Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?

małe co nie co

środa, 08 sierpnia 2012

Zen podaję linka do dżemu :)

http://ziemianinwkuchni.blox.pl/2011/08/dzem-z-pomidorow-pysznosc-niezwykla.html

sobota, 04 sierpnia 2012

No i nadszedł czas pomidorów, a co za tym idzie rozpoczęłam produkcję adżyki, o której pisałam więcej tutaj i tutaj. Pomimo rozpoczęcia sezonu pomidorowego, to nie one mnie sprowokowały do pierwszej produkcji. Zarówno w mieście jak i na wsi, rozpoczęły swoje owocowanie dyniowate. Zmodyfikowałam trochę przepis i  w ruch poszły kabaczek i cukinia. Wczoraj wieczorem  wpadłyśmy z Elą  w zamieszanie przetwarzalnicze.

Ela pokroiła dyniowate w kosteczkę. Uparzyły się pod przykrywką w woku i poszły do blendera. W tym czasie   Ela wydłubała "dupki" z pomidorów i obrała chrzan, a ja czosnek i papryczki chili.  Przypominam, że papryczki, chrzan i czosnek w tych samych ilościach.  W blenderze zmiksowałam pomidory z czosnkiem, chrzanem i papryczkami i nowym składnikiem - bazylią.

Wszystko razem wymieszałam i odparowałam. Ostre jest jak diabli, ale lubię takie! 

Gorącą masę włożyłyśmy do słoików i z dumą patrzyłyśmy na efekt.

piątek, 06 lipca 2012
niedziela, 01 lipca 2012
piątek, 08 czerwca 2012

W mieście najczęściej żywię się tym co pod ręką. Rzadko sobie gotuję. Nie chce mi się dla siebie samej. Ostatnio zawitała do mnie Ola, która w ramach niespodzianki przygotowała dla mnie pyszny obiad. Tajskie curry z liściem limonki caffir, z zawartością ryby. Oto przepis.

"Na patelnię wlewamy ok 3 łyżek oliwy, i przesmażamy na niej ok pół łyżeczki czerwonej pasty curry. Kiedy się "rozpuści" dodajemy posiekane szalotki (garść) lub czerwoną cebulę oraz 3 ząbki czosnku. Szklimy i dodajemy odrobinę galangalu, tamaryndu i roztłuczoną trawę cytrynową (można kupić mrożoną). Przesmażamy i wlewamy puszkę mleka kokosowego. Redukujemy mleko, kiedy objętośc mleka zmniejszy się o ok 1/3 wrzucamy pokrojoną w niewielkie kawałki, najlepiej białą, rybę oraz kilka listków liści limonki caffir. Gotujemy ok 7 minut. Po zdjęciu z ognia skrapiamy kilkoma kroplami soku z limonki (sok z połówki owocu). Podajemy z ryżem. Smak sosu można "podkręcić" szczyptą brązowego cukru."

Trudno jest mi opisać smak potrawy. Ma kilka den smakowych. Cudo. Polecam.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Zrobiłam eksperyment kulinarny, który opisała Ziemianin TUTAJ.

Sous-vide (po francusku w próżni) – próżniowa metoda długiego gotowania potraw w szczelnie zamkniętych workach plastikowych, umieszczonych w gorącej wodzie.

W zależności od rodzaju żywności temperatury gotowania są różne:

  • 100°C dla warzyw i owoców,
  • 90°C dla ryb, skorupiaków,
  • 80°C do białego mięsa, drobiu i niektórych ryb,
  • 70°C dla mięsa czerwonego.

Celem metody jest zachowanie naturalnego smaku i jakości żywności.

Po raz pierwszy opisana została w 1799 roku przez sir Benjamina Thompsona, została ponownie odkryta przez amerykańskich i francuskich inżynierów w połowie lat 60., jako sposób na przemysłową metodę konserwowania żywności. Została przyjęta przez Georges'a Pralusa w 1974 roku w rodzinnej restauracji braci Pierre i Michela Troisgros w Roanne.

Tyle wikipedia. Ja jednak znam inne wskazówki temperaturowe i to do nich się stosowałam:

cielęcina                       65 – 68  ºC
ryba                               58 – 60 º C
wołowina                      58 – 60 º C

 

wieprzowina                 65 – 66 º C
drób                               65 – 71 º C

 

warzywa                        80 – 85 º C

Muszę dodać, że ryba pomimo godzinnego przebywania w kąpieli o temperaturze 60 stopni, nie zmieniła w ogóle swojej struktury.  Metodę tę wykorzystuje się w tzw kuchni molekularnej, co do której, do dziś miałam mieszane uczucia, ale rybka mnie przekonała.



niedziela, 20 listopada 2011
 

Nastawiwszy w końcu jarzębinę na nalewkę. Jak Pan Hieronim Błażejak, mistrz nalewkarski zaordynował, zamrażałam i rozmrażałam jej owoce kilkakrotnie, co by gorycz z nich wygonić. W jednym słoiczku z mieszałam jarzębinę i rajskie jabłuszka.

 

W drugim jarzębinę, rajskie jabłuszka i aronię. No i w trzech samą jarzębinę. Na razie owoce dostały miodu i sok puszczają, za dwa dni zostaną zalane spirytusem i pozostanie tylko ... wielomiesięczne czekanie. Cóż do cierpliwych świat należy.

wtorek, 30 sierpnia 2011
 

Ostatnio pisałam trochę o serach zagrodowych, w kontekście serów Ziemianina. Ktoś mnie zapytał gdzie takie sery można kupić. Chętnie podzielę się informacjami. Na wstępie jednak winnam powiedzieć, że autorem nazwy Sery Zagrodowe, jest Gieno Miętkiewicz, znany na blox’ie jako Brzuchmoowca, zawodowo zajmujący się kulinariami. Właśnie takim serom  poświęcił swój drugi, ale nie ostatni, blog zatytułowany Polskie Sery Zagrodowe.Na tymże  blogu, jako Odkrywca Serów, pisze o nich z miłością i czułością.  Znajdziecie tam również kilka wskazówek jak kupić takie sery. Są one sprzedawane również przez internet, w ten sposób sprzedaje między innymi Ziemianin.

 

Ja ze swojej strony mogę polecić wszystkiego rodzaju Frontiery owcze i krowie  z rancha Frontiera (http://www.seryowcze.pl/). Sylwia i Rusłan to mistrzowie smaku, a oba ich blue to niebo w gębie. Poza tym Kreuzery Beaty Futymy spod Krzyża, której namiary można znaleźć na Facebooku. Również na Facebooku u Honoraty Strubińskiej, znajdziecie zdjęcia serów i ofertę właśnie Honoraty i jej męża Tomka z Robaczkowa na  Kaszubach  - świeże rury są jak puch. Sery z Wiżajn i praslickie sprzedawane są na allegro, ale też,  podobnie jak sery Łomnickie  Bożeny Sokołowskiej, w sklepie internetowym: http://waszsklep.com.pl/. W sklepie tym można też kupić Frontiery. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać.

 

Są jednak lepsze źródła wiedzy, a przede wszystkim wskazany wyżej blog. Gieno zawsze udzieli wszelakich informacji dotyczących serów i ludzi ich wytwarzających. Z tego co wiem jest w trakcie tworzenia serowej mapy Polski.

Dodatkowo powiem Wam, że wszyscy serowarzy bardzo chętnie przyjmują wizyty miłośników serów.

poniedziałek, 07 marca 2011
niedziela, 26 września 2010

Lubię od czasu do czasu poszaleć na stole kolorowo i nie za bardzo się przy tym napracować.  Przewidując dużą ilość gości imieninowych, zadbać trzeba było o jakieś nieduże przekąski. Jako, że serem ziemiański dom słynie, postanowiłam utoczyć sprawdzone kuleczki, które smakowo można komponować w sposób dowolny, zależnie od widzimisię i posiadanych zasobów.  W zeszłym roku kuleczki były na słodko i kokosowo  i wg innego przepisu czynione. W tym, postanowiłam wykorzystać zioła z ogródka. Wymieszałam trzy rodzaje sera, twaróg, starty żółty i topiony – na oko, żeby masa była  zwarta,  podzieliłam na dwie porcje. Jedną doprawiłam mieszanką świeżych ziół  z przewagą bazylii, drugą z przewagą mięty. Po uformowaniu niedużych kulek, miętowe obtoczyłam w zmiażdżonych na grubo orzechach laskowych, bazyliowe w słodkiej papryce. Całość na sałacie zielonej, ozdobiona winogronami „wprostześciany”  i malinami „prostozkrzaka”, wyglądała bardzo apetycznie i stołowi nadawała temperamentu. Tym razem zrezygnowałam z czosnku. Pomyślałam, że pomimo, że czosnek lubimy i być może nadałby kulkom ostrości, zbyt wiele potraw (a potraw było dużo)  o tej samej nucie smakowej, to lekka przesada.

Zaletą kuleczek jest błyskawiczne wykonanie i niewątpliwie atrakcyjnie kolorowy wygląd.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Długo się wahałam, jednak skorzystałam, że wskazówek zamieszczonych pod poprzednią notką przez George_eliot, która odesłała mnie do rosyjskiej stronki o adżyce. Przyznam się, że przepisy zafascynowały mnie, a tłumaczenie Google, podobnie jak Felixianę, rozbawiło. Trochę posiadam języka rosyjskiego, udało mnie się więc odczytać przepisy dokładnie. Postanowiłam zrobić lekka wariację na temat adżyki. Tylko ostra papryka i czosnek, wydawał mi się przepisem nieco, właściwie bardzo diabelskim. Ale, że Ziemianin lubi ostro, postanowiłam zrobić mu przyjemność. Poza tym kiedy włóczę się w mieście po rynku, kolory i zapachy powalają. Lato mamy tego roku bujne i obfite we wszelakiego rodzaju warzywa, które kusza i wabią.

Zakupiłam zatem po pół kilo ostrej papryki, słodkiej papryki, czosnku i chrzanu. Dodatkowo ziarna kopru i kolendry (½ szklanki mieszanki).

Sól morską (1/3 szklanki) miałam w domu. Poza tym dziesięć par rękawiczek, niezbędnych przy tego rodzaju pracy. W trakcie zużyłam pięć par.

Wymuszone przerwy, a obranie powyższych składników trochę trwało, powodowały konieczność ich zdejmowania. Czosnek obrałam bez rewelacji.

Felixiano!!!! Podobno dzięki mnie nabyłaś przyrząd do szybkiego obierania czosnku. Jak to się stało, że ja takiego nie mam?!!!!! Przy papryczce pomimo rękawiczek, popłakałam się, rozkichałam i rozkaszlałam. Ale udało mi się przeżyć!

Do pasty dodałam również dwa kilo pomidorów. Tylko z tego powodu, że miksowanie na sucho groziło zatarciem silnika. Jeszcze jedno, mam nowy sposób, nie odparowuję pomidorów. Po zmiksowaniu, odstawiam je w garnku. Miąższ, o dziwo lżejszy od wody, wypływa na wierzch, zbieram delikatnie z góry i w ten sposób ratuję wartości odżywcze kochanych czerwonych słoneczek. Przy miksowaniu wszystkich składników, oraz nalewaniu do słoiczków, również miałam na sobie rękawiczki.

Same opary mikstury, spowodowały lekki rumień. Przeżyłam jednak i jestem teraz posiadaczką szesnastu małych i trzech dużych słoiczków czegoś, czego nigdy nie ruszę. Nie lubię nadmiernie ostrych potraw!

 

sobota, 21 sierpnia 2010

Aniu, bardzo przepraszam, że nie dałam Ci przepisu, kiedy gościłaś u nas. Mam nadzieję zaniedługo również Cię zobaczyć w naszej wsi, najprawdopodobniej w lepszych okolicznościach (przynajmiej dla mnie), ale czas ten może być zbyt odległy, żeby wykorzystać dojrzałe pomidory. Oto przepis na adżykę. Pierwszy i jak na razie ostatni raz,  w oryginale zetknęłam się z nią podczas wspólnej, mojej i mojej przyjaciółki Hani, podróży do Abchazji. Sprzedawano ją tam w słoiczkach nagminnie i nachalnie.  Szukałam jej potem w sklepach polskich i niestety, pomimo kapitalistycznego podejścia do klienta, nie znalazłam. Kilka lat temu  rosyjska księżniczka (autentyczna) zamieszkująca w Opalenicy w województwie wielkopolskim zapisała mi na karteczce (wraz z przepisami ciasteczek dla psów, których nigdy nie zrobiłam) przepis na oryginalną adżykę. Jak zaznaczyła, nasze pomidory trzeba odparować z nadmiaru wody, niestety klimat nie ten, i zawartość wody w pomidorze za duża. Odparowuję więc i produkuję adżykę z uwielbieniem.  Owszem można kupić różnorakie ostre lub mniej ostre pasty na bazie pomidorów,  ale ta zrobiona w domu naprawdę przebija wszystkie kupne. Oto przepis: 5kg pomidorów, i po 20 dkg czosnku, chrzanu, ostrej papryczki i normalnej papryki. Zemleć wszystko. Wrzucić do słoików i pasteryzować 10-20 minut. Mając na uwadze zawartość wody w naszych pomidorach, ja odparowują ją, dorzucam rozdrobnioną resztę, zagotowuję i zamykam w słoikach, a następnie odwracam denkiem w dół.

 Postać w momencie wlewania do słoiczków ma półpłynną. Potem zimie jest doskonałym dodatkiem i do kanapek i do zup, i do sosów itp.  A jutro na własne życzenie zamknę w słoiczkach, w proporcji podane powyżej, mielonkę z czosnku, chrzanu, czuszki i papryki normalnej z odrobiną pomidora. Ciekawe kto to zje?

środa, 18 sierpnia 2010

Cóż można napisać o naleśnikach nowego? Niewiele, albo nic. Wszyscy, którzy o nich pisali wyczerpali temat do cna. Nie znaczy to, że na temat tych złocistych, pachnących placuszków składających się z mąki, mleka, wody, jajka i szczypty soli, należy milczeć.

Po raz kolejny, naleśniki nadziewane serkiem pomieszanym z malinami i polane serkiem waniliowym, spełniły swoją funkcję: nadały koloru szaremu i zaopatrzonemu w ołowiane niebo, sennemu popołudniu. MNIAM

 

czwartek, 15 lipca 2010

Podobno apogeum upału mamy za sobą. Jakoś nie chce mi się wierzyć. Spędzając upalne dni w  mieście, coraz bardziej doceniam moje wiejskie miejsce na ziemi. Oddech tak jest inny, i niebo,  i przestrzeń.  Dużo tam tego wszystkiego.  Późnym popołudniem zajęłam się przygotowaniem jutrzejszego obiadu, jako, że rekonwalescent, tenże obiad jutro wyda. W lodówce miałam kawałki szynki wieprzowej i pieczarki.

Skroiłam więc grzyby hodowlane na paseczki, z lekka udusiłam na patelni pod przykryciem, tak aby miękkości nabrały i sok puściły. Odłowiłam. W pozostałym na patelni płynie z oliwą zeszkliłam cebulę, którą również odłowiłam, a na patelnię wrzuciłam kawałki mięsa doprawione solą i pieprzem. Kiedy obsmażyłam je nieznacznie dla zamknięcia porów, co czyni mięso lepszym, wszystko wrzuciłam do garnka i  razem to sobie pyrkało. Osobno przygotowałam pomidory na patelni, którymi sos uzupełniłam. Pod koniec gotowania doprawiłam do smaku i rozprowadziłam zahartowaną gęstą śmietaną, a na końcu dla smaku i zapachu wrzuciłam dużo posiekanego kopru. Zamiast ziemniaków, przygotowałam kalafiora, który lepiej strawny  jest w czasie takich upałów. Rekonwalescent stwierdził, że w dniu jutrzejszym ugotuje makaron i w takiej postaci obiad wyda. Nie jest to zły pomysł. Mam nadzieję, że do jutra potrawa przegryzie się  i uwydatni  w pełni swój bukiet smakowy.

sobota, 10 lipca 2010

Upalny dzisiaj dzień, chociaż nie apogeum jeszcze. Spędzam go przysypiając z lekka i książkę poczytując. Tato mój, który jest specjalista od chłodniku, stwierdził, że to jest w sam raz potrawa na dzisiaj. Potrzebne mu były: buraki, cebulka zielona, ogórki i koperek (to z ogródka) i jajka w liczbie ośmiu.

Poza tym kazał kupić kefir, śmietanę i cytryny  i zabrał się do roboty, mnie z kuchni wyganiając. Udało mi się jednak podpatrzeć go i kilka zdjęć zrobić. Najpierw dokładnie oczyścił buraczki i ich liście zostawiając tylko te młode i jędrne, twierdząc, że tajemnicą zasadniczą chłodniku jest dokładne oczyszczenie składników, żeby żaden obcy smak nie zakłócił jego pyszoty. Następnie skroił buraczki,

łodyżki i liście na drobne kawałeczki i obgotował wszystko razem ze szczyptą cukru i soli. Po odcedzeniu, wystawił do ostudzenia.

W czasie studzenia skroił zieloną cebulkę (z braku szczypiorku), ogórki i koperek. Kiedy buraki ostygły, wymieszał je z ośmioma dużymi opakowaniami zimnego kefiru (cztery porządne pęczku buraczków), jednym śmietany, dodał cebulkę zieloną, ogórki i wszystko dokładnie połączył. Wkroił do chłodnika jaja

a na samym końcu koperek. Ostrości nadał mu sok wyciśnięty z dwóch cytryn.  Powinien to włożyć do lodówki, żeby jeszcze bardziej chłodne się zrobiło, ale zanim to zrobiło wydzielił nam dwie miseczki, które ze smakiem zjedliśmy. Wyobrażam sobie jaki będzie za jakiś czas , kiedy przejdzie chłodem! Po raz kolejny stwierdzam, że to naprawdę jest super potrawa na ciepłe letnie dni.

czwartek, 08 lipca 2010

Jako, że rekonwalescenta mam w domu obiad specjalnie dla niego lekki i zdrowotnościowy. Po pierwsze bulion wołowy, na pięknym kawałku wołowiny zrobiony, skrojonej w mniejsze, a gotowany na świeżych warzywach wszelakich. Po przygotowaniu bulionu, mięso zostało wyciągnięte a do niego przygotowałam sos chrzanowy wg przepisu Ziemianina. Na odrobinie bulionu, lekko chrzan przesmażyłam, zaciągnęłam śmietaną, a na zakończenie doprawiłam go łyżeczką musztardy. W sosiku,  palce lizać, unurzałam mięsko, które podałam z młodymi ziemniaczkami i mizerią. Wcale, wcale było smaczne, nie powiem.

poniedziałek, 29 marca 2010

No i stało się, odwlekałam tę chwilę i miałam nadzieję, że inne pilne zajęcia nie pozwolą mi na pracę mniej pożyteczną niż praca w ogrodzie. Niestety rozpadało się dzisiaj i nie mogłam kontynuować rozpoczętego dzieła porządkowania ogrodu. Nie miałam wyjścia, musiałam przystąpić do ... pieczenia. Zwykle przed świętami Wielkiej Nocy piekę kruche ciasteczka w ilościach dużych, żeby były na potem. Zawsze z przerażeniem o tym myślę, bo wiem, że spędzę ok, trzech godzin przy gorącym piekarniku, jako ten świstak machając kieliszkiem i wycinając kolejne krążki.  Dzisiaj wycinałam ciasteczka o smaku kokosowym, orzechowym i kakaowym z dodatkiem płatków owsianych.

Dzisiaj dodatkowo wymyśliłam sobie mazurek wg Nelly Rubinstein. Przepis prosty, który jak zwykle nieco, albo i więcej problemów mi sprawił. Ciasto to zmielone migdały, cukier i białka. Ni cholery nie chciało toto osiągnąć konsystencji płynnej i gładkiej masy. Prawie to osiągnęłam dodając dwa malutkie jajeczka od kurek ozdobnych. Na wierzch miał pójść karmel wymieszany z posiekanymi migdałami. Zabrakło mi migdałów, dodałam więc orzechów posiekanych i takich kandyzowanych różnych. Nijak rozsmarować się nie dało na tym pseudo mazurku.

Ostateczny bilans dnia to mazurek, który z mazurkiem ma wspólnego tyle co kot napłakał i ciasteczka zroszone potem serdecznym autorki.

wtorek, 23 marca 2010

Jeżeli kogoś interesuje co to są ślepe ryby zapraszam na wykład prof. Niczyperowicza:

http://fanaberie.amu.edu.pl/index.php?a=category,12

Filmi ków jest kilka, chodzi o film z tagami gwara i Niczyperowicz pt. Kucharz

wtorek, 02 lutego 2010

No to mogę się pochwalić. Oprócz mazurka, kruchych ciastek umiem jeszcze zrobić galaretkę! Powiecie, że to nic trudnego. Mój antytalent do robienia słodkich rzeczy jest znany domownikom i kilku jeszcze nielicznym osobom spoza kręgu domowego. Nie próbuję po prostu w nikogo wmuszać moich „słodkości”.

Ale sernik galaretkowy udał mi się i jest jedzony ze smakiem. Warstwa wierzchnia to galaretka ze śmietaną, druga, to galaretka lekko serowa, a spód  mocno serowa. Nadmiar produkowanego w ilościach hurtowych sera, sprowokował mnie do jego przetworzenia i wyszło to co na obrazkach. Acha w środku są owoce tropikalne, a po wierzchu polane wiśniową śmietanką i posypane tartą czekoladą.

Wcale niezłe wyszło. Najważniejsze, że nie udało mi się tego zepsuć. Choć przy mich możliwościach, również to potrafię.

P.S. Po godzinie dopisuję:  A jeszcze nie napisałam, ze to wszystko warstwami wlewałam do formy babkowej z czegoś takiego podobnego do gumy i fajnie odeszło.

wtorek, 01 grudnia 2009

W takich oto kamionkowych naczyniach przygotowuję dwa rodzaje ratafii. Jedna jest tradycyjna z owoców sezonowych, druga z owoców południowych. Nieświadomych sposobu powstawania ratafii, informuję, że od czerwca do końca października uzupełniam pojemniki kolejnymi owocami. Na kilogram owoców przypada 1/2 litra spirytusu, albo na oko owoce i ilość spirytusu potrzebna do przykrycia tych owoców. Do smaku dosładzam miodem, ale niedużo, bo wolę bardziej wytrawne. Poza tym słodycz zabija smak owoców. Do ratafii tradycyjnej dodaję, co dwa - trzy tygodnie owoce sezonowe. Ja zaczynam od czereśni, bo na truskawki jestem uczulona. Do tej drugiej, owoce południowe, ze szczególnym wskazaniem na cytrusy, ale również brzoskwinie, nektarynki, kiwi itp.  Na samym końcu odrobina arbuza, albo melona.  W pierwszej połowie grudnia zlewam. Pozostałe owoce zalewam jeszcze raz wódką i znów zlewam. Ten proces jest dosyć żmudny, bo owoce miękną i robi się ciapaja. Ale warto sklarować alkohol do pełnej czystości. Nabiera wtedy pięknej barwy i bukietu. Moje ratafie czekają na ostateczny szlif.

sobota, 21 listopada 2009

Kiedyś obiecałam, że wyjaśnię jak lepi się pierogi metodą węża. Przy okazji opiszę jak się jadało ruskie w moim rodzinnym domu. Wczoraj dostałam od mojego Taty farsz  i pomyślałam, że będzie to doskonała okazja do opisania i zilustrowania tej metody. Metoda ta stosowana była zawsze w mojej rodzinie i odkąd Babcia mi ją pokazała, pomimo podejmowanych prób robienia pierogów innymi sposobami, zawsze wracałam do niej. Czy jest lepsza od innych? Nie wiem. Dla mnie najwygodniejsza. Oczywiście najpierw wyrabiam ciasto.


Ciasto składa się z mąki i wody. Nie dodaję jajka, kiedyś Babcia powiedziała, że jajko nadaje ciastu twardości, pozostałam więc przy mące i wodzie. Do miski z mąką wlewam cieniutką strużką ciepłą wodę i palcem kręcę  ciasto, aż nabierze odpowiedniej gęstości. Przekładam na blat, popruszony mąką i krótką chwilę wyrabiam. I znów Babcia: im dłużej wyrabiasz tym będzie twardsze, długo to się wyrabia ciasto na makaron. Odkrawam część ciasta i rękoma nadaję tej części postać węża, którego następnie kroję na średniej grubości plastry (coś tak jak kopytka). Od grubości plastar zależy wielkość pieroga. Każdy plaster z osobna rozwałkowuję wałkiem na okrągły placuszek, na który nakładam farsz i zlepiam boki. Farsz składa się z sera, ziemniaków, podsmażonej cebulki, soli i pieprzu. Mój dziadek zawsze mówił, że ser powinien być lekko zgliwiały, ja wolę świeży. Kciuk służy mi do dociskania masy, żeby jak najwięcej zmieściło się jej w pierogu. Nie można zrobić na raz za dużo placuszków, ponieważ mogą wyschnąć i nie będą chciały się lepić. W czasie gotowania w osolonej wodzie z łyżką oliwy,  przygotowuję cebulkę smażoną, do której na końcu dodaję masło. Ugotowane pierogi w misce kąpię w części masła z cebulką. Pozostałym masłem polewam porcje na talerzu. U mnie w domu jadało się ruskie ze śmietaną, tak też dzisiaj podałam. Danie więc wyjątkowo niezdrowe i pobudzające  żołądek do nadmiernej  produkcji kwasu, jednak bardzo, bardzo smaczne. Myślałam, ze zostanie coś do odsmażenia, nie został ani jeden!

niedziela, 08 listopada 2009

Po raz kolejny bardzo, bardzo się starałam. Bardzo, bardzo, bardzo … żeby upiec coś słodkiego. Mój antytalent jest ogólno rodzinnie bardzo dobrze znany. Nawet mój ojciec naumiał się piec tak, że palce lizać i popatrzeć jest na co. Moim jedynym wyczynem cukierniczym nadającym się do pokazania są mazurki. Oczywiście jeżeli nie zacznę szaleć przy ich ozdabianiu. Umiem też kruche ciasteczka, ale te to raczej są do jedzenia niż do patrzenia. Każdy przepis potrafię zepsuć, mogłabym stawać do zawodów. Cóż trudno, nie mam talentów cukierniczych, ale głęboko wierzę, że kiedyś mnie natchnie i nagle zostanę geniuszem cukiernictwa. Jak na razie w dniu dzisiejszym nie chciało mi się zetrzeć jabłek i zapomniałam wysypać formy bułką tartą i nie tylko to, no i wyszedł mi kolejny potworek. Przepis jest prosty ja przysłowiowy drut, nie sądziłam więc, że to również zepsuję. Widziałam to w jakimś programie i niczego prostszego wymyślić się nie da. Otóż macza się kromki pieczywa w rozbełtanych żółtkach doprawionych na słodko i różnymi takimi jak cynamon i wanilia.  Oczywiście, umknął mojej uwadze fakt, że były to kromki pieczywa francuskiego, delikatnego, pszennego i niesolonego. Ja miałam w domu jedynie chleb żytnio-pszenny i słony oczywiście. No więc macza się ten  chleb, następnie wykłada nim formę wysmarowaną tłuszczem i wysypaną bułką tartą. Jak już wspomniałam, o tym ostatnim zapomniałam. Następnie uciera się jabłka, dosmaczając je cynamonem itp. Oczywiście z lenistwa nie utarłam, ale pokroiłam ze skórką. Skórka to nie z lenistwa, tylko wolę jabłka właśnie ze skórką. Do formy wyłożonej rzeczonym chlebem wkłada się masę jabłeczną i przykrywa ją kolejną kromką chleba. Przyduszamy i na 40 minut do pieca. Powinna wyjść zgrabna babeczka. Anglicy tak robią tzw pudding, ale okrawają skórkę od chleba. Mnie, z uwagi na nieudolne próby oderwania go od formy, wyszedł niezły potworek, który musiałam oblać ajerkoniakiem, żeby uratować honor i udawać, że tak ma być. Ziemianin od razu zauważył jednak, że chleb jest za słony, co w połączeniu z jabłkami, cynamonem i cukrem trzcinowym dało nieco dziwny efekt smakowy. Nie załamuję się jednak i zamierzam próby ponawiać, o czym donoszę szanownym czytającym.

poniedziałek, 28 września 2009

Kiedyś koleżanka moja Beata,  przywiozła sałatkę. Spojrzałam na nią i pomyślałam: żadna rewelacja. Kalafior podzielony na niewielkie kawałki, w sosie śmietanowym i co w tym może być  specjalnego? Kiedy spróbowałam przeżyłam szok smakowy.  Delikatny orzechowy posmak, ubarwiony czosnkiem i innymi przyprawami, spowodował, że moje kubeczki dostały kociokwiku.  Oczywiście natychmiast zażądałam przepisu. W sobotę gości mieliśmy i wykorzystałam go. Potrawa okazała się niezwykle prosta. Kalafior (oczywiście surowy) dzieli się na niewielkie różyczki, które następnie polewamy sokiem wyciśniętym z cytryny lub cytryn, w zależności od ilości kalafiora. W cytrynie tej macerować się powinien co najmniej godzinę. Przygotowujemy sos śmietanowy, lub jogurtowy, albo mieszany, ja użyłam śmietany własnej, czyli zrobionej z mleka prosto od krowy. Sos doprawiamy dużą ilością czosnku i innymi przyprawami w zależności od upodobań. Mój zawierał oczywiście Cayenne (ale kurkumy nie dodałam, bo jednak gorycz posiada), solimy go raczej mnie niż więcej. Sól jest jednak potrzebna. Pamiętajmy, że kalafiora macerujemy cytryną, a ta może spowodować ścięcie śmietany lub jogurtu. Osolenie śmietany powoduje, że do ścięcia i zakwaszenia nie dojdzie. Sosem zalewamy kalafiora z cytryną, mieszamy i odstawiamy na co najmniej godzinę.  Sos dokładnie oblepia różyczki, przez co wydają się jeszcze bardziej apetyczne. Następnie przystępujemy do konsumpcji.  Pychota!


 

Przyznam się, że  ja konsumpcję rozpoczęłam już w połowie macerowania kalafiora. Na skutek działania soku z cytryny zrobił się kruchutki i nabrał orzechowego smaku.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Sucho się zrobiło, deszcz nie pada, to i żniwa pełną parą idą, że hej. Spadł na mnie obowiązek karmienia kombajnistów, ludzi ciężko pracujących, za co ich poważam i szanuję.

Ziemianin do wyższych celów stworzony, a nie prostego jadła, więc ja wymyślam codzienne obiady. A skomplikowane to jest niemożebnie. Panowie milkliwi są, nie wyrażają opinii o charakterze potraw, które jadają i lubią. Obserwuję co zostawiają na talerzu. Eksperymentuję więc  i przekonuję się, że najprostsze obiady, są najchętniej przez nich jadane i niestety pozbawione surówek. Dzisiaj więc grzybowa i  schabowy z kapustą zasmażaną z boczkiem. Dodałam surówkę z selera, ale podejrzewam, że zostawią. Nie mogę się powstrzymać. Moja potrzeba zdrowego odżywiania jest silniejsza. Chociaż nie powiem, lubię schabowego z kapustą. Tylko nie mogłabym tak jadać codziennie. Dzisiaj jednak, w związku z obiadkiem dla panów kombajnistów, zjem schaboszczaka. Co do grzybowej, wyciągnęłam gotowca. Często mam zamrożone zupy, które wykorzystuję w awaryjnych przypadkach. O schabowym nie ma co pisać, bo każdy wie jak to się robi. Kapusta? No cóż też nie filozofia, zasmażyć w tłuszczu z boczkiem i doprawić kilkoma ziołami.  W sumie obiad tradycyjny, bez żadnych udziwnień z tradycyjnymi przyprawami.

 

P.S.

Po wydawce:

Panowie zjedli wszystko za wyjątkiem surówki, z wielkim apetytem. Zdjęcie główne oczywiście przedstawia porcję pokazową o iloscich nieco mniejszych niż wydałam panom. Trudno mi byłoby odsuwać Panów i kazać im czekać aż zrobię zdjątko. Byliby co najmniej zdziwieni!

poniedziałek, 27 lipca 2009

Bardzo lubię  latem jadać zupy "śmieciówy", tzn zupy "misz-masz jarzynowy", czyli po prostu wszystkie jarzyny co pod ręką do jednego gara, doprawione ziołami. Wiem, że są tradycjonaliści, dla których zupa, która nie jest zrobiona na mięsnym wywarze, nie jest zupą, ale kompotem jarzynowym. Ja się nie zgadzam. Zawsze  do zrobienia śmieciówy wykorzystuję wszystkie możliwe warzywa zebrane w ogródku i takie, które dodatkowo zalegają mi w kuchni, pod warunkiem, że  świeże.  Tym razem miałam fasolkę żółtą, pomidory, pietruszkę, marchewkę, buraczki, selera i paprykę w ilościach „na oko”. Wszystkie składniki dokładnie pokroiłam w małe kawałeczki, żeby zgrabnie było gryźć, pomidory obrałam ze skórki, a następnie w garnku zalałam niedużą ilością wody. Ta nieduża ilość wynika z tego, że zupa ma być gęsta, a warzywa należy nabierać łyżka podczas jedzenia, a nie szukać ich w wodnistym warzywnym bulionie. Tym bardziej, że podczas gotowania zmiękną i ilość płynu ulegnie zwiększeniu w sposób naturalny.  Zaznaczam, że selera i buraczki kroiłam razem z liśćmi. Zapewnia to smak i gęstość zupy, oraz niezmierzone pokłady błonnika. W momencie, gdy zupa porządnie się podgotowała, dodałam kilka liści lubczyku (maggi zwanego), rozmarynu, odrobinę szałwi i trochę bazylii. A gotującą się zupę doprawiłam solą morską, kilkoma kroplami sosu sojowego (nie za dużo, żeby smaku warzyw nie zadusił) i aceto balsamico (z ilością należy uważać z poprzednio podanych powodów). Przygotowałam dużo posiekanego koperku.  Przed wyłączeniem palnika, dodałam połowę koperku i zamieszałam porządnie. Zaznaczam, że nie wyławiam z zielska, które potem ze smakiem pożeram razem ze wszystkimi warzywami. Podając zupę najpierw sypię na każdy talerz dużo koperku i kładę łyżkę lub dwie  śmietany i te składniki zalewam gorącą zupą, nabierając na chochelkę jak najwięcej gęstego. Oczywiście ktoś może powiedzieć, jak to wyżej wspomniałam, co to za zupa bez konkretów w postaci mięsa i ziemniaków w środku. Ta zupa nie ma za zadanie napchać nas, ale pobudzić apetyt do konsumpcji kolejnego dania, jeżeli takowe jest przewidziane, albo służyć ma zabiciu głodu, w momentach nadmiernego apetytu. Jest na tyle dietetyczna, że nie zaszkodzi żadnej osobie przesadnie dbającej o linię, a zawartość jej przysłuży się  zdrowiu.  Nic jednak nie stoi na przeszkodzie uzupełnić ją o „konkretne” składniki. Ja takie śmieciowe zupy, bez przeważającej zawartości jednego z warzyw lubię, uwielbiam, kocham i polecam spróbować.

 
1 , 2