Bo jestem dobra na serce Wszystkie zdjęcia i teksty zamieszczone na tym blogu stanowią własność intelektualną jego właścicielki i podlegają ochronie prawnej. Ich kopiowanie i powielanie wymaga zgody autorki.
Kto mnie ogląda? " "
A może by gdzieś osiąść na stałe?

przemyślenia ziemianina

środa, 09 lutego 2011
 

W latach sześćdziesiątych dostać się do "Marcinka" to była niemała nobilitacja. Startowało po dobrych kilku chętnych na jedno miejsce.

 

Do tego wszystkiego tworzono tam klasy tzw eksperymentalne. Chodziło o naukę języka francuskiego. Było tego sześć razy w tygodniu, do tego kółko przyjaciól ONZ i kółko przyjaciół Francji. Niby dobrowolne ale lepiej zajęć nie opuszczać.

 

Do tego wszystkiego nasze liceum było jednej krwi, znaczy męskie. By popatrzeć na płeć piękną chodziło się na Matejki do Modrzejewskiej. W ten sposób tworzyła się swoista, niepowtarzalna więź. Ot, wchodzę ci ja do ważnego Urzędu gdzie za biurkiem siedzi groźny urzędnik, którego głównym celem jest mnie spławić.

 

Patrzymy na siebie i wyczuwając dziwny sentyment równocześnie rzucamy pytanie - Marcinek? Który rok, kto był Twoim wychowawcą itd. Z balona uchodziło powietrze i po chwili byliśmy najlepszymi kumplami a sprawa załatwiona w mig. Iluż adwokatów, sędziów, lekarzy, naukowców różnorakich ukończyło moja Alma Mater. Mimo, że teraz siedzę na roli i język nie jest mi potrzebny, ale gdy zdarzy się okazja porozmawiać słowami Moliera nie sprawia mi to żadnej trudności.

 

Od czasu zaś do czasu do Dworu zjeżdżają koledzy z tamtych lat. Już szron na głowie, już nie ten wzrok, ale po chwili wracają wspomnienia i znowu jesteśmy niesforną bandą z klasy Profesor Warszawskiej, dokuczamy Kobyle, robimy psikusy Kajowi, a Mąkówka wbija nam daty do łbów.

P.S. Ja chodziłam do Modrzejewskiej, która przed wojną ochrzczona  imieniem była Zamoyskiej, a aktualnie nazywana jest Zamoydską-Modrzejewską. Całe szczęście żaden mądry nie usunął z imienia szkoły naszej wielkiej aktorki. Chodziłam jednak kilka lat później niż Ziemianin i w szkole się nie spotkaliśmy.

wtorek, 01 lutego 2011
 

Kiedy byłem chłopcem, a było to dawno, przyjaźniłem się z Maćkiem. Jego tata w ty odległym jakże czasie był dyrektorem Zoo. Mogłem tam wchodzić nie płacąc za bilet, niedość tego razem z moim przyjacielem włazić w każdą dziurę. Nikt nie śmiał nam złego słowa powiedzieć.

 

Gdzieś przeczytaliśmy, że wielbłądzia wełna jest niezwykle droga i robi się z niej tak cenne rzeczy jak płaszcze, swetry, a nawet skarpety. No to co, wielbłądowi ona niepotrzebna, gubił ją całymi płatami, będziem podbierać. Raz, dwa byliśmy za ogrodzeniem i dawaj ładować do siatki. Ten skubany podejrzał i wcale nie chciał się dzielić, my chodu, on za nami, szczypnął maćka w zadek, gdy ten wisiał na płocie. W wełnie było pcheł co niemiara a my nie mieliśmy kołowrotka ani wiedzy jak się nim, gdyby był posłużyć. Wojna rozerwała ciągłość pokoleniową i nić przekazywania wiedzy o takich rzeczach. Dobry pomysł spełzł na niczym. Ciekawym było przesiadywanie w zagrodzie susłów perełkowych. Godzinne  bezruchowe ćwiczenie niczym mistrza jogi owocowało bezpośrednim kontaktem z tym zwierzątkami. Obłaziły nas obwąchując całych. Wspomnienia, wspomnienia, stare jeżyckie Zoo, gdy tamtędy przejeżdżam kręci mi się w oku łza i widzę duszą całą dwóch małych chłopców bawiących się z zamkniętymi w klatkach zwierzętami. Chcieliby dać im wolność, nie mogli, tkwili w środku miasta.

 
 

P.S.  Trochę historii Starego ZOO zapodałam tutaj.

 

W lecie wygląda ładniej. Ale nie chodzi przecież o ładniej, tylko o udokumentowanie stanu aktualnego. Szkoda, że ZOO niszczeje, a okolica jest koszmarna.

 

Są plotki, że utrzymują je w środku miasta ze względu na szczury, które w razie likwidacji mogłyby się rozleźć na całe centrum.  

 

Czekam na kolejne wspomnienia Ziemianina. Emka

czwartek, 02 września 2010

Od kiedy wyprowadziłem się z dużego miasta przestałem lubić ludzi. Każdy wyjazd do kamiennej pustyni przepłacam stresem. Wydawało mi się, że mury chcą się na mnie zwalić, drażni mnie smród i hałas samochodów oraz tłok. Pędzący nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co ludzie, ocierający się jeno, bez uśmiechu na twarzy, z poszarzałymi oczyma, zaciętymi ustami. Widzę w nich agresję, dotyczy to młodego pokolenia, nie daj Boże takiego trącić niechcący, można w twarz zarobić, grubym słowem być obrzuconym. Dlaczego tak? Trzydzieści lat minęło od chwili gdyśmy zjednoczeni zaprotestowali, ja w każdym razie protestowałem, za co zapłaciłem chwilę później utratą pracy, przeciw właśnie bezdusznemu systemowi. Wydawało się nam, że odtąd człek człekowi bratem. No i czegośmy się doczekali, najbardziej drapieżnej formy młodego kapitalizmu. Ideały poszły w kąt, pozostał jeno błysk mamony. Ten się liczy, ten wyżej w hierarchii stoi kto ma więcej, tego dzieci do lepszych szkół pójdą, języki poznają, biedakowi zaś wiatr w oczy. Wiem, wiem, po francuskiej rewolucji równość i braterstwo też tylko na sztandarach została. Ale czy naprawdę tak być musi? Ja na swojej wsi bez patrzenia na wdzięczność staram się tym, którzy mają gorzej ode mnie pomagać. Oczywiście nic za darmo, uczę ich na nowo porządnej pracy. Taka orka na popegerowskim ugorze. W związku z tym kocham braci mniejszych, one oddają uczucia bezinteresownie. Cielaczek Śmigus, bo się w Wielkanoc rodził cieszy się gdy do niego idę, liże szorstkim językiem, Saura, klaczka przybiega i buzi daje,

też widziałem jak na świat przychodziła, Bastion od źrebaka hodowany,

do wczoraj ogierek, który po schodach do domu włazi, koza Pela przybiega i pieszczot się domaga.

Do tego stado psów, znajd przez los pokrzywdzonych. Hera w lesie znaleziona w uścisku pętli samozaciskowej,

pętająca się przy drodze Babcia,

kundel z wiecznie zdziwionym pyskiem. Bulaj - staruszek  geriavitem podtrzymywany w formie.

Kora i Maks  dwa potwory.

One krzywdy nikomu nie zrobią, jeno pohałasują sobie od czasu do czasu.  Dlatego wolę je od ludzi, tych co przejęli cechy najgorszych drapieżników, w przyrodzie niespotykanych.

niedziela, 07 marca 2010

Gdy wejdziecie do wody Morza Czerwonego wydaje się Wam, że jak korek wyskakujecie w górę, utopić się nie można. Wystarczy lekko poruszać rękoma by pływać po powierzchni obserwująć podwodne cuda.

Wokoło Waszego hotelu kamienna pustynia bez ślady życia, wewnątrz zaś kwiaty, palmy, krótko ostrzyżone trawniki i aquaparki z przelewającą wodą, której nikt nie oszczędza.

Skąd ona, dlaczego w tym klimacie nikt nie liczy każdej spadającej kropli. Buduje się nowe baseny i systemy nawadniania. Tajemnica tkwi w zjawisku odwóconej osmozy. W naturze wszystko już było, człowiek jeno mozolnie odkrywa zakryte dlań tajemnice.

Dzięki niej roślinka pobiera wilgoć z ziemi, nasze nerki odbierają krwi to co zbędne. Homo sapiens biorąc od pisarzy science fiktion odwrócił proces. Po pierwsze wymyślił membrany, które przepuszczają słodycz, sól zatrzymując. W kolumnie z wodą morską wytwarza się ciśnienie 50-60 bar i wtedy powoli ciurka ona na drugą stronę przepychana tymże dopóty, dopóki poziomy się nie wyrównają. Problemów z tym wiele, natura nie poddaje się tak łatwo, dziurki w membranie się czopują, ale tu człek działa wymianą jonową i problem znika. Nie będę zanudzał szczegółami, ale to właśnie dzięki pracy tych sztucznych nerek Egipcjanie się bogacą na turystach. Tyle, że zabierając wodę morzu podnoszą poziom zasolenia tego co zostaje, liczyć jeno pozostaje, żę Matka Natura sprawę wyrówna skierowując ponownie to co człowiek zabrał do zbiornika. Tylko na Nią pozostaje się spuścić, bo gdy niszczyciel zabuduje cały Synaj, to drugie Morze Martwe powstanie, a tam latać nie będzie po co.

wtorek, 15 grudnia 2009

Człek ze mnie nadmiernie religijny nie jest, jednako potrzeby innych w tym względzie szanuję. Tak więc z wielkim zadowoleniem przyjąłem decyzję możnych, rządzących światem mediów, o uniemożliweniu nadawania reklamy z wykorzystaniem kolęd. Coli żadnej nie pijam od czasu, gdym sam wyeksperymentował na karoserii samochodu nielubianego sąsiada, że ta lakier bez trudu zżera. Od tego czasu, płyn ten używam do odkręcania najbardziej opornych śrub. Niemniej jednak z Allegro korzystam i to dość często, a tu taka obrzydliwość. Niestety nasz świat obecny popada coraz głębiej w bagnistą komercję. Moje święta to był lepiony z babcią łańcuch na choinkę, wycinane i włąsnoręcznie malowane anioły, pieczone, lukrowane pierniczki i bombki, nieco już oblazłe, ale kochane od pokoleń w rodzinie. Teraz trzeba być trendy, czyli przezroczyste z roślinką i takie tam modernistyczne udziwnienia. Już od końca listopada huczą wszędy by kupować, kupować i jeszcze raz kupować. Spece od marketingu zastanawiają się jaki kolor, zapach i dźwięk najskutecznej zdrenuje nasze kieszenie. Te święta nie mają nic wspólnego z ich magią, rodzinną zadumą, możliwością wspomnienia tych, których już nie ma, spotkania dawno nie widzianych. Teraz to okazja do nabicia kabzy tym, którzy i tak je pełne mają.Jak Was moje argumenty nie przekonują to przełamcie się i zajrzyjcie kiedyś po handlowej niedzieli do "peweksów" - śmietników przy dużych marketach w mieście. Tam zobaczycie wierzchołek góry konsumpcyjnego marnotrawstwa i przekonacie się w jakich czasach przyszło nam żyć.