Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?

takie tam smęcenie

piątek, 30 sierpnia 2013

Kończy się sierpień. Natura skupia się na  jak najpełniejszym formowaniu owoców.

Oszałamia nadmiarem barw, zapachów i kształtów, a ciepłe sierpniowe światło sprzyja fotografowaniu.

Zapach sierpniowej łąki sygnalizuje zbliżającą się, na razie małymi kroczkami jesień,

której pierwszą zapowiedzią jest kwitnienie nawłoci, zwanej polską mimozą.

To o niej Niemen śpiewał - "Mimozami jesień się zaczyna"...

poniedziałek, 07 stycznia 2013

No i uczynił się nam 2013 rok. Dawno się tak nie uśmiałam, jak podczas tegorocznej nocy sylwestrowej. rechotaliśmy i rechotaliśmy. Wprawdzie fajerwerki były nędzne, ale w nowy rok weszłam uśmiechnięta i na luzie. 

Zresztą co do fajerwerków, przestaliśmy strzelać, ze względu na zwierzaki. I tak dosyć mają już stresu za sprawą odgłosów ze wsi. Aktualnie czekam na kolejne urodziny.  Wzięłam sobie tydzień  urlopu, siedzę na wsi i pilnuję spania. Szczęściu Mojemu zaznaczyłam, że skoro nie zabiera mnie nigdzie na romantyczne wakacje, ma mi pozwolić spać i nic nie robić. Śpię więc do oporu, a ponurość za oknem sprzyja temu. Zakopuję się pod kordłę i rozkoszuję możliwością wylegiwania. Niestety z nic nie robienia, nic nie wyszło. Ale to chyba dlatego, że nie umiem tak. Koziorożec! Obarczona jestem tym znakiem i uginam się pod ciężarem odpowiedzialności za godne go reprezentowanie. Tak ogólnie fajny jest, tylko nic mu nie wychodzi bez wysiłku. A przydałby się jakiś maleńki fuksik, żeby choć raz! Choćby w totka. Niestety znak zodiaku warunkuje moje bytowanie na tym świecie wyskrabuję więc co mogę pazurkami i kropelka za kropelką drążę skałę. Żebym tylko zdążyła ją wydrążyć do końca.  ;) Zakładam więc okularki i pracuję.

Ostatnio zresztą coraz częściej w szkłach na nosie. Cóż jak napisałam wcześniej, zbliżają się kolejne urodziny ;)

piątek, 23 listopada 2012

No i w końcu listopadowo się zrobiło, mgielnie i wilgotno. Mgła w zależności od okoliczności jest mi bliska albo bardzo nieprzyjazna. Kiedy patrzę jak otula wszystko wokół miękkim płaszczem, lubię ją, kiedy jadę wieczorem 10 km/h, przeklinam. Cóż nasze punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Dzisiaj mam dzień lenia. Nie znaczy to, że nie robię niczego, ale powoli, powolutku zajmuję się ogniskiem domowym i pławię się w jego ciszy i spokoju. Przez cały tydzień kończyłam pracę o 20-21, mam chyba więc do tego prawo. A w ogóle najchętniej zapadłabym w sen zimowy. No może nie do końca w sen, ale taki malusieńki półsen, który karmiłby mnie ciepełkiem. Tylko kto by zimą karmił w domu w mieście ptaszydła? ;). 

Skoro jednak zapaść nie mogę, pstrykam jesień, która malowniczą jest i pełną kształtów.

czwartek, 27 września 2012

Lubię ciepełko i bez względu na upały, zawsze chwalę lato. Przecież takie krótkie je mamy w naszej strefie klimatycznej.  Jednak wiosna i jesień mają bardzo istotną, z punktu widzenia pstrykacza, zaletę - są bardziej  pomysłowe w tworzeniu wzorów na niebie oraz infrastruktury  naturalnej. No industrialnie się zrobiło! ;) Ale czy nie macie wrażenia, że podwieszany sufit nad kukurydzą lada moment spadnie? 

Lubię jesień za nostalgię i malowniczość w jej wyrażaniu. A szczególnie za to, że każdy kawałek oglądanego świata zmusza do zatrzymania się i zastanowienia.

Miłego dnia.

wtorek, 11 września 2012

Szczęście Moje pszczółkami się zajmuje a mnie użądliła jakaś paskudna bakteria, grypę przynosząc pomięszaną z jakimiś dziwnymi objawami. Od piątku do wczoraj spałam wypacając siebie hektolitry wody, dzisiaj z lekka silniejsza rozpoczynam aktywność mózgową, bo fizyczną nie za bardzo. Mówienie jeszcze przychodzi mi z trudem, ale powoli, mam nadzieję uda mi się odzyskać struny głosowe.

Te cztery dni wspominam z lekka jak przez mgłę. A tak bardzo chciałam jechać ze szczęściem moim na Pożegnanie Lata na Lednicę! A tu nic z tego!  Kochane zdrowie .... Za oknem mam nadzieję, że nie ostatnie dni ciepełkiem gładzące, a ja gniję w łóżku i tylko przez okno spoglądam na słoneczko.

Tęsknię również dlatego, że zakupiłam filtr polaryzacyjny i chciałoby mi się poeksperymentować trochę ze zdjęciami. Zaraz po kupnie zrobiłam kilka fotek (w załączeniu) , ale to tylko pierwsze koty za płoty i rwie mnie gdzieś w plener. A tu kicha! Zdrowia czytaczom i sobie życzę i ciepłych jeszcze wielu dni!

czwartek, 30 sierpnia 2012
sobota, 28 lipca 2012

No tak, zamiast cieszyć się dniem wolnym, jako się należy ludowi pracującemu, siedzę od rana przy komputerze i walę w klawisze.  Lubię swoją pracę .... ale chyba coraz mniej! Wymaga zbyt dużej dawki samodyscypliny, a mnie się już nie chce. Wolałabym żeby ktoś za mnie myślał.  A ja poświęciłabym się ogrodowi i myślałabym jak by tu wzbogacać kolekcje kwiatów ot choćby jeżówek (echinacea),

o której szerzej pisałam TUTAJ.  Patrzyłabym  w niebo i zachwycała się mamami jaskółkami i ich maleństwami, które już się nauczyły latać.

Chodziłabym po lesie i przy okazji robienia zdjęć, 

wyszukiwałabym co ładniejsze oazy grzybów.

Oj rozmarzyłam się. A co nie wolno?:)

poniedziałek, 16 lipca 2012
 

Jedna taka, Oksyd się nazywa, narzeka, że w jej życiu nic się nie dzieje, tylko tak normalnie, spokojnie i bez nerw. A ja bym tak chciała! I mnie się marzy... nie kurna chata, ale czas. Czas dla siebie, dla ogrodu - to właściwie jedno znaczy. Wiem, że jestem nudna, bo ciągle o tym samym, ale czas letni, już drugi rok, oznacza dla mnie zintensyfikowanie wysiłków. Nagromadzenie zadań i celów. A mnie się po prostu nie chce, ale muszę! Nastała teraz  pora pomidorowo-floksowa.

Chciałaby się posiedzieć w ogrodzie wieczorem powdychać lekko wytrawny zapach floksów, które czarują aromatem lata w pełni. Popodglądać rozkwitanie jeżówek. W jeżówkach (echinacea), jestem zakochana i moja kolekcja powiększa się z roku na rok. Kiedyś poświęciłam im jeden wpis, w tym roku po ich pełnym rozkwitnięciu (zdjęcia!), poświęcę na pewno drugi. Mam już pierwsze pomidorki, takie wczesne, bezwilkowe. Kto hoduje pomidory, wie o co chodzi. Są nieduże, ale smakują słońcem. Dzisiaj objawił mi się mały ogrodnik, który biega z konewką i bardzo stara się pomóc.

Chyba będzie z niego pociecha.

Dobrej nocy życzę.

środa, 04 lipca 2012

Dawno mnie tutaj nie było. Natłok obowiązków, gości co nie miara, spowodowały, ze siły nie miałam na zaglądanie do kompa. Przyjechała do mnie córka kuzyna z Kanady. Biegałam do pracy a potem z nią po Poznaniu. Zaczęłyśmy od Nocy Kupały, a potem różne takie inne. Prawdziwą przyjemność sprawił mi spacer po Starym Rynku. Uświadomiłam sobie , że tak dawno nie łaziłam po mieście, że prawie zapomniałam jaki jest piękny. Zaczęłam się zastanawiać gonitwą opanowującą moje życie, pozbawiająca mnie tak normalnych przyjemności jaką jest zwykły spacer. Stwierdziłam, ze powoli tracę umiejętności pisania o sprawach innych niż zawodowe i ... co najgorsze zapominam o moim aparacie. na Rynku było gwarno i kolorowo. Fontanny popryskiwały wodą,

a młoda para spacerowała z fotografem wśród malowniczych kamieniczek.

Znalazłam się w innym świecie, radosnym, przyjaznym, nie obciążonym terminami i zobowiązaniami. Nawet huk lecącego nisko samolotu, z uwagi na niski pułap chmur, nie zakłócił mojego dobrego nastroju.

P.S. Na zakończenie - przy domu śpiewają mi ptaszęta. Bardzo głośno, co mi nie przeszkadza. Ostatnio Ziemianin mi oznajmił, że to słowiki. Popatrzyłam na drzewo i pomyślałam, że wypasiony ten słowik, no i ... na brzozie w dzień!? Poleciałam po aparat i udokumentowałam rozdziawiony pomarańczowy dziób czarnego "słowika"! ;)))

niedziela, 17 czerwca 2012

No i nie udało się. Mam wrażenie, że nasi kiedy grają pod presją, jak w meczu z Rosją, potrafią z siebie wykrzesać nadsiły. Wczoraj pewność wygranej prezentowana przez wszystkich osłabiła ich psychicznie. Nawet moja biało-czerwona kompozycja ogrodowa nie pomogła!

Faktycznie jednak to jest młoda drużyna, która dużo jeszcze musi się uczyć. Moje życie toczy się pomiędzy miastem a wsią. Ostatnio z powodów różnych bardziej w mieście, nad czym boleję. Czas wiejski poświęcam w większości ogrodowi, który zaniedbany przez ostatnie dwa lata, odwdzięcza mi się w dwójnasób. Wszystko kwitnie jak szalone. Kaskady jaśminów zatrzymują wzrok na długo. A do tej pory kwitnące piwonie zachwycają kształtami i zapachem. 

Potwory są szczęśliwe z powodu całodziennej obecności ludzi w ogrodzie. Ostatnio Maks wymyślił sobie nową zabawę. Próbuje ugryźć strumień wody.

Szczególnie zajmuje się tym kiedy podlewam wieczorem rośliny. Ubaw ma z tego po pachy. Prycha kicha i cały czas kłapie szczęką. Ambitny jest.

Może kiedyś uda mu się osiągnąć niemożliwe i ugryzie paskudę. Osiągnięcia na razie  niemożliwego, życzę również naszym biało-czerwonym. Będę na to czekała z utęsknieniem. Pamiętam Mundial z 1974'ego, pamiętam emocje i radość. Chciałabym jeszcze kiedyś raz to przeżyć. Czego i Wam życzę.

niedziela, 10 czerwca 2012

Szkoda. Kończy się długi łykend - krótki wypoczynek. Dobrze mi było. Spokojnie i normalnie. Ciepłe noce spowodowały  długie wysiadywanie w ogrodzie i ranne niedospanie. Krzewy w ogrodzie roją się od ptactwa wszelakiego,

a jaskółki rozpoczęły dokarmianie maluchów.

Szkoda, że zdjęcie takie niewyraźne. Rozpoczęłam bardzo poważne porządki w ogrodzie. Wymarzło mi, zresztą nie tylko mnie, kilka róż. Zamierzałam stare korzenie wykopać i posadzić w to miejsce nowe pnące pięknisie. Z zaskoczeniem zobaczyłam, że jedna wymarznięta puściła dziczki, które zaczęły kwitnąć!

Okazało się, ze szczepiona była na dzikiej róży. Nie usunęłam, zostawiłam i teraz mam duży kwitnący delikatnymi kwiatkami,  krzew dzikiej róży. Dzikiej, delikatnej  i pięknej. Zaczynam chyba dziecinnieć, rozczulają mnie dojrzewające owoce.  Jeszcze nie ma kalendarzowego lata, ale pogoda przypomina lipcowe upalne dni. Rozleniwia mnie to i zniechęca do pracy. Jakiś taki leń mnie dopadł i ani rączką, ani nóżką mnie się nie chce. Żadna to niespotykana przypadłość, ale energii brak a tu trzeba z nową siłą w nowy tydzień. Dobrego i pracowitego  tygodnia życzę wszystkim.

środa, 30 maja 2012

Nie chce mi się już zanudzać Was opowieściami o  moim samopoczuciu. mam nadzieję, że wkrótce będę mówić tylko, że świetnie jest i oby tak dalej. Prezydent USA zaliczył kolejną wpadkę. Ciekawe, że jego wpadki w zakresie polityki zagranicznej zwykle dotyczą znajomości historii (w szczególności Europy) i geografii. Mimo wszystko człowiek na takim stołku powinien bardziej uważać na słowa.  Ta wpadka jednak świadczy o Panu Prezydencie Obamie niezbyt pozytywnie, a już na pewno o jego stosunku do Polski. Nie oszukujmy się, nasz kraj dla dalekiej Ameryki to plamka na mapie.  Myślę, że Pan Obama nigdy nie pomyliłby się w ten sposób w wystąpieniu dotyczącym Kanady, Francji czy Anglii. Nie jestem jednak tak święcie oburzona jak na przykład kilku polityków opozycji, wygrywających w tym momencie na bębenkach trwającej już  kampanii wyborczej. Czy powinnam?

A w ogóle to róże już zaczynają na całego!  

niedziela, 27 maja 2012

Żal mi dzisiaj było wyjeżdżać ze wsi i opuszczać Szczęście Moje. Nie ułatwił mi tego również widok, który ukazał mi się, kiedy przejechałam bramę.

Czasami jestem już zmęczona opcją małżeństwa dojeżdżającego. Może kiedyś się to zmieni? Pociesza mnie, że w domu w mieście mogę posłuchać słowików. W lasku-parku, obok osiedla na którym mieszkam, gniazduje całe ich mnóstwo. Wieczory i noce przepełnione są ich śpiewem.  Kiedyś próbowałam nagrać ich śpiew. Niestety ucho ludzkie działa wybiórczo, maszynka do nagrywania nie.  W nagraniu szum miasta zagłusza słowicze trele. A chętnie bym się z Wami nimi podzieliła.



sobota, 14 kwietnia 2012
 

Pogoda mnie z lekka przytłoczyła. Szaro, buro i mgielnie. Ogród zatrzymał się w rozwoju. Właściwie nie ma o czym pisać, żadnych pozytywów, tylko stagnacja. A właściwie nie, Oleńka kochana nawiedziła mnie w mieście i dwa dni spędziłam na rozmowach i wspominkach.  A w ogrodzie wiejskim, cóż okazało się, że migdałka zdominował podkład w postaci ałyczy (tak sądzę, że to ona), co mi nie przeszkadza, bo ałyczę lubię i szanuję za jej siłę przetrwania i tumiwisizm wobec naszego klimatu.

 

O czym świadczy kwitnący żywopłot. Na wyniesionym w końcu, ale nie przepolerowanym i polakierowanym, stole postawiłam koszmarnego jeża,

 

który jednak w jakiś sposób go oświetla. Zastanawiam się jak go odkiczować, ale nic mi nie przychodzi do głowy. Najbardziej radosna jest moja kochana wisienka miniaturowa, która wbrew chmurkom i deszczom kwitnie jak szalona.

 

A niezłomna hortensja pnąca, pnie się po pniach niezłomnie. 

 

A w ogóle to niedługo zakwitną kasztany.

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Najmłodszy członek rodziny Ignacy radosne zamieszanie do domu wnosi, które ani trochę przeszkadzające nie jest.

 

Dom żyje i oddycha wtedy, tak jak powinien.  Goście niestety już  pojechali, cisza w domu nastała. Cisza, co to  aż w uszach dzwoni. Smutno się zrobiło. To taki moment w trakcie świąt, kiedy robi się pusto i jakaś tak nieokreślona tęsknota zostaje.  

Z nowości donoszę, że myszy sobie uwiły w domu naszym gniazdo i Ziuta twardo na nie poluje po nocach, a w chwilach odpoczynku wdrapuje się na krzesełko Ignasia i smacznie chrapie,

 

albo okolicę obserwuje. Z myszami kłopot, nie wiadomo jak je z domu wyeksmitować. Psów za dużo się kręci, to trutki nie można wysypać. Ptaki śmiecą ziarkami, więc myszowate mają smaczne kąski na bieżąco. Właśnie za klatką to gniazdo uwiły. W ścianę się wgryzły za tapetą. Może macie jakieś sposoby na wykurzenie? Ale bezpieczny dla innych zwierząt musi być.

piątek, 30 marca 2012

Lubię dyskusję. Lubię się spierać i często się zaperzam udowadniając swoje racje. Lubię kiedy partner w rozmowie podaje mi argumenty zrozumiałe, logiczne i poparte faktami. Mam umiejętność rozpoznawania nieuczciwych sposobów dyskusji, zresztą uwarunkowaną zawodowo. A jak ktoś chce poczytać o tym polecam rozprawkę Artura Schopenhauera "Erystyka czyli sztuka prowadzenia sporów". Nie znoszę manipulacji i anonimowości w dyskusji. Może dlatego zawsze dążę do bliższego poznania osób z sieci. Chcę odkryć własną i ich anonimowość. Liczy się człowiek a nie nick. Niekoniecznie chodzi o poznanie w realu. Bardziej o skojarzenie osoby z nickiem. Kiedy spotykam się z kolegą np Żbikiem (jak był nazywany w młodości) to wiem, że rozmawiam z Janem Kowalskim, chociaż mówię do niego Żbiku. I żeby była jasność, nie chodzi mi o poznanie nazwiska ale człowieka.Obraz mojego rozmówcy netowego może być zamglony i nieostry, ale wiem, że nie ukrywa przede mną swojej "twarzy" choćby niedoskonałej.

 

Zastanawiam się jak niską samoocenę musi mieć człowiek, który nie potrafi się ujawnić, a jego głos w dyskusji zwykle podszyty jest jadem. Jak bardzo jest zraniony, że musi ranić, albo przynajmniej ma taki zamiar, innych. Jak musi być skrzywdzony przez los (choćby tylko mikroumysłem), że boi się pokazać twarz. Szczerze mówiąc nie za bardzo obchodzą mnie anonimowe opinie, ale przemyślenia na ten temat mam. To i piszę;)

środa, 28 marca 2012

Oczywiście nie powiem, że jest to jedyna przyczyna, ale dzisiejszy mój dzień świadczy o tym, że chyba jest jedną z istotniejszych. Moje dzisiejsze doświadczenia wyraźnie wskazują na jeden z powodów powstawania wielomiesięcznych kolejek do lekarzy.   Miałam na dzisiaj umówioną wizytę u chirurga. Żeby wyciąć takie coś,  nie warte wzmianki. Zrobiłam badanie tego czegoś, dostałam skierowanie od rodzinnego. Odczekałam czas od zamówienia wizyty, do terminu jej realizacji i dzisiaj udałam się do pana doktora, przygotowując sobie dzień ze wskazaniem na spędzenie go w domu. Czyli pracę przeniosłam do moich miejsc intymnie mieszkaniowych, czego zwykle nie robię. U tego pana doktora byłam po raz pierwszy. Zapytał, przeczytał wynik (niegroźne), dotknął i ....  umówił mnie na kolejną wizytę celem wykonania zabiegu. Ręce i nogi mnie opadły. Odwołałam umówionych na dzisiaj klientów, przeniosłam spotkania, przytaśtałam do domu torbę dokumentów,  dobrze, że urlopu nie wzięłam! To jest zabieg kosmetyczny, nie wymaga wielkiego debatowania i przygotowań. Cóż pan doktor będzie miał zapisaną kolejną wizytę, ja stracę kolejny dzień pracy, a "zabieg" będzie trwał pięć minut! A kolejka do specjalistów  będzie rosła, rosła i rosła....

Popracowałam więc w domu, przyzwoicie o osiemnastej kończąc swoje zajęcia zawodowe. zadowolona jak norka rozpoczęłam wieczorną sjestę.  Kiedy o 21. 30 zadzwonił telefon, który niestety odebrałam. Zadzwonił jeden z klientów chcąc zdać relację z całego dnia. Kiedy mu oznajmiłam, że o tej godzinie nie pracuję, obraził się.  I tak miło zakończyłam doktorsko-domowo-pracowity dzień. Całe szczęście wieczór był bardzo malowniczy, a mebelki dzięki Szczęściu Mojemu, które dzisiaj wpadło do mnie do miasta na chwilę, wyniesione zostały do ogrodu.

 

Dobrej nocy życzę.

poniedziałek, 13 lutego 2012
piątek, 06 stycznia 2012
 

Od nowego roku tyle się oczekuje, a potem ... Czasami faktycznie sprawcza moc życzeń działa, częściej jednak  od nowego roku tyle się oczekuje, a potem ... Czasami faktycznie sprawcza moc życzeń działa, częściej jednak z uwagi na nasz sceptycyzm, życzenia nie spełniają się. A dla mnie to również oznaka upływu lat. Niedługo po przełomie roku obchodzę urodziny, które przypominają mi o moim wieku, w który zresztą nie wierzę. A tak w ogóle to niemowlaki powoli wkraczają w wiek chłopięcy - Igo i dziewczęcy - Kaja, która dostała nowe szeleczki.

 

Ignacemu poszły ząbki,

 

dwa siekacze - gryzie wszystko co napotka na swojej drodze i jada już "dorosłe obiady". Zamiast podejmować próby raczkowania, od razu zamierza chodzić. Energia go rozpiera i ciągle trzeba śledzić jego poczynania. Czas płynie i obyśmy nie żałowali, że jakąś jego cząstkę gdzieś zgubiliśmy, a przecież nie da się wrócić i przeżyć jej jeszcze raz.  Życzę sobie i Wam, żebyśmy nie mieli powodów do  zawracania kijem Wisły, bo to i tak się nie uda. A w ogóle to wiatr zrywa mi ciągle łączność i jak zamieszczę tę notkę to będzie prawdziwe święto.

środa, 28 grudnia 2011
 

22 grudnia spadł śnieg. Świat się zrobił taki piękny, że w nocy wyleciałam fotki zrobić, bo nie byłam pewna, czy aby do rana piękność ta nie zniknie. Przy okazji próbowałam zdjąć ośnieżoną hortensję drzewiastą. Zdjęcie jest poruszone, ale umieszczę je dla zobrazowania jak moja brama wtedy wyglądała, porządnie prosta i użyteczna.

 

Rano, kiedy zobaczyłam ją przez okno, byłam przekonana, że w nocy próbowano się włamać do domu, ale badanie organoleptyczne wykazało, że jakiś palant, nie dostosował szybkości do warunków,   wpadł w poślizg, rozwalił moją bramę, kawałek słupka i oskalpował pień złotokapu.

 

Miałam duże problemy z wyjechaniem z garażu. Ziemianin ze wsi przywiózł wielki młot, tymczasowo naprostował bramę, która wypadła z zawiasów i na jednym się chyboce, a zamykam ją na łańcuch i kłódkę. Fachowcy od naprawy  już kolejny dzień odwlekają przyjazd, a ja codziennie dźwigam kupę złomu, żeby móc wyjechać samochodem w świat. Palant nawet nie zostawił karteczki z przeprosinami (poślizg każdemu może się zdarzyć). Może dowiem się kto to był, bowiem puściłam wici po osiedlu.  Mam jednak małą satysfakcję, naprawa jego samochodu będzie kosztowała o wiele więcej, niż naprawa bramy. Wiem to, bowiem z niejakim zadowoleniem i mściwym uśmiechem na słodkich usteczkach,  zbierałam z podjazdu resztki jego samochodu, w tym łożyska. A swoją drogą, śnieg leżał na tyle  krótko, że nawet róże zimowe (to taki nowy gatunek!),  nie zamarzły.

 
sobota, 17 grudnia 2011

Dzisiaj było wietrznie,

 

szaro i ołowianie,

 

jednak mimo wszystko, na miedzy, zaświecił promyczek na lepsze.

 

I oby, bo zapowiedzi jeszcze silniejszych wichur, nie nastrajają optymistycznie.

A mnie zię zdaje, że za pięć dni zcznie się kalendarzowa zima,...

 
środa, 14 grudnia 2011

Znowu dzisiaj pojeździłam po świecie. Niedalekim, ale zawsze większy on jest niż ten najbliższy. Zawsze się gdzieś spieszę, nie biorę więc codziennie ze sobą aparatu, bo wiem, że i tak go nie użyję. Dzisiaj miałam mieszane uczucia. Jechałam sobie samochodem i nie mogłam się oprzeć ciągłemu spoglądaniu na horyzont po mojej lewej stronie. Lekko poszarpane, gołębie szarości nieba i jasno  brzoskwiniowy kolor prześwitującego słońca, padającego na zamglony drugi plan, były tak malarsko piękne, że najchętniej zatrzymałabym się i gapiła do oporu , a potem wyciągnęła pstrykawkę i zdjęła widoczek. Po pierwsze i zasadnicze, nie miałam ze sobą aparatu, po drugie i najważniejsze, nie miałam czasu, żeby zatrzymać się choć na moment. Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Raczej to drugie, albo oba na raz. Kiedy człowiek nie ma czasu dla siebie, oznacza to, że przegina i należy pociągnąć za wodze i zatrzymać czas. Od lat nucę A.M. Jopek „niech ktoś zatrzyma wreszcie czas, ja …). W załączeniu wykonanie Jopek ze Stańką. Świetne.  I co? I nic. Ciągle tak samo albo i gorzej.  Ten rok naznaczył mnie pośpiechem, brakiem czasu i brakiem wypoczynku. Mam nadzieję na poprawę tych okoliczności w kolejny 2012 roku.  A tak w ogóle to, jak Wam kiedyś  wpominałam,  przy okazji tematu kominkowego, Ziemianin zrobił mi zamknięcie do kominka, który ma zepsuty szyber, co by nie wiało. Oczywiście uczynił zamknięcie ze starej płyty pilśniowej, bo po co ma być ładnie?. Wczorajszy wieczór spędziłam więc na wycinankach serwetkowych i oto efekt.

 

Może nie taki jak chciałam, z lekka ludowy,  ale na pewno lepiej tak niż z obdrapaną pilśniową dechą.

sobota, 03 grudnia 2011
 

Miedza, jako taka,  jest w naszej kulturze pisanej szeroko znana i opisana. Zastannawiam się czy nie zacząć specjalizacji miedzowej w fotografi. Wyjątkowo malownicze są.

 
niedziela, 27 listopada 2011

No i po przydługim chorowaniu, w mieście, wylądowałam w moim wiejskim domu. Ciekawe, jak bardzo oba moje domy - ten miejski i ten wiejski się różnią. W mieście, kiedy przychodzą do mnie goście zaskoczeni są sterylną atmosferą mieszkania. Wszystkie naczynia, gary i ingrediencje kulinarne są grzecznie pochowane.  Na wsi jest dom jest ... wiejski. Prawie wszystko na widoku i w zasięgu ręki. Kocham nasz kuchenny piec, który po uruchomieniu serowarni,  znowu zaczął spełniać funkcje kaloryfera kuchennego i kuchenki.

 

Nie przeszkadzają mi rzędy patelni uwieszonych nad piecem, ani półki pełne słoiczków z przyprawami. Lubię pokoje obwieszone obrazami, roczniki czasopism na półkach (,nie przeszkadzają mi, ale zlikwiduję bo za dużo się tego zrobiło), po których pałętają się zwierzęta, a widok kota siedzącego na oparciu fotela wycisza moje emocje. 

 

W mieście unikam "kurzołapek", na wsi jestem gadżeciara i "kurzołapek" mam nadmiar. Cóż cierpię na tym ja ... przy sprzątaniu. Ale nie boli to za mocno.

Szkoda, że rekonwalescencja się kończy i muszę ruszać do miasta, a jutro do pracy...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5