam. A co mi tam, stawiam na młodych. Obiecali przyjazd  w sobotę. W związku z tym, że miałam być nieobecna, zadysponowałam, że najbardziej zależy mi na odchwaszczeniu tylnej części ogrodu (ok. 300m2), bo sąsiedzi mnie niedługo zjedzą, oraz oznajmiłam, że wprawdzie żywopłoty i trawę trzeba przyciąć, ale to może poczekać. Kiedy pojawiłam  się w poniedziałek, ujrzałam moje chwasty jeszcze większe niż były, ale trawę i żywopłoty przycięte. Mieli wywozić worki z zielskiem, ale zostawili je na środku ogrodu. Zatelefonowałam i zapytałam o co chodzi? Młody człowiek oznajmił, że nie mieli czasu i że w następną sobotę zrobią tak jak trzeba. Przez następną sobotę, pracując w trojkę  odchwaścili połowę z 300 metrów, truskawki zostawili nieprzycięte, a ilość worków w kolorze blue urosła. Kolejna miniona sobota minęła pod znakiem braku moich pomocników, a ich szef przysłał sms’a, że  on musiał wyjechać, ale jutro przyjdzie kolega i zrobi i zabierze worki. Mam niejasne wrażenie, że się tego nie doczekam.  Dzisiaj przed zmrokiem udało mi się przyciąć wspinającą się po schodach hederę pospolitą, a jutro zabieram się za krzewy. Nabrałam się na ludzi chętnych do pracy, którzy wystawili mnie do wiatru i muszę pielęgnację roślin przeprowadzać po właściwym dla tych czynności czasie. Mam nadzieję, że to przeżyją. Nie są młode, to i odporne na różne eksperymenta.  Niestety po piątkowym ustawieniu wypadniętego dysku nie mogę czyścić ogrodu z chwastów i najprawdopodobniej znów Ziemianin będzie musiał przywieźć Małgosię.  Ale nic to, jesień jest piękna a okoliczności przyrody, szczególnie o świcie, cudne.

 

PS O drodze przez mękę na ścieżkach  naszej służby zdrowi a napiszę innym razem.

19:50, emka1216 , ogród
Link Komentarze (18) »
niedziela, 02 października 2011
Wąsowo to wieś w powiecie nowotomyskim, gminie Kuślin.......
czwartek, 29 września 2011

Zapraszam wszystkich chętnych i tych, którzy będą mogli dojechać, na II Slowfoodowe Spotkanie ze Smakiem. Odbędzie się ono w Wąsowie, w sobotę w godzinach od 10 do 17. Warto. A to link na facebooka: http://www.facebook.com/#!/event.php?eid=106382969471206

09:20, emka1216
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 26 września 2011
 

Dzisiaj rano słońce i mgła tworzyły bardzo zgrany duet:

 
 
 
 
niedziela, 25 września 2011
Dzisiaj był dzień relaksu...
sobota, 24 września 2011
poniedziałek, 19 września 2011
środa, 14 września 2011
 

Przygotowania trwają pełną parą. Ziemianin zziajany biega i stara się jak może, by impreza wypadła jak się należy. Serdecznie zapraszamy wszystkich, którym będzie się chciało przejechać kilka kilometrów i towarzyszyć nam podczas Dni Korbola.

 
 
sobota, 10 września 2011
 

Dlaczego po łebkach? Po prostu, nauczona doświadczeniem cudzym, obawiam się nieco ………….  To taka pouczająca historyjka, ocierająca się o przepisy prawa autorskiego i ludzką małostkowość i nieuczciwość. A  było to tak. Pewna Pani fotograf dostała zlecenie na zdjęcia do broszury wydawanej w celach społecznych, a dotyczącej ziół pól i lasów wielkopolski. Miała to robić „po kosztach” bowiem, jak to wcześniej napisałam, broszurka miała służyć celom społecznym. Zleceniodawca nagle rozszerzył zlecenie. Potem znów i znów. Ostatecznie Pani fotograf wykonała zdjęcia, opracowała teksty polegające na  krótkich, bardzo enigmatycznych opisach ziół (konsultacja ze znanym specjalistą od zielarstwa – uwidocznionym w stopce), dokonała składu i przygotowała broszurkę do druku. Zleceniodawca – fundacja – dostała na pieniądze z różnych źródeł, miedzy innymi z  pewnego organu samorządu terytorialnego. Z dużymi oporami zwróciła Pani fotograf pieniądze przez nią wyłożone na wykonana pracę.  Nagle pół roku po wydaniu broszury, która wykorzystywana była przez fundację w szczytnych celach za odpłatnością (!!!!!!!!), zgłosił się do niej człowiek, który zarzucił jej plagiat. Otóż Pani fotograf zrobiła zamieściła w broszurze  zdjęcie i opis  głogu. Opis składał się pięciu, może sześciu zdań, w tym dwóch rozbudowanych,  opisujących głóg jako drzewo  lub krzew, który zawiera określone substancje zdrowotnościowe. Napisała też co można z głogiem robić.  Pan stwierdził, że opis właściwości  głogu, oraz jego zawartości leczniczej stanowi plagiat, bo on bardzo podobnie napisał na swojej stronie internetowej.  Pani ta zwróciła się do prawnika, który odpisał Panu, ogólnie mówiąc, ze głóg jaki jest, każdy widzi i takim go widziano również kilka tysięcy lat temu w starożytnym Rzymie i niech się ten Pan odchrzani z łaski swojej.  Przez pół roku nabrzmiewała cisza, aż przyszła kampania przedwyborcza i komuś się przypomniało, że stanowisko dyrektora wydziału jednostki samorządu terytorialnego, który finansował wydanie broszury, dzierży człowiek nie obsadzony z klucza partyjnego, ale po prostu fachowiec.  No i zaczęło się piekiełko. W lokalnej prasie ukazało się kilka artykułów, wymieniających Panią fotograf z imienia i nazwiska. Sprawa oparła się o sejmik, który debatował nad chorymi pretensjami zielarza. Dyrektorowi udzielono reprymendy. Jeden z oszołomów sejmikowych oświadczył, że cały nakład broszury, którą nawiasem mówiąc, rozdawano delegacjom zagranicznym, tak dobrze była zrobiona,  zostanie zniszczony. Po kolejnym artykule Pani fotograf i jej konsultant zielarz (autorytet w świecie zielarskim) wysłali do osób w to zamieszanych, między innymi do szefa jednostki samorządowe, oświadczenie, w którym wyrazili oburzenie zaistniałą sytuacją, chęcią zniszczenia ich pracy  i zaprzeczyli stanowczo insynuacjom dotyczącym plagiatu. Minęło dwa tygodnie. I co? …. I nic!!!! Cisza. Wolę więc o głogu pisać oględnie po łebkach. Jeszcze mnie ktoś posądzi…..!!!!

czwartek, 08 września 2011
 

No to chyba już jesień się zbliża wielkimi krokami. Nie chcem, ale stwierdzić to muszę. Skoro owoce pigwowca zaczynają dojrzewać, a ich jabłka nabierają  coraz ponętniejszych  kształtów i kolorów.

 

Skoro mój głóg czerwieni owoce. Czerwieni zresztą po raz pierwszy w tym roku, a minęło już chyba cztery lata od jego posadzenia. Przez dwa lata nabierał sił, w zeszłym roku ptaki skonsumowały tych kilka owocków, zanim zdołałam się nimi nacieszyć. W tym roku udało się! Ma on jedną wadę, kwitnie na biało, mimo, że kupowałam głóg o różowych kwiatach. Cóż, biały również wygląda pięknie. Ten różowy to drzewo mojego dzieciństwa. We Wrocławiu, w którym mieszkałam przez kilka lat, jako nieletnie dziewczę, całe aleje wiosną buchały różowym kolorem kwiatów głogu szkarłatnego, który może być niewysokim drzewem. Wszystkie  odmiany głogu (p[oza szkarłatnym najbardziej popularne są  wielkoowocowy, owłosiony, jedno i dwuszyjkowy i pośredni) mogą tworzyć nieduże drzewa lub krzewy.  Głóg (Crataegus)  należy do rodziny różowatych.  Występuje go ok. 200 gatunków.  Ma bardzo wysokie notowania u sercowców, z uwagi na zawartość substancji o właściwościach wzmacniających, rozkurczających, przeciwzakrzepowych i przeciwmiażdżycowych. Aż chce się zakrzyknąć: głogu owocek niewielki ale ludzie kochajcie te pchełki.  Rymów mnie się zachciało. Dla ostudzenia nastroju zapodaję z lekka zimowy widoczek,

 

ale  odczyniam i nie życzę Wam, ani sobie, żebyśmy znowu tej zimy, jak te robaczki przemierzali śnieżne przeszkody.  

P.S. A dlaczego głóg po łebkach wytłumaczę następnym razem.

wtorek, 06 września 2011
sobota, 03 września 2011
 

Macierzanka – Thymus, to roślina z rodziny jasnotowatych. Popularnie zwana jest polskim tymiankiem.  Słowo tymianek pochodzi z języka greckiego – „thymon” i oznacza odwagę, męstwo, a „thymos” dym, duch, „thymiana” – kadzidło.   Macierzanka musi być odważna skoro jej ulubionymi miejscami są piaszczyste, nasłonecznione i przepuszczalne gleby. Podobno występuje jej ok. 300 gatunków. To mała krzewinka. Dorasta do ok. 20-30cm.  Moje macierzanki tworzą  zielono szare poduchy kwitnące przez całe lato. Wprawdzie w tym roku zakwitły później, majowe przymrozki dopadły je w okresie wzrostu,  ale mimo to kwitną do tej pory. Przymrozki dały im w kość, ale ta mała, niepozorna, niezwykle aromatyczna,  krzewinka jest na tyle silna, że podniosła się i zarasta piaszczysty, nieurodzajny, najmniej zadbany zakątek leżący od frontu domu. Pewnie dziwicie się, że przed frontem domu mam najmniej zadbany kawałek ziemi. Cóż, tak się złożyło, że nie mam tam doprowadzenia wody do podlewania. W związku z tym posadziłam tam rośliny, które nie wymagają wody i są tak odporne, że przeżyją największa suszę. Rosną tam juki, szałwie, lawendy no i macierzanka – bohaterka dzisiejszego wpisu.

 

 Mam wrażenie, że moja koncepcja w przyszłym roku wyda zamierzone przeze mnie efekty. No ale wracając do moich baranów, w starożytnym Egipcie tymianek stosowano do balsamowania zwłok, w Grecji palono go na ołtarzach Afrodyty a w Rzymie używano go do przyprawiania serów i aromatyzowano wino.  Podobno kąpiele z macierzanki leczą melancholię.  Wykorzystywano ją w napojach miłosnych, a medycyna ludowa zalecała na pobudzenie trawienia, swędzenie skóry i reumatyzm. Podobno chroni przed czarami, złymi mocami i urokami.  W silnym słońcu pięknie pachną, dzięki zawartości olejków eterycznych. Głównym jest olejek lotny zawierający linalol, terpineol, tymol, karwakrol i inne. Poza tym w macierzance  saponiny, garbniki, flawonoidy, gorycze, działające  wykrztuśnie. ściągająco i odkażająco. Pomaga w migrenach i silnych bólach głowy. Oczywiście stanowi świetną przyprawę i to nie tylko do serów, również do mięs, ryb i drobiu. Odstrasza mole. („Zioła pachnące słońcem” dr Jarosław Przybył, Ogrody nr 9 z 2011r). Bardzo lubię tę niepozorną, ale silną i pełną woli przetrwania roślinkę. A jej zapach zawsze kojarzy mi się z latem.

21:28, emka1216 , ogród
Link Komentarze (20) »
wtorek, 30 sierpnia 2011
 

Ostatnio pisałam trochę o serach zagrodowych, w kontekście serów Ziemianina. Ktoś mnie zapytał gdzie takie sery można kupić. Chętnie podzielę się informacjami. Na wstępie jednak winnam powiedzieć, że autorem nazwy Sery Zagrodowe, jest Gieno Miętkiewicz, znany na blox’ie jako Brzuchmoowca, zawodowo zajmujący się kulinariami. Właśnie takim serom  poświęcił swój drugi, ale nie ostatni, blog zatytułowany Polskie Sery Zagrodowe.Na tymże  blogu, jako Odkrywca Serów, pisze o nich z miłością i czułością.  Znajdziecie tam również kilka wskazówek jak kupić takie sery. Są one sprzedawane również przez internet, w ten sposób sprzedaje między innymi Ziemianin.

 

Ja ze swojej strony mogę polecić wszystkiego rodzaju Frontiery owcze i krowie  z rancha Frontiera (http://www.seryowcze.pl/). Sylwia i Rusłan to mistrzowie smaku, a oba ich blue to niebo w gębie. Poza tym Kreuzery Beaty Futymy spod Krzyża, której namiary można znaleźć na Facebooku. Również na Facebooku u Honoraty Strubińskiej, znajdziecie zdjęcia serów i ofertę właśnie Honoraty i jej męża Tomka z Robaczkowa na  Kaszubach  - świeże rury są jak puch. Sery z Wiżajn i praslickie sprzedawane są na allegro, ale też,  podobnie jak sery Łomnickie  Bożeny Sokołowskiej, w sklepie internetowym: http://waszsklep.com.pl/. W sklepie tym można też kupić Frontiery. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać.

 

Są jednak lepsze źródła wiedzy, a przede wszystkim wskazany wyżej blog. Gieno zawsze udzieli wszelakich informacji dotyczących serów i ludzi ich wytwarzających. Z tego co wiem jest w trakcie tworzenia serowej mapy Polski.

Dodatkowo powiem Wam, że wszyscy serowarzy bardzo chętnie przyjmują wizyty miłośników serów.

niedziela, 28 sierpnia 2011
 

Wczoraj zaczęło padać. Temperatura obniżyła się o prawie 10 stopni. Tropikalny upał ustąpił sierpniowemu chłódowi środkowoeuropejskiemu. Nie lubię, kiedy wysiłek sprawia, że po plecach płyną mi krople potu, ale nie jest też dobrze kiedy marznę. Dlaczego tak trudno jest być zadowolonym z chwili. Dlaczego chwila musi być wyjątkowa, żeby zasługiwała na naszą uwagę? Dlaczego jej  zwykłość nie powoduje naszej reakcji. Dopiero intensywność życia powoduje, że zaczynamy doceniać zwyczajność jako coś wyjątkowego i ulotność tej zwyczajności, a tęsknota za nią powoduje prawidłowe ustawienia na półeczkach hierarchii potrzeb. Piątek spędziliśmy z Ziemianinem i Panią Matką na kolejnej imprezie promocyjnej w Tamarynowej Osadzie ,  urokliwym miejscu oddalonym od naszej wsi o ok. 17km (oczywiście leśnymi drogami).

 

Towarzyszyłyśmy z Panią Matką Ziemianinowi, który po raz kolejny produkował się zachęcając odwiedzających do próbowania i kupowania serów. W pewnym momencie, mając dość rozgardiaszu panującego na dziedzińcu, zaczęłam zwiedzać okolicę. Odkryłam staw zastygły w upale, łąki pachnące ziołami, powykręcane sosny, pasiekę, bagno, którego spokoju nie naruszył  nikt dawno. To wszystko stanowiło otoczenie domków, należących do Tamarosy. Wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo tęsknię za skąpaną w słońcu nudą. Nudą niedługą, kilkudniową, która pozwoliłaby mi znowu docenić i polubić intensywność życia.

 

Dzisiaj nasza Ziuta złowiła w domu pierwszą mysz. Oznacza to, dwie rzeczy. Po pierwsze przy Ziucie nie grozi nam inwazja myszy w domu,

 

po drugie chyba zapowiada się wczesna zima, skoro już w sierpniu myszy szukają zimowisk. Szkoda. Chociaż tutaj każda pora roku jest piękna.

 

piątek, 26 sierpnia 2011
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Oj intensywnie ostatnio nam się żyje.....
poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Po bardzo intensywnej dobie w mieście,

 

nareszcie powrót do kolorowego  spokoju i normalności.