Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?

pamiętnik

sobota, 27 lipca 2013

Upalnie się zrobiło. Nie narzekam.  Jak tylko w moim umyśle powstanie cień choćby niezadowolenia, natychmiast przypominam sobie długą i intensywną zimę, która mnie z lekka psychicznie wykończyła. Szukam więc miejsca, w którym przetrwam największe upały i cieszę się z ciepełka. Mam o tyle szczęście, że grube mury wiejskiego domu (koniec dziewiętnastego wieku) latem zapewniają chłód, a zimą ciepełko. Zresztą miejski dom również jest porządnie izolowany. Posiadam więc komfort upalnego istnienia.  Do ogrodu wychodzę tylko po to, żeby kiwaka podlewającego przemieścić i pranie zmienić na sznurku. Upał i słońce sprawiły, że bzyki zrobiły się senne i mniej bojaźliwe. Spijają nektar z wnętrza kwiatów zupełnie nie oglądając się na to co się wokół nich dzieje.

Szczególnie upodobały sobie pysznogłówki i jeżówki.

Chociaż liliami również nie gardzą.

A poza tym jakaś zaraza wdała mi się w pomidory i mam dylemat: pryskać czy nie pryskać.

Mam dwa preparaty. Jeden naturalny, ale niepewny co do skuteczności i drugi chemiczny, ale okres karencji trwa siedem dni, a pomidorki dojrzewają na całego.  Na początek jednak spróbuję naturalnego, może pomoże? 

niedziela, 10 marca 2013

No i kolejny pracowity tydzień minął. Mam nadzieję dożyć okoliczności przyrody, w których będę kończyć pracę o 16, no 17 i będę miała czas dla siebie. Czy się uda? Może na emeryturze :). A i tak nie wiadomo, kiedy na tę emeryturę. Bo to koleżanka, która 60 lat kończy w przyszłym roku, dowiedziała się, że zasłuży sobie na pieniążki bierne, dopiero po przeżyciu 60 lat i siedmiu miesięcy. Mnie się nie chce samej siebie uświadamiać. Po co się stresować. I tak będę pracowała, nie wyobrażam sobie zupełnie zrezygnować z zajęć zawodowych.  Chyba, że na wsi agroturystykę zaprowadzę, ale to też praca, jakby nie było. Na razie próbuję na wsi wypoczywać, gości przyjmować, a w brydża pogrywać.

A na co dzień? Na co dzień zaczęłam jeść oszczędnie. Centymetry w obwodzie tracę i jest mi z tym dobrze. Znajduję czas na szykowanie sobie jedzonka do pracy i w ciągu dnia odżywiam się tym co sama zrobiłam, a nie śmieciowym jedzeniem z przydrożnych budek.

Efekty, jak napisałam widać i mam dużą z tej przyczyny satysfakcję. Dzisiaj zbieram siły na najbliższe dwa tygodnie obfitujące w atrakcje zawodowe i wyjazdowo-serowarskie. Ale o tym następnym razem. Miłego dnia życzę, a my z Ziemianinem znikamy w kierunku basenu :).

środa, 16 stycznia 2013
 

Pourlopowałam sobie. Siedziałam w chałupie, spałam do oporu, telefonów nie odbierałam i wszystko miałam w ... głębokim poważaniu. No nie do końca jest to prawda. Moje sumienie nie dało mi, w związku z tym miałam tylko mniej więcej. Czas spędzałam ze Szczęściem Moim i naszymi zwierzakami. Wacek dzielnie sekundował mi przy komputerze. Zważywszy na to jakimi tematami się interesował, nie wiem czy nie powinniśmy się bać ;)

 

A w ogóle to koty stały się zimowo nienażarte i wciąż okupują kuchnię w celu wyłudzenia  kolejnej porcji karmy.

 

Albo podglądają zza węgła czy czasem nie robimy czegoś do jedzenia.

 

Najchętniej zasiadłyby za nas przy stole i pożerały nasze obiady. Spadł śnieg.  A jak śnieg to i świat bielszy, czystszy i ładniejszy. Psy szaleją ze szczęścia bo przybyła im nowa zabawka.

 

Kaja skutecznie  prowokuje dostojną Herę, która uważa ją za swoją przybraną córkę i pozwala na wszystkie szaleństwa rozpieszczając grubaśnicę.

Dobrze mi było ....

wtorek, 08 stycznia 2013

Pohasałam trochę po ogródku, dobezpieczyłam roślinki, przemroziłam nogi i przemoczyłam nogawki od dresu, bo nie chciało mi się iść po odpowiedni sprzęt nożny. Stwierdziłam jedno, jeżeli temperatura powyżej zera utrzyma się przez następne dwa tygodnie, wiosna zawita do ogrodu na całego. To, że oczary szykują się do kwitnienia to nic takiego, w końcu to zimowe krzewy,

ale arcydzięgiel puszcza nowe pędy!

 

Mam nadzieję że przeżyje, bo lubię to zielsko. Ptaszydła obżarły swoje naturalne karmniki.

Zostawiam zwykle na zimę owoce i jagody na krzakach, właśnie z zamiarem dokarmiania ptaków i stwierdzam, że owoce rosa rugosa wyglądają bardzo atrakcyjnie po wydziobaniu wnętrz.

Szczególnie na tle szarej zimy, nie zimy. 

niedziela, 30 grudnia 2012

No i bigosi się bigos czyniony przez Szczęście Moje.

Znaczy się Sylwester się zbliża. Drugą oznaką końca roku jest podrzucona na czas wyjazdu sylwestrowego, do naszego wiejskiego domu, Nasza, znaleźna Dobermanka. Łagodności Ci ona wielkiej, nie może jednak zrozumieć, czemu pod nogami pałętają się jej koty, tałatajstwa jakieś.

Zwierzaki początkowo zawarły pakt o nieagresji, obchodząc się z daleka i obrzucając podejrzliwym wzrokiem. Psica ogólnie piękna jest i naprawdę wbrew swojej rasie, pokojowo nastawiona do świata, czego jednak koty nie do końca rozumieją, posykując i prychając na przemian w zdziwioną jej mordę. Mam mimo wszystko nadzieję, że zanim Naszka zostanie zabrana przez swoją Panią, dokona się cud zaprzyjaźnienia.

Aktualnie pakt o nieagresji przerodził się w nieufną obojętność. Postaram się składać raporty ;)

P.S. Mimo szczerych chęci nie udało mi się wyretuszować "porządku" z biurka Szczęścia Mojego ;D

wtorek, 13 listopada 2012

Mało piszę, ale zdjęcia robię  :)

poniedziałek, 29 października 2012

Dzisiejszy poranek

mglisty i mroźny

niedziela, 16 września 2012

Byliśmy dzisiaj z Anią Felixianą i Ziemianinem  na spacerze w lesie. Spacer odbył się pod pretekstem poszukiwania grzybów, o których wiadomo, że w niedzielę po południu, nie uświadczysz ich w lesie wcale. Nie dość, że miejscowi zbierają, to jeszcze w czasie łykendu miastowe przyjeżdżają i robią czystkę w leśnych zapasach. Ale, jak napisałam, grzybobranie to hasło było, a faktycznym powodem była chęć pooddychania leśnym dotlenionym powietrzem. Od tego powietrza to się w głowie kręciło.

 A w ogóle to jesień się zbliża, pajęczyn co nie miara, błyszczą wszystkimi kolorami tęczy w przedzierającym się przez korony drzew, słońcu. 

Słońce na ciepło żółto załamuje się nad jeziorem.

Tak romantycznie się nagle zrobiło i spokojnie. A wczoraj przyłapałam żurawie na polu.

Powoli zaczną się zbierać i malować klucze na niebie.

Oby nam jesień nastała ciepła i długa!

czwartek, 13 września 2012

Mały montaż. Miałam minkę Ignacego jak zobaczył i miałam osobno samolot. Wspólne zdjęcie - Ignacy od tyłu. Pozwoliłam sobie na fotomontaż, który pozwala na cieszenie się odkrywaniem świata przez małego człowieka.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Wczoraj Zen zasugerowała, że może wypaliłam się blogowo. Nie,  to nie tak. Zbyt dużo się dzieje i nie tylko brak jest czasu na pisanie, ale też wybór tematów trudny. Nadmiar wrażeń powoduje, że trudno jest się skupić na jednym. Postaram się w dogodniejszej chwili zdać relację z tego co było. A działo się oj działo! Na zachętę przedstawiam mrowisko - specjalność Suwalszczyzny.

Ponadto blogosfera zawsze była dla mnie stolikiem kawiarnianym, przy którym fajnie jest pogawędzić z fajnymi ludźmi. Jednak jeżeli człowiek ciągle się spieszy, to i pogawędka jest nijaka i bez treści. Zaczynam jednak uzdrawiać swój czas i powoli znajduję go też dla siebie i dla swoich potrzeb. Spędziliśmy z Ziemianinem popołudnie w lesie, naznaczone plamami słońca i zapachem ziół. Grzybów brak, bo i za sucho. Za to po drodze natknęliśmy się na polu na stado kóz.

Czyli nie tylko w górach stada się zdarzają ;). Popołudnie minęło spokojnie i bez pospiechu, który warunkuje ostatnio nasze dni. Niesamowite, jak jedno popołudnie potrafi naładować energetycznie. ile się chce i jak bardzo jasno nagle patrzy się na nadchodzące dni. I tego na przyszłość życzę Wam i sobie również. Dobranoc, miłych snów.

sobota, 25 sierpnia 2012

Jakoś mi tak niepisato. Tyle wokół się dzieje, a ja nie umiem przelać tego na ... klawiaturę. Chandra letnia mnie dopadła i kręci mną w te i we wte. Szczerze zastanawiam się nad brakiem wpisów, bo przecież z czym jak z czym, ale z pisaniem problemów nigdy nie miałam. Kiedyś zakonowtowałam, że moje pisanie nabrało naleciałości zawodowych. Natychmiast starałam się je eliminować. Było też tak, że zaczynałam pisać szmirowato. Teksty również szły na odstrzał. A teraz po prostu opanowała mnie niemoc, NIEMOC PISATA.  Nie chce mi się, nie mam pomysłu i w ogóle jest do kitu. A przecież nie umiem żyć bez czytania i ... pisania! Siedzę więc na fotelu przed kompem i obserwuję Ziutę - kotkę baletnicę. Patrzę na jej smukłą sylwetkę i podziwiam harmonijność ruchów, kiedy przechodząc przez pokój, stawia delikatnie drobne łapki, a jej ciałko balansuje w sposób doskonały czując środek ciężkości. Aksamitny skok i bezgłośnie ląduje na  stole. Ziuta ostatnio przeżywa traumę. Pojawił się w domu nowy lokator, tymczasowo nazwany Ciokotem.

Ktoś go znalazł przywiązanego w lesie, ktoś przyniósł do nas i tak objawił się na salonach ziemiańskich kolejny miękkołap. W oczach Ziuty zagościło oburzenie i niedowierzanie.

Czuje się jak zdetronizowania królowa. Daje nam to do zrozumienia odmawiając posiłków i usuwając się z pola widzenia. Czekamy na konfrontację. Młody  niedoświadczony, jak to młody, nie zdaje sobie sprawy z narastającego napięcia. Spija mleczko i jak gdyby nigdy nic wyleguje się gdzie popadnie.

A w ogrodzie? A do ogrodu powoli wkracza jesień.

piątek, 27 lipca 2012

Siedzę na krzesełku w kuchni, właśnie zeszłam z tarasu, na którym zakończyłam dluuuugą lekturę sagi Martina  pt  „Gra o tron”, i spływam ciekłą solą. Właściwie to soli już we mnie nie zostało wiele, a płyny nie wiem skąd się biorą, choć wszelakość ich i ilości niezmierzone  chłonę jak gąbka.  Ale nie narzekam. Po raz, że żniwa mamy z Ziemianinem i słońce ma być. Po dwa, tak krótkie lato mamy w tym naszym umiarkowańcu, że trzeba cieszyć się każdą chwilą ciepełka, choć to ciepełko źle może na nas działać. Mnie ostatnio nie służy, ale może wiek nie ten, no i w pracy zamiast na urlopie.  Urlop urywam kawałkami. A to rodzina, a to przyjaciele objawiają się w naszych progach. Staram się dzielić swoją osobę, pomiędzy miasto i wieś, ale mam wrażenie, że trochę sił i brakuje. We wtorek na ten przykład przewędrowałam z gośćmi moimi kochanymi (pierwszy raz kuzynka z mężem i dziećmi objawili się u mnie), z jednego końca Poznania  na drugi.  Na ogrody, z ogrodów tramwajem na al. Marcinkowskiego. Potem cały Stary Rynek,

 

zamek Przemysła zwany gargamelem  itp. I koziołki,

i koncert organowy w Farze.

 Następnie do Katedry na Ostrów Tumski,

a stamtąd nad Maltę. Krótka przejażdżka Maltanką,

kolejką specjalną i dalej w nowym ZOO. A musicie wiedzieć, że poznańskie nowe Zoo, to ogród, w którym największe prawa mają zwierzaki. Przestrzenie więc im zafundowano takie, że człowiekowi dwa dni nie starczy, żeby je porządnie obejść.  Obejść to obejść, ale zobaczyć zwierzaka to jest sztuka! Przy czwartym zwierzątku (ok. 3km), stwierdziliśmy, że jednak wracamy i nawet dzieci nie chciały oglądać lwów.  Choć siły sześciolatka i ośmiolatki okazały się niespożyte,

my dorośli padaliśmy na pysk, a one zamiauczały i dalej do przodu. A przy wyjściu z Zoo był plac zabaw,

który nam dał wytchnienie, a im radość.  A całe te wojaże uskutecznialiśmy w pełnym słońcu i upale trzydziestostopniowym. Udało się nam  szczęśliwie z tego drugiego końca wrócić taksówką.  Jak wspomniałam wcześniej dorośli cierpieli, ale dzieci zabrały się za podlewanie ogrodu!  Radości było co nie miara. I wyobraźcie sobie, ja zwierzę samochodowe nie poczułam następnego dnia  nawet najmniejszego bólu! Czułam znużenie i owszem, ale o fizycznych dolegliwościach ni było mowy. A znużenie? No cóż… Wyrywałam te chwile z nawału zajęć, do których musiałam natychmiast po przyjemnościach jednodniowych wrócić. Chyba wezmę chorobowe na chroniczne zmęczenie!



poniedziałek, 09 lipca 2012

Przez całe moje świadome życie nie byłam w Ciechocinku, a przynajmniej nie pamiętam tego. W tym roku, na skutek różnych  splotów okoliczności,  nawiedziłam popularny niegdyś kurort, już drugi raz. Tym razem z Ziemianinem. W chwili wolnej uskuteczniliśmy niedługi, acz owocny spacer. Byliśmy w pijalni wód Krystynka

i zaczerpnęliśmy ze źródełka.

Tym razem skupiałam się na żałości z powodu podupadłości tego znanego kiedyś uzdrowiska, o którym przecież piosenki śpiewano.

Kiedy patrzyłam na pozostałości po dawnej świetności Ciechocinka, nie mogłam zrozumieć dlaczego i jak można było  dopuścić do takiego wyniszczenia tak pięknej substancji. Zresztą nie dotyczy to tylko tego miejsca. To problem ogólnopolski. W Ciechocinku się mówi, że jak konserwator zabytków za mocno naciska, to nagle wybucha pożar, który trawi niewygodny budynek.

Cóż drewno, szczególnie stare, nie jest odporne na żywioł. Drugim problemem są budynki odzyskane przez potomków niegdysiejszych właścicieli, którzy następnie nie mają na nie pomysłu i ... kasy.

Kiedy patrzy się na niszczejące zabytkowe tężnie, nóż się w kieszeni otwiera, który może jedynie poranić przez przypadek jego właściciela w miejsca intymne. Brak pomysłu i oczywiście brak, przywołanej wcześniej, kasy, stwarza barierę nie do pokonania. Która nie pozwala walczyć również z kiczem wszechpanującym.

Chociaż, jak ktoś z tuziemców mi zaszeptał, chyba kilka osób chce wyciągnąć to piękne miasteczko ze stagnacji. Życzę im powodzenia ze szczerego serca.

PS te widoczki, to wcale nie z obrzeży, to samo centrum!

piątek, 22 czerwca 2012

Poznań Most Rocha, Noc Kupały nad Wartą. Puszczałam w niebo lampiony!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Wszyscy wokół powtarzają, powinniśmy się uczyć od Irlandczyków. I powinniśmy. Bo jest czego. Patrzyłam dzisiaj na transmisję meczu Włochy-Irlandia i patrzyłam również na pożegnanie jakie kibice irlandzcy przygotowali swojej drużynie. Nawiasem mówiąc patrzyłam w ekran telewizora a słyszałam w stereo. W mieście mieszkam w pobliżu stadionu. Super słyszałam i tylko malkontenci mogą mówić o zakłócaniu spokoju wieczornego. Tego rodzaju imprezy nie odbywają się codziennie i ja się cieszę, kiedy patrzę na świętujące miasto. A kibice irlandzcy dodali mu tyle kolorów i radości, że zastanawiam się jak Poznań przeżyje ich brak. Zrobi się pusto i smutno - czyli normalnie. Wróci ulica z twarzami pełnymi napięcia i niedoczasu. Tli się we mnie jednak nadzieja, że może  trochę tej zielonej radości nam zaszczepią. Nie mam żadnego zdjęcia koniczynki, niech więc żal, że nas opuszczają, wyrazi ta mała łezka na zielonym.

czwartek, 24 maja 2012

Plany na dzień dzisiejszy, oczywiście pozapracowe,  zrobiłam różniste. Zweryfikowała je skrzecząca, a właściwie skanalizowana, rzeczywistość. Czasami coś pięknie wygląda jak ta naparstnica powyżej, a okazuje się, że to rosiczka, wypisz wymaluj!

Oto wczoraj, lokator (nareszcie udało mi się wynająć moje mieszkanie na piętrze, umył sobie autko na podjeździe do garażu. Okazało się, że burzowy gulik nie odbiera wody. Co zrobiła Kasieńka? Zmobilizowała Ziemianina do nawiedzenia miasta bo przecież "WYCZYŚĆ W KOŃCU TEN GULIK!!!".  Bogu ducha winny Ziemianin grzecznie się zjawił, wyczyścił, a woda dalej jak stała tak stała. Po powrocie z pracy zaczęłam atakować lokalne przedsiębiorstwo wodne, które zaparło się, że sprawa kanalizy burzowej to mój psi obowiązek. Nie było się co sprzeczać. W razie deszczu zalałoby chałupę.  Przyjechał ostatecznie Pan z firmy prywatnej, który utknął w moim guliku z elektryczną spiralą na czterech metrach na półtorej godziny, aplikując gulikowi po 200 bar. Cokolwiek to znaczy. Właściwie to spirala utknęła a Pan na jej końcu. Gdybym mogła ciągnęłabym go jak rzepkę byleby mu pomóc.(firma liczy od godziny). Po wyciągnięciu dwustubarowej spirali, Pan zubożył Kasieńkę o 250 zeta i oświadczył, że rura jest tak zakamieniała, że czekają mnie powtórki z rozrywki, albo wymiana. Oczami wyobraźni ujrzałam pozbrukowy podjazd w postaci  placu budowy i lekko zmartwiałam. Pocieszenie przyszło szybko, przecież nie zapcha się znów w ciągu roku ale za kilka lat, a wtedy to już będę może milionerką. W końcu dzisiaj jest kumulacja i piętnaście milionów jest moje! Co nie?

PS Choróbsko, które we mnie kończy bytowanie, wyjątkowo zjadliwe jest. Aktualnie cierpi Ziemianin i Ola kochana. I zdrowia im życzę.

środa, 16 maja 2012

Dzisiaj Ignacy skończył roczek. Goście byli i dobrze się bawili.

 

Były gwiazdy i rozgwiazdy.  Zgodnie z tradycją (to słowo zawsze będzie mi się kojarzyło z "Misiem"), wybierał fanty. Najpierw sięgnął po książkę, potem po różaniec, jako trzecie wybrał pieniądze.

Czy to coś znaczy?

środa, 02 maja 2012

Wypoczywam sobie ile wlezie. Najpierw rozrywkowo - gości co nie miara, teraz na spokojnie, z małą przerwą na dolegliwości żołądkowe.

W Słońsku pięknie, betonka sucha można dojść do samego ścisłego rezerwatu, dalej jest zakaz. 

Zakaz też jest dla hałasu, a jednak odchyleńcy nie szanujący panującej na rozlewiskach ciszy przerywanej rechotem żab gody ciągnących w najlepsze, próbują wedrzeć się na betonkę quadami. Koszmar.

Jak długo, w tej sytuacji,  uda się zachować tę wyjątkową enklawę w takiej postaci w jakiej istnieje od lat?  Ogród rozbuchał mi się na całego. Mleczna droga pod kwitnącymi wiśniami, stanowiącymi tło dala pomarańczowych pigwowców i czerwonych tulipanów,

to wyjątkowo kiczowaty widok, ale ja go kocham!

piątek, 27 kwietnia 2012

No i zaczynam łykend majowy. W tym roku złożyło się wyjątkowo  sympatycznie. W p[racy etatowej wolne dni wypadają w moje dyżurne. Jeżeli chodzi o pracę pozaetatową mogę zabrać ją ze sobą. Trochę mam do zrobienia ale cóż to jest wobec prawie dziesięciu dni bez rygorów rannego wstawania i miotania się po nieprzejezdnym mieście, stania w gigantycznych korkach i ciągłego niedoczasu. Odwiedzi nas Feli kochana, i razem nawiedzimy słońską betonkę. Wprawdzie nie będzie tok wyjazd kilkudniowy, jak to zwykle bywało, ale tradycji stanie się zadość. mając na uwadze pogodę myślę, że będzie można spenetrować rozlewiska betonką prawie do końca i już się na to cieszę.I na zdjątka oczywiście.


Na razie donoszę, że   w miejskim ogrodzie wiosna na całego i czereśnie kwitną jak oszalałe, a na wsi prawdopodobnie lada moment rozkwitnie szpaler wiśni, których nie omieszkam pokazać. Wszystkim planującym wypoczynek miłego tegoż życzę.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Jakaś tak stagnacja mnie ogarnęła. Niewiele mi się chce, tylko spać, co prawdopodobnie spowodowane jest antybiotykiem, który biorę. To już trzeci antybiotyk w sezonie 2011/2012! Tą razą w pełni uzasadniony. W poniedziałek po południu  spuchło mi nagle podniebienie, we wtorek udałam się do zębodłuba, który przeciął mi ropnia. Mój lokator prawdopodobnie bezobjawowo tworzył się od dłuższego czasu i powstał na skutek nie do końca wypełnionych w dwóch zębach kanałów. Jeden ząbek był leczony kiedyś kanałowo,  a jego sąsiad posiada wkład podkoronowy. Ropień sobie siedział w mojej paszczy i siał, a objawił się w poniedziałek w ubiegłym tygodniu. Zaczynam rozumieć moje zdrowotne perypetie jesienno-zimowe. Teraz czeka mnie zabieg ponownego kanałowego leczenia i częściowa resekcja korzenia, którego to zabiegu  wizualizację Pan Doktor pokazał mi na ekranie komputera. Ale to dopiero po ustaniu stanu zapalnego. Na szczęście stan zapalny ustał i mogę przystąpić do leczenia właściwego. A tak w ogóle jak zjawiłam się gabinecie, to od progu oznajmiłam, że wstyd mi, bo w dzisiejszych czasach jeżeli ząb boli, oznacza to zaniedbanie. Tylko w tym przypadku chyba nie moje!

A tak w ogóle to znów zakwitną jabłonie!

piątek, 06 kwietnia 2012

No to mazurki som (ten z lewej darowany)

i śledzie w winie czerwonym i w buraczkach,

chociaż w buraczkach to powinna być kaczka, Ale na bezrybiu i śledź kaczka!

czwartek, 05 kwietnia 2012
poniedziałek, 02 kwietnia 2012

Pięknie dzisiaj było rano, kiedy jechałam ze wsi do miasta. W przerwie po deszczu i przed deszczem słońce i chmury malowały obrazy.

 
poniedziałek, 19 marca 2012
 

Minął mój drugi dzień w kurorcie pt Ciechocinek. Atrakcji było, że ho,ho! Wykład i wykład i wykład, a w godzinach przedwieczornych organizatorzy zorganizowali nam wycieczkę tramwajem konnym po miasteczku. Niestety zdjęcia nie są dobrej jakości, bowiem pleksa udająca szyby w tramwaju była brudna i porysowania. Wyraźnie widać dawną świetność uzdrowiska i niestety również, znak naszych czasów, czyli brak kasy. Okres przełomu ustrojowego nie posłużył mu. Pierwsze wieści o wodach uzdrawiających na tym terenie sięgają XIII wieku. Bogactwo wód ma szerokie zastosowanie. Leczy się tutaj choroby narządów ruchu, reumatyczne, ortopedyczno-urazowe, kobiece, układu oddechowego, nerwowego i krążenia. Chętnym do zapoznania się z historią Ciechocinka i jego zasobami polecam STRONĘ.  Jak już napisałam okres przełomu nie przysłużył się miastu. Wiele budynków zostało zaniedbanych i do tej pory straszą stojąc pomiędzy nowo wybudowanymi,

 

albo remontowanymi obiektami.

 

Z tradycyjnej drewnianej zabudowy, pozostało niewiele.

 

Natomiast wieczne są postgierkowskie bunkry. Ich przebudowa lub remont są nieopłacalne,

 

a posiadają one potężne zaplecze lecznicze, którego likwidacja wygenerowałaby kolejne wielkie koszty związane z jego odbudową. Ciekawa jestem jak Ciechocinek poradzi sobie z tymi problemami. A wieczorem..... organizatorzy uświadomili nam znaną prawdę, w którą nie każdy wierzy: Elvis ŻYJE!!!!

 
 
niedziela, 18 marca 2012
 

No to Emka zaczęła się szkolić. Nie to, że po raz pierwszy w życiu, ale po raz pierwszy w tym roku. Wymagania zawodowe opiewają na konkretną liczbę godzin szkolenia, które trzeba odbębnić w ciągu dwóch lat. W związku z tym, że nie lubię wysiadywać na twardych krzesełkach w siedzibie korporacji zawodowej, oraz, i przede wszystkim, z uwagi na fakt, że szkolenia te odbywają się od piątku do niedzieli, opracowałam system szkoleń wyjazdowych, na których nałapiam godzinek. Oczywiście łącząc pożyteczne z przyjemnym. Zawodowo korzystam i poznaję następny kawałek naszego małego polskiego świata. Tym razem szkolę się w Ciechocinku. Zbyt późno przyjechałam, więc nie prezentuję jeszcze zdjęć samego Ciechocinka, ale już mam jego przedsmak w postaci wody z tutejszego źródła. mam nadzieję, że plan zajęć zezwoli mi na sfotografowanie deptaka ;)).  Oczywiście popełniłam już pierwsze faux pas. Przestawił mi się zegar w komórce i zaczęłam się domagać kolacji o godzinę wcześniej. Cóż, niech będzie tłumaczeniem, że jadłam dzisiaj tylko śniadanie i po prostu jestem GŁODNA! Do zobaczenia i mam nadzieję, że jutro uraczę Was kilkoma zdjęciami z deptaku w Ciechocinku. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7